Supełek

Supełek

Istnieje taka teoria, że jak masz problemy z pamięcią to powinieneś zaopatrzyć się w sznurek i robić na nim supełki :-) Jaki to ma związek z blogiem, a no taki, że trzeba jakoś waszą uwagę odwrócić od faktu, że mnie tutaj nie było i zapomnieliście o moim istnieniu. Ruszyły mnie wyrzuty sumienia. Jak na przykładną kobietę XXI wieku przystało nosi mnie wszędzie tylko nie tam gdzie trzeba. Dlatego w wolnych chwilach nabywam nowe kompetencje łudząc się, że coś z tego wyjdzie, a jak nie to będę miała przynajmniej trochę ubawu. Jak nie pracuję to latam za swoim priorytet i zmagam się z nieugiętą materią, która boksuje się ze mną w najlepsze.Efekty poznamy później, ale warto czekać.
W takim razie dzisiaj serwuję wam ekspresową przejażdżkę po moich ostatnich wyprawach.


Oto efekt projektu Spokojna, czyli realizowanie swoich artystycznych ambicji cd.


Nie należę do odważnych ludzi. Nie mam jaj, żeby spakować jeansy i starty t-shirt do wojskowego worka i wyruszyć w świat w poszukiwaniu swojego duchowego guru, a przy okazji uczyć się włoskiego pochłaniając zabójcze ilości makaronów, które uwielbiam.. Za to w swoje urodziny wybieram się do najlepszej knajpy, gdzie w doborowym towarzystwie umieram ze śmiechu, przeżywając rozkosz pochłaniając jedzenie o wysublimowanym indyjskim smaku przyprawiającym o zawroty głowy oraz upijam się mangowym napojem, którego nazwy nie powtórzę, ale od którego wiem, że się uzależniłam, ponieważ w maniakalny sposób próbuję go odtworzyć w domu... 


 A na końcu edukacyjny wyjątek - odwiedzając kolejną konferencję i nabywając kolejne szlify odkryłam to ot dzieło.

Trampki w mysiej norze

Trampki w mysiej norze


Coraz częściej zdarza mi się przyłapywać siebie na gorącym uczynku. Trafiam do jakiegoś miejsca i coś się zaczyna dziać. Wprowadziłam w życie projekt SPOKOJNA i na każdym rogu śmieję się z siebie. Odkopałam z dzieciństwa wspomnienia pierwszej wizyty w ciemni. Wchłonęła mnie, ukradła moje serce. Myślałam, że mijające lata zatrą te wspomnienia, silne uczucia, które wywołała we mnie. Jaka byłam naiwna. Raz zaszczepiona miłość nie opuści cię już nigdy. Jesteś jak skażony egzemplarz. Możesz uciekać od niej, chować się, ale prędzej czy później cię dopadnie.

 Skradłam się za kolumną w Mysiej norze i chłonęłam historię człowieka niewiele starszego ode mnie. Z cynicznym nastawieniem śmiałam się kolejny wariat, co to mu się udało robić to co kocha i jeszcze mu za to płacą. No piękne rzeczy, ale przecież to nie moja bajka. I nagle zaczęłam się bić sama ze sobą. A niby dlaczego nie. Dlaczego nie pomyślę sobie, że za 10-15 lat to ja będę siedzieć po drugiej stronie i będę się śmiać opowiadając jak to kiedyś byłam jedną z was....
wybujała wyobraźnia uwiera, ale czasami należy założyć różowe okulary i pouśmiechać się do świata, bo tak naprawdę nie wiesz co będzie, dokąd poprowadzi cie obrana droga...


Prace Szymona Brodziaka można oglądać na Mysiej 3 na II piętrze
Z Brodziakiem jest tak, albo go pokochasz albo będziesz kręcić nosem. Dla mnie to punkt odniesienia, spojrzenia.
Po "spotkaniu" czułam niedosyt. Ma coś w sobie jako człowiek, zaintrygował mnie, zainteresowała, a to zdarza mi się coraz rzadziej.






Znajdź TRAMPKI :-)

Konserwa

Konserwa




 Wiatr poniósł mnie ostatnio na skrzydłach w zachodnią część Polski. Jak człowiek opuści swoje miasto w pierwszym odruchu zachwyca się nowym otoczeniem, co jest naturalne. Nowa przestrzeń dostarcza nowych przeżyć, bodźców, doświadczeń. Z jednej strony to dla mnie wyzwanie - nauka topografii, zorientowanie się co w trawie piszczy. Jeśli chodzi o Poznań odnalazłam się w rekordowym tempie. Byłam z siebie dumna. Może to zasługa tych murów, przestrzeni miejskiej, która mnie wchłonęła. We Wrocławiu czuję się, jakbym była u siebie, więc to całkiem inny wymiar doznań. Tutaj pozwalam sobie na lenistwo, odwiedzam ulubione zakamarki, a potem wymuszam na sobie chodzenie tam, gdzie jeszcze mnie nie było. Chociaż lubię te swoje wycieczki tym razem zadziało się coś nadzwyczajnego. Pomijam fakt, że odkryłam miejsca godne rozsławienia nie tylko ze względu na lokalizację, czy na wyznawane ideały i wartości, ale przede wszystkim ludzi. Pozwolili mi zajrzeć do swojego świata, co okazało się inspirujące, pokrzepiające i dające nadzieję, że nasz kraj ma jeszcze ludzi dzięki którym możemy przenosić góry :-) Ale powracając do mojego odkrycia. Wracając do domu poczułam, że mimo bycia gdzieś indziej dobrze mi z myślą, że wracam do stolicy. Tą wyjątkową myśl podtrzymałam w ostatni dzień ferii, który postanowiłam uczcić w nietypowy sposób. Wybrałam się na "premierowy" pokaz do Teatru Powszechnego na "Wojnę i pokój". Ale zanim to nastąpiło musiałam się posilić w mijanej w ostatnim czasie knajpce, niczym innym jak BURGEREM :-) Konsumując bułę ociekającą BBQ zawzięcie przeżywałam zdobywanie brązowego medalu. Zestaw z frytkami jest słusznym zamiarem, ale nie powiem, żeby mnie powaliło, dlatego nadal będę szukać swojego burgerowego raju, a raczej miejsca zastępczego... bo jeden domowy burger kiedyś podniósł poprzeczkę. Jeśli chodzi o sztukę... wyszło, że z wiekiem staję się konserwą. Możliwości przekazu jakimi dysponuje teatr są niepowtarzalne. Z uznaniem patrzę na wysiłki reżyserów, którzy próbują tchnąć współczesnego ducha w klasyczne dzieła. Marcin Liber słusznie nazwał swoją interpretację dzieła Tołstoja FANTAZJĄ. "Wojna i pokój" stanowi tło do wypowiedzi o Rosji, jej dążeniach, żądzach, które obserwując sztukę mimo upływu czasu wiele się nie zmieniły, może z wyjątkiem obrania bardziej krwawej postaci. Niektóre fuzje łączące współczesne narzędzia wyrazu z klasycznym strojem zasługują na uznanie. Tylko czy nadmierna nagość musi być jednym z kluczowych aspektów sztuki mającej tyle do zaoferowania. Czy nie da się już krzyczeć bez nagości?

Zachęcam swoich czytelników do oddania na mnie głosu :-)




WroLOVEr

WroLOVEr

Dzisiaj kolejna dawka lekkiego odstępstwa od codzienności. Moja dusza jest rozdarta między dwa miasta.
Z jednej strony moje miasto matka, które mnie wypluło, wyedukowało, do pracy zaciągnęło. Z drugiej miasto sroka, co to serce skradło i nad Odrą porzuciło. Kobiety z natury bywają uparte, nie jestem wyjątkiem. Postawiłam na swoim i pojechałam tam, gdzie serce mocniej bije. Wróciłam z materiałem, radością i siłą do dalszej pracy. Ale o konkrety prosimy.


Pierwsza odsłona to moja nowa łakoma pasja - burgerowe szlaki wyznaczam kiedy głód mnie dopada. W pocie czoła pracowałam, więc głodu nie zauważałam. Rację znowu miałam BURGER LOVER na Więziennej mym oczom się ukazał. Następnego dnia w śnie słonia ujrzałam, więc do MANGO MAM tanecznym krokiem pognałam. Z zazdrością na królika popatrzyłam.


Krasnali po drodze nowych wypatrywałam. PANATO CAFE niczym hydro zagadka w zaułkach odnalazłam i się dosłownie zasiedziałam. Najlepsze lody w życiu zjadłam i już nad Odrą ducha wyzionąć mogłam, gdyby nie deszcz zaczął padać, a wtedy to tylko czekolada pomaga z malinami na dnie tworzyć bohomazy.



Bez rymu, bez taktu, ale Wrocław sprawia, że wpadam w zawirowania.
Wiwat Koziołki

Wiwat Koziołki


Dzisiaj będzie 2w1.

Po pierwsze nadrabiamy zaległości. Zaczniemy od uroczej Maryjki. Obiecuję sobie, że kiedyś nakreślę szlak maryjkowy po Warszawie. Na razie moja kolekcja jest znikoma, ale ostatnio odkryłam Jezusa :-) w samym centrum, więc zapowiada się ciekawie.  Z pewnymi książkami jest jak z mężczyznami. Idealnym przykładem jest "Cmentarz w Pradze" powieść kryminalno-szpiegowska, która ostatnio wpadła mi w ręce. Renoma autora zrobiła swoje, ale... początki były trudne.  Mimo dobrych chęci, ponoć piekło jest nimi wybrukowanie, odrzuciło mnie na kilometr, ale nie poddałam się i nie pożałowałam determinacji. Umberto Eco wziął na warsztat Protokoły Mędrców Syjonu, które ponoć stanowiły inspirujące źródło dla Hitlera  w tworzeniu swoich poglądów. Protokoły uważane  są za fałszywy dokument powstały na zlecenie Ochrany. Miały usprawiedliwić sytuację polityczną oraz rosnący antysemityzm.

W drugiej części oderwiemy się lekko od wielkomiejskiej scenerii pępka Polski. Udamy się na wycieczkę w odwiedziny do koziołków. Minęło 15 lat od mojej ostatniej wyprawy w te strony, więc byłam ciekawa jak na przestrzeni lat zmieniło się miasto. Oglądając "Hiszpankę" z lubieżnym uśmiechem rozpoznałam BAZAR (filmu nie polecam, uciekałam z kina aż się kurzyło).


Oczywiście nie będę rozpływać się o uroku miasta, ponieważ to moja subiektywna ocena. Zauroczyłam się to fakt. Pewnie niedługo znowu odwiedzę Marcinkowską krainę, a dla tych co w najbliższym czasie będą polecam, co następuje. Naleśnikarnię GRAMOFON na Rynku, gdzie serwują naleśniki 42, którym będziemy musieli stawić czoło.
Bar Mleczny ukryty w bocznej alejce przy Rynku również zasługuje na wzmiankę. Ale jeśli chodzi o jedzenia moim faworytem, nie tylko ze względów smakowych, jest BISTRO mieszczące się przy ul. św. Wincentego na terenie Fundacji BARKA. Kto mnie dłużej zna wie, że drzemie we mnie społecznik z krwi i kości. Powinniśmy być dumni, że żyjemy w kraju w którym od 24 lat BARKA pomaga ludziom, których większość spisała na straty, popadła w zapomnienie.

Jeśli chodzi o spanie polecam hostel DOBRANOC nieopodal Rynku z niewygórowaną ceną w pięknej kamienicy. Niedogodnością jest wnoszenie bagażu na 3 piętro, ale można to potraktować jako formę treningową. Wystrój jest uroczy, a każdy pokój ma swoje hasło przypominający nam o dzieciństwie.

PS. pokonałam przeciwności, a raczej swoją ignorancję technologiczną i zapisałam blog do konkursu :-))) BLOG ROKU 2014 :-)))
Liczę, że w tym roku pobijemy zeszłoroczny limit 6 głosów, w tym jeden własny :-))))
Postanowienia

Postanowienia


Na fali noworocznych postanowień postanowiłam, co następuje:
1. nie mam zamiaru niczego rzucać, chyba, że śnieżkami na Śnieżce;
2. pojadę w góry odśnieżać Śnieżkę, może spadnie trochę na nas to ulepię bałwana;
3. nie będę pozbawiać się przyjemności w postaci odwiedzania nowych knajpek, zwłaszcza po przeczytaniu Melanżu Literackiego jak tylko przestanie padać nawiedzać będę Pragę i prawą stronę Warszawy; 
4. nie pozbawię świata moich bazgrołów;
5. nie przestanę pisać;
6. nie przestanę czytać wszędzie, gdzie się da, nawet jak grozi to pogłębieniem mojej jedynej wady;
7. zmienić mogę kolor włosów oraz dla urozmaicenia życia po knajpach chadzać z książkami, co to mi ostatnio wpadły w ręce albo powiększyły zbiory domowej biblioteczki.


Tak oto zaczynamy NOWY ROK 2015, który zapowiada wiele atrakcji, a po drodze może przynieść wiele niespodzianek.
Blondynka wita was w nowej odsłonie, a do tego tak jak zapowiadała będzie między wierszami przemycać to co kocha. Po pierwsze, żeby zadbać o higienę umysłu własnego wzbogacę bloga o refleksje o książkach, które pochłaniam notorycznie dbając o utrzymanie odpowiedniego poziomu statystyk. Recenzji pisać nie zamierzam, niech się inni tym trudzą. U mnie ma być przyjemnie i na temat. Od dziecka towarzyszy mi kino, więc nie wyobrażam sobie, żeby od czasu do czasu nie wcisnąć wam jakiegoś wartego uwagi film. Gotować nie zamierzam, więc spokojna głowa. Ale przewiduję jeszcze kilka atrakcji po drodze, więc kto chętny do odkrywania nowego zapraszam.
PINI

PINI


W nastroju iście przedświątecznym uroczyście donoszę, że z tęsknoty za swoim kątem odkryłam znienacka, że coraz częściej bywam w jednym miejscu, które sprawia, że chcę do niego wracać. Na to co straszy za oknem najlepsza jest oczywiście mega zupa tajska. Tylko, że w takim miejscu człowiek nie zapadnie się w wygodnym fotelu czy kanapie, nie będzie odurzał się zapachami świeżo parzonej kawy, herbaty zimowej rozgrzewającej zatwardziałych zmarzluchów, czy rozpływał się pod wpływem gorącej czekolady z listkiem mięty. Dostępnej również w innych wariantach smakowych.


Poszukując akcentów świątecznych wprawiających nas w odpowiedni nastrój poszperałam i takie o to mi fantazyjne kompozycje wyszły :-) Śmieję się w skrytości ducha, że jakieś knajpki znikają z naszej mapy, na ich miejsce pojawiają się  inne, co to byśmy się nie spodziewali, że skradną na dłużej nasze serce. Z pozoru PINI wydaje się taką z kategorii omijaj mnie szerokim łukiem, ale jest kolejnym dowodem, że nie należy oceniać książki po okładce. Warto wybrać się do niej na chwilę zapomnienia i oderwania. Zwłaszcza przy krainie deszczowców, która opanowała świat.

                                                                             PINI
Mokotowska 19
Copyright © 2014 bite me Martha , Blogger