Za każdym początkiem kryje się kolejny początek

Za każdym początkiem kryje się kolejny początek



Doskonale pamiętam uczucie, które towarzyszyło mi w momencie, kiedy wysiadłam z samochodu. Jedyne, co byłam w stanie z siebie wydobyć to "WOW". Widok zaparł mi dech, zabrakło słów, żeby opisać to co widzę, a tym bardziej co czuję. W Bieszczadach zadeptanych przez ludzi nie było miejsc, więc wpadł pomysł gór w których spędzałam dzieciństwo, ale jakoś tak przypadkiem wyszedł nam Beskid Niski. Dostałam wariackiej gorączki pod tytułem rzucam wszystko kupuję kawałek ziemi i żyję w tym boskim odosobnieniu. Okazuje się, że im więcej przeszkód, wybojów i zakrętów w moim życiu tym bardziej nie mogę znieść tu i teraz i jednocześnie coraz bardziej pragnę wywrócić wszystko do góry nogami, bo przecież można jeszcze bardziej, prawda. Przebijmy to, co nam życie zaserowało, a co. 

Od jakiegoś czasu balansuję między rzucam wszystko, a próbą przetrwania na kanapie kolejnego dnia. Wszelkie myśli orbitujące między porzuceniem dotychczasowego życia okazują się formą ucieczki od tego nieznośnego bytu codziennej rzeczywistości. Ucieczki od momentu w którym siadasz na dupie i mierzysz się z tym, co się tutaj odjebało po zastanawianie się, co dalej. Ja namiętnie odbijam się od NIE WIEM. Niby wiem, ale NIE WIEM.
 
I momentami to mnie przeraża, bo przecież funkcjonujemy w bombardującej nas rzeczywistości gdzie wszyscy wszystko wiedzą, dużo robią, a nawet więcej zapierdalają jak pojebane chomiki w kołowrotku i świetnie się przy tym bawią. A to przecież tylko wycinek czyjegoś życia. Taki, który chcą nam pokazać. Czasami jedyne na co masz siłę albo ochotę to odurzanie się coraz większą ilością obrazków z cudzego życia. Ile razy gapiłam się jak sroka w gnat na VANY, które można przerobić na dom na kółkach i ruszyć w siną dal. Napawałam się wyimaginowaną wizją swojego cudnego życia w drodze. Tak bardzo brakuje mi w meanstreamie nudnej codzienności, która niema sił się przebić, bo nuda się nie sprzedaje, a przecież jest domeną naszego życia. Dlatego polecam odwiedzić na IG Ciarkowską #każdegodniatensamkadr z kubkiem z Muminkowej rodziny. Żadnych ekscesów, chyba, że wyjście do lumpa, spacer czy kawa i kawałki zmagań z pisarską niemocą. Jestem jej wdzięczna za każdy kadr, bo przywraca mnie do życia. Wręcz osadza w nim na nowo. 


Prawda jest taka, że potrzebowałam zatoczyć krąg. Ostatni rok przeczołgał mnie najbardziej w mojej niespełna czterdziestoletniej karierze. Wysiadając z tego samego auta, o znamiennym kolorze orange atacama, móc ponownie zatopić się w trawie i ujrzeć przepastną połać zieleni otaczającą Kamarkę, po raz kolejny straciłam dech. Tym razem nie tylko z powodu rozpościerających się przede mną widoków, ale poczucia, że dotrwałam. Ten wyjazd miał być dla mnie klamrą. Nagrodą. Przetrwałam. Powiadają, że co cię nie zabije to cię wzmocni. Niektórzy uważają, że spotyka nas w życiu tylko tyle ile jesteśmy w stanie dźwignąć. Nie pisałam się na bycie siłaczką. Potrzebowałam znów znaleźć się na szlaku, iść, maszerować. Nie myśleć, zapomnieć. A jednocześnie właśnie tu, nigdzie indziej stworzyć sobie przestrzeń do tego, żeby móc spotkać się wreszcie ze sobą, ze swoimi myślami, z tym co przeszłam, gdzie zaszłam i gdzie chcę podążać dalej. 

Kilka razy usłyszałam, że jestem dzielna. Żadnego ze swoich działań nie uważam za czyn godny tego miana. Dzielni są obywatele i obywatelki Ukrainy mierzący się z jawnym zagrożeniem życia. Czy wszelkie osoby, które pozostają na terenach objętych działaniami wojennymi, mierzącymi się z głodem. ubóstwem. Walczących każdego dnia o prawo do bycia sobą, stające w szrankach z reżimem. Ja podjęłam rękawicę, bo cenię życie. Najsilniej zakorzeniony mamy instynkt przetrwania. 


W dole Jaśliska, a my jesteśmy na dawnym trakcie węgierskim. Strasznie wiało, więc grzane wino okazało się zbawienne. Tędy przewożono wino z królestwa węgierskiego, więc jak na to nie patrzeć oddaliśmy cześć tradycji. Powiadają, że przewożono szlakiem handlowym ok 350 tys. hektolitrów wina i innych produktów. Do ochrony traktu król Kazimierz Wielki w 1366 roku powołał Hohenstadt Wysokie Miasto, które z czasem przyjęło miano Jaśliska, które ze wzgórza dopatruje św. Jan Nepomucen, patron od złej wody i dobrej sławy. 

Dogadzamy sobie ile wlezie. 




Jak przystało na emerytów i rencistów, z całym szacunkiem mówię o sobie, wybraliśmy się do uzdrowiska w pięknym Rymanowie Zdroju. Wyposażyłam się w magnes najbardziej obciachowy do kolekcji, nawiedziłam klaustrofobiczny lumpeks, który opuściłam szybciej niż bym dała po sobie poznać. I jak to ja wygrzebałam książkę o Beskidzie dla dzieci. Chcieliśmy napić się wody świętej tfu uzdrawiającej wszelkie schorzenia, ale oczywiście pijalnie były zamknięte na cztery spusty. Mogłam obejść się smakiem wylizując witki tężni. Nie wspomnę o czajniczku do picia wody do kolekcji. 





za to znalazłam opuszczony szpital 


Na pocieszenie miała być szarlotka na ciepło z lodami, ale wiadomo wyjedli kuracjusze. Dostałam zamiennik w postaci sernika nie zabił mnie, więc to już połowa sukcesu. A kozioł z pozdrowieniami dla Siostry Ploty. 

tu próbuję zrobić artystyczne zdjęcie w nocy, bo było zjawiskowo, ale wyszło jak wyszło. 
dla porównania poniżej macie drzewo w oryginale 



Opowieści ze szlaków. W zeszłym roku wybraliśmy się do brodu na Bielczy, gdzie zostawiliśmy auto i ruszyliśmy ścieżką dydaktyczną, żeby zdobyć Kamień nad Jaśliskami (857 m). Dopiero teraz odkryłam po fakcie, że mamy na koncie jeden ze szczytów korony Bieszczad. Rzucaliśmy wtedy monetą czy wracamy szukać jam czy wracamy i uderzamy na Czeremchę (patrz pierwszy wpis o Jaśliskach). Tym razem postanowiliśmy wrócić i poszukać kamieniołomów. Obraliśmy inną trasę dla urozmaicenia drogi. I tak trafiliśmy do Pana Jacka i Gutkowej Koliby znajduję się niedaleko szlaku na Kamień. Jak się później dowiedzieliśmy Pan Jacek przez jedenaście lat starał się o wyznaczenie przez PTTK zielonego szlaku. Na miejscu można spotkać taką kudłatą słodycz, która odprowadzała nas jak wspinaliśmy się na górę. Kupa szczęścia w wymiarze 60 kilogramów. (zdjęcie powyżej). 


W dole majaczy się Gutkowa Koliba oraz Kamarka.


Żeby nie było tak pierdząco-słodko w tym sielankowym obrazie. Pan Jacek nas ostrzegał, ale ja nie omieszkam o tym napisać. Powyższe zdjęcia to obraz SZLAKU na której urządzono wycinkę drzew, pozostawiając teren momentami nie do przejścia. Trzeba było nieźle się nagimnastykować. Ścieżka zdrowia dzięki kochanym ludziom oraz innym ludziom, którzy na to pozwolili. W kwestii leśnictwa jestem totalną ignorantką, rozumiem, że czasami wycinki są potrzebne, zakazane na terenach chronionych rezerwatów, ale to jest kuźwa szlak po którym chodzą ludzie i mogą sobie zrobić krzywdę. Gdyby któreś z nas zwichnęło sobie nogę to dojazd jakichkolwiek służ byłby niemożliwy. Czasami mam wrażenie, że po pierwsze jesteśmy największymi szkodnikami stąpającymi po tym świecie, do tego myślimy tylko o sobie, bo do głowy nam nie przyjdzie, że może ktoś inny z tego skorzysta. 




W środę przed wyjazdem zostałam namówiona na wyprawę do lasu, pobudka po 5 rano. Jedyny sport jaki toleruję to wędrowanie, trekking i pływanie. Reszta nie jest dla mnie. Nie spotkacie mnie na siłce, sorry. Nie moja bajka. Ewentualnie rower, ale tylko na ścieżkach dla emerytów i rencistów, żadnych wybojów. Idziemy sobie szlakiem i dwójkę ogarnia grzybobranie. Na pierwszy rzut trafione okazałe sztuki trujących grzybów, coś w czym ja się specjalizuję. Takich nie zbieramy, żeby nie było. Ale przyznacie podręcznikowe okazy. 


Ale to, co spotkaliśmy później przeszło wszelkie moje wyobrażenia i nawet mnie ogarnęła ta złota gorączka grzybiarza. Borowik wielkości ludzkiej ręki. 


Dla porównania poniżej mamy podgrzybka wielkości ludzkiego buta rozmiar 37. 
Tu mamy szczęśliwą poławiaczkę grzybów z całym plecakiem. W piątek należało zrewidować plan wyprawy do schroniska w Zyndranowej przez uroczą ścianę deszczu, więc wybraliśmy się do pobliskich miejscowości w poszukiwaniu SŁOIKÓW, co poza sezonem okazuje się graniczyć z cudem. Ale udało się i w piątkowe popołudnie przyrządzałyśmy pierwsze słoiki, suszyliśmy oraz gotowaliśmy strawę, której nie pożałowałby nawet Gerart (zdjęcie poniżej). Tu nadmienię, że dla zasady nie jadam grzybów. Nie tknę zupy grzybowej, a ta potrawka z zebranych samodzielnie grzybów była misio-miso. 





Nie chcąc wracać przez wycinkę drzew w dół, widząc te wszystkie połamane, skręcone kończyny górne i dolne, wybite stawy oraz zęby hehehe postawiliśmy na przechadzkę żółtym szlakiem nadrabiając drogi. Ale było warto, bo przeszliśmy koło pozostałości po PGRze na końcu świata, gdzie wrony zawracają. Później przez wieś Lipowiec, łapałam stopa, ale skończyło się powłóczeniem nogami do domku. 


Lipowiec. To są magiczne tereny dla takich domorosłych miłośników historii jak ja. To z tych terenów wypędzano społeczność łemkowską w ramach akcji Wisła. Tu znajdziemy fundamenty cerkwi, cmentarza czy wsi Czeremcha. Po wojnie tereny przejął PGR, a cerkiew rozebrano w latach 1956-67. Ku mej radości idąc na Kamień odkryliśmy odnowiony kirkut ze znalezionych płyt, które posłużyły za budowę tamy na Bielczy. A ówczesny właściciel działki zamienił cmentarz na ziemię uprawną. W latach 2015-2016 wydobyto część macew. W 2017r. po wieloletnich negocjacjach działka została odkupiona przez Centrum Historii Żydów Polskich w Dynowie. Historia niczym z Pokłosia, na szczęście nikogo nie powieszono na drzwiach stodoły. Macewy odrestaurowano i przewieziono w 2022 do Jaślisk. 






Kilka kadrów z Jaślisk. Kocham te domki. Niestety ten czerwony popada w ruinę. Jedno z najstarszych domostw znajdujących się na rynku zawaliło się na przestrzeni tego roku. W piątkową deszczową aurę obejrzeliśmy Truskawkowe wino. Najwięcej radochy miałam z rozpoznawania znajomych miejsc. W filmie widzimy macewy w rzece, a scenariusz powstał na podstawie opowieści Andrzeja Stasiuka, więc rarytas, który gorąco polecam.   





W środku wyjazdu wybrałam się zdobyć Łysą Górę z Gają, co było błędem, bo pies postanowił kilka metrów od domku strzelać fochy godne ośmiolatki, więc momentami miałam dodatkowe obciążenie podczas trekkingu. Przeplatane ochotą wystrzelenia psa w kosmos zamiast Łajki. W ostateczności nie zdobyłyśmy szczytu, bo zgubiłam szlak. Jeszcze kilka lat temu wkurwiłoby mnie to na maksa. Nie przeczę miałam wnerwa na psa za stawianie czynnego oporu przez 3/4 wędrówki. Dla mnie najważniejsze było samotne wyjście i otulenie się przestrzenią. Jak o tym myślę teraz to widzę to jako metaforę mojego życia, a przynajmniej ostatnich lat. Niby szłam wyznaczonym torem, ale zboczyłam z trasy i zgubiłam drogę. I obecnie nie wiem dokąd zmierzam. Pierwszy odruch to panikowanie. A ja przysiadłam dwa razy, skapitulowałam jeśli chodzi o psa, który nie miał ochoty iść ze mną tam, gdzie ja chciałam, więc musiałam zawrócić i znaleźć inną drogę. I właśnie tak się czuję. Zgubiłam się, poddałam, wracam na trasę. Znajduję na koniec rozwidlenie, ale widząc reakcję Gai, poddaję się po raz kolejny i wracam do domku z myślą, zahaczę o bar czeremcha napiję się grzańca. Zamknięte na cztery spusty. Wtedy siadam na ławce i śmieję się sama do siebie, bo jestem uprzywilejowaną białaską ze stolicy, która przyzwyczajona i rozpieszczona przez miasto ma w sobie pewność, że wszystko będzie otwarte i dostępne. A tu życie toczy się i kieruje własnymi prawami, a ja nie wiem czy jestem gotowa na taką zmianę. Nieustannie pozostaję w zachwycie nad tym miejscem. Ale jak po raz kolejny jedziesz w Bieszczady czy w Beskid zaczynasz dostrzegać codzienne życie. Wykluczenie komunikacyjne, ograniczony dostęp do kultury, życie toczące się według zegara słonecznego i pór roku. I z daleka, na chwilę wygląda to pięknie oraz kusząco. Ale to nic w porównaniu z codziennym życiem. Do którego trzeba dojrzeć, a może nawet dorosnąć, żeby się na niego zdecydować. Nadal będę karmić swoją duszę wędrówkami, wyjazdami, byciem w drodze, bo to część mnie. To jak woda dla ryby, którą jestem. Nie wyobrażam sobie dalszego życia bez tego. 


Podczas pobytu kończyłam Wspomnienia z nieistnienia Rebecci Solnit w których dzieli się po części swoją drogą jako pisarki. Wgniotło mnie to, co napisała w Mężczyźni wyjaśniają mi świat, co w kontekście słów Jarosława Kaczyńskiego jest takie w punkt, że aż boli na wskroś. Czasem zastanawiam się ile jeszcze przełkniemy zanim postanowimy coś zmienić. Czy może takim myśleniem karmię swoją bańkę, bo JK reprezentuje ludzi, którzy myślą podobnie. W sieci oburzenie, a ja myślę, że on po raz kolejny umacnia dobrze mające się podziały ról, co i ile i komu można. Z naciskiem na to, że mężczyzna to nawet pić może więcej. A kobieta jak zacznie wcześniej to jakie ma konsekwencje w nie spełnianiu swojej podstawowej funkcji do której jest stworzona, bo przecież do żadnej innej nie, rodzenia dzieci. Doświadczyliśmy sytuacji skrajnych pandemia, agresja wojny na Ukrainę, ograniczanie praw kobiet, agresja, przemoc. Jak przyjrzymy się z boku na świat zmierzamy w czeluść, przepaść człowieczeństwa. Chcę zobaczyć nadzieję w mroku, którą dała mi ludzka solidarność. Jakby wpisana w polskie dna, która uwidacznia się przy wielkich gestach, ale znika w codzienności. 

Nie pisałam od ponad roku. 
Bałam się tego czy jeszcze potrafię. 
Czy jeszcze mam coś do powiedzenia. 
Czy jeszcze kogoś to zainteresuje. 
Chcąc dojść na Łysą Górę znalazłam tabliczkę do nieba daleka droga. 
Czasem chcę pobujać w obłokach widząc siebie w VANie, w domku w totalnej głuszy z dostępem do jeziora z pracownią ceramiczną w garażu, bo czasem mi to pomaga uciec od nadmiaru. Ale lubię też wracać na ziemię i być i żyć codziennością. Nudną powtarzalną stateczną codziennością. I taki ten mój wpis urywany, przydługi, o wszystkim i o niczym. Ale lepiej czasem taki niż żadny. 





Wspomniałam o tych miejscach, publikacjach:
https://gutkowa-koliba.pl/
Rebbeca Solnit "Mężczyźni objaśniają mi świat" "Wspomnienie z nieistnienia" "Zew włóczęgi" będzie przy okazji ;-) 
Anna Ciarkowska autorka Pestek, Dewocji. 


 

Wyplułem śledź

Wyplułem śledź



Jakiś czas temu pisałam, że choćby skały srały... to pojadę. Niedawno FB przypomniało mi zdjęcie -  siedzę na dworcu w Gdyni i czekam na pociąg do stolicy. W ręku trzymam dyplom ukończenia kursu z zakresu edukacji seksualnej. W czerwcu minęły trzy lata od tego dnia. Pierwsze doniesienia o COVID-19 odnotowano w listopadzie 2019 roku w Chinach. Obserwowaliśmy rozwój sytuacji we Włoszech. Dwa lata temu sami zostaliśmy zamknięci w domach, odcięto nas od lasów, życie toczyło się w izolacji. Organizowano nauczanie zdalne, przenoszenie pracy do internetu tam, gdzie się dało. Od dwóch lat można lekko z boku, ogarniając siebie w sytuacji granicznej, obserwować zmiany społeczne, ludzi u władzy... gdzieś z tyłu głowy mam, że sytuacje kryzysowe bardzo pokazują z jakimi ludźmi mamy do czynienia, czy ktoś to dźwignie, jak sobie poradzi... no i czasem jak zbiorę to do kupy to mam ochotę rozpaść się na kawałki, bo nie ogarniam. Nie ogarniam w jakim kierunku zmierzamy. Jakby mocno to, co obserwuję gryzie się z moim wewnętrznym postrzeganiem kondycji ludzkiej. Jakby sytuacja pandemii zeszła na drugi plan za sprawą sytuacji w Ukrainie, co nie oznacza, że się zakończyła. Działania ludzkie, oddolne wzruszały mnie, dawały nadzieję. Reszta mnie rozczarowuje. Inflacja szybuje, nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa... czasem mam ochotę wysiąść z tego rozpędzonego pociągu o którym kiedyś pisał Zygmunt Bauman. 

Gdzieś w tym wszystkim szukam dla siebie miejsca, ale też próbuję zrozumieć, więc dużo czytam. "Mniej znaczy lepiej czy "Wiek paradoksów. Czy uratuje nas technologia" Natalii Halskiej. Co próbuję powiedzieć? Te trzy lata były bardzo intensywne pod wieloma względami. Sama musiałam przenieść swoją pracę do internetu, co wydawało mi się jaką abstrakcją. Pisanie "Mitu spółdzielczości" utrzymało mnie na powierzchni, a zaczęłam obserwować u siebie początki wypalenia zawodowego oraz ogólnego przeciążenia. Następowały małe końce świata, w nadmiarze. Odcięto mnie od wszelkich form aktywności i odskoczni stanowiących reset dla mojej głowy - w tym ceramiki, wyjazdów czy koncertów. Gdzieś pomiędzy człowiek wracał pomału do siebie, ale rzeczywistość zmienia się na naszych oczach. Gdzieś pomiędzy musiałam zadbać o siebie, żeby móc być. Dlatego musiałam pojechać choćby skały srały, żeby odciąć się grubą kreską od tego, co było i zacząć od czegoś dobrego. Chociaż odciąć się nie da. Za bardzo to wrosło w człowieka i go uwiera. Nosi ten niepokój, napięcie w sobie. Szuka dla niego jakiegoś ujścia. 


Próbuję Wam powiedzieć, że pojechałam na FESTIWAL. Cieszę się z tego, że imprezę przeniesiono do Gdańska
i w dodatku na teren Carskiej Stoczni, bo kocham morze oraz industrialne przestrzenie. Jeśli do tego dodamy muzykę, jedzenie oraz ludzi to jest mój przepis na szczęście. Dobra, nie jestem wielką fanką heavy metalu, ale na tym polega magia festiwalu, za to kocham OFF Festival, że można spotkać tu tak różnorodne zespoły, że każdy znajdzie coś dobrego dla siebie. Ku własnemu zaskoczeniu świetnie bawiłam się przy ciężkich brzmieniach. I poszerzyłam spektrum swoich muzycznych ulubieńców o istne perełki. 




   Dawka tego, co kocham ŻURAWIE, stal, woda, błękit nieba. 





   Próba zespołu Dead Lord zapowiedziała, że to będzie samo złoto i wiele się nie pomyliłam. 


Zresztą zobaczcie - czysta radość z takiej dawki dobrej muzyki oraz spełnienie marzenia o posiadaniu burzy loków. 


Najlepsze w dorosłym życiu jest to, że na śniadanie możesz zjeść NALEŚNIKI hehehe tak naprawdę to jak jesteś dorosła to możesz zjeść na śniadanie nawet lody. 

Prawda jest taka, że za późno wybraliśmy się na śniadanie, bo restauracje już ich nie serwowały. Trzeba było posiłkować się alternatywą. Znaleźliśmy bardzo sympatyczny Bar Mleczny Stągiewna. Ja mam sentymentalny stosunek do barów mlecznych. Przypominajka dla tych, co tu są od niedawna idea tego bloga narodziła się w warszawskim barze mlecznym, przy pierogach w 2013 roku. Co mi przypomina, że w przyszłym roku będzie DZIESIĘCIOLECIE - może wrócą torby/plecaki z syrenką ;-) 




Będąc w Gdańsku lubię zaglądać do kawiarni, znajdziecie tu kilka kultowych. Jedną z nich jest Drukarnia. Przyjemnie było posiedzieć w cieniu, obserwować ludzi przechodzących obok i nie musieć się nigdzie spieszyć. 

Drukarnia Mariacka 36 


Męskie grono udało się do zagłębia piwnego w okolicy Pułapki, a my na wycieczkę do jedynego i niepowtarzalnego miejsca - pracowni Jumibag, mieszczącej się przy Żabim Kruku 14. Kocham takie nazwy ulic. 

Od przeszło trzech lat robię sukcesywne czystki w szafie. Trzy przeprowadzki uświadamiają mi nadmiar posiadanych rzeczy, które tylko mnie coraz częściej i bardziej przytłaczają. Brałam udział w babskich wymiankach ciuchów i buszowałam w ciuchlandach zanim to jeszcze było modne. Wśród znajomych słynęłam z tego, że potrafię coś upolować w niemal każdym sklepie z używaną odzieżą, którego próg przekroczyłam. Za sprawą Moniki wdrożyłam w swoje życie zasadę, że jeśli coś kupuję to jedna rzecz musi być oddana. Zachwycam się działaniami Zofii Zochniak i Tomka Bociana założycieli "Ubrania do oddania". Wspominałam ostatnio o "Odpowiedzialnej modzie" Katarzyny Zajączkowskiej. Cieszą mnie powstające miejsca typu podzielnie, vinted, gdzie można sprzedać, oddać rzeczy, które zalegają i nie wiesz co masz z nimi zrobić, bo nie każdemu chce się poświęcać na to czas i ja to rozumiem. Oczywiście kłamałabym twierdząc, że nie kupuję już nic nowego. Staram się kupować tylko to, co potrzebuję. Był moment w moim życiu, kiedy odczuwałam silną potrzebę POSIADANIA I KUPOWANIA, bo MOGĘ. Przecież jestem DOROSŁA, STAĆ MNIE, PRACUJĘ, PO COŚ kuźwa PRACUJĘ... Czasem zakup konkretnej rzeczy bywał formą NAGRODY. Częściej kupowałam książki niż ubrania, ale jednak mam na sumieniu kilka grzeszków ;-) Na szczęście to wszystko jest płynnym procesem, ulega zmianie. 

Jakiś czas temu zakupiłam nerkę, dużą kolorową literacko-festiwalową, ale po krótkiej eksploatacji bardzo szybko skończyła swój żywot ku mojej rozpaczy. 

Od jakiegoś czasu widziałam u Emilki nerkę marzenie. W drodze do Gdańska oczywiście Emilka miała ze sobą ową nerkę, więc wróciłam do tematu i okazało się, że przecież pracownia jest właśnie tu, my na miejscu, więc łatwo dodać jeden do jednego. Ostrzegam od ilości rzeczy można przyprawić się o zawrót głowy. Wspięcie się na ostatnie piętro również wymaga kondycji. Trzeba być bardzo TWARDYM i zmotywowanym, żeby nie kupić więcej niż się zamierzało ;-) 

Wpadła mi w oko butelkowa zieleń, kocham zieleń, ale ostatnio odczuwam silną potrzebę koloru w życiu. Moja ma wstawkę z wzorem z wężowej skóry. Do tego dobrany pasek w pepitkę, więc dla niektórych to może być istny odlot, ale mnie siedzi. Ania - właścicielka oraz dziewczyny z Jumibag zrealizują prawie każdą fantazję kolorystyczną. Byłyśmy świadkami jak od ręki dorobiły pasek do nerki, żeby pasował. Takie cuda. Przymierzyłam jeszcze zielone kinomo-płaszcz, więc wiem już co dostanę od Mikołaja na gwiazdkę, zwłaszcza, że nie mam płaszcza. Nerkę noszę wszędzie, gdzie się da zamiast torebki, więc jest idealna, nie ogranicza ruchów, mieści wiele. Zdecydowałam się na nerkę w rozmiarze M. Jest jeszcze większa opcja L, ale to za jakiś czas. Pewnie jak dokonam czystek w swoim asortymencie torebek, które posiadam, a których nie używam. Będziecie teraz ją pewnie widzieć, bo chodzę z nią dosłownie WSZĘDZIE. Tak już mam, jak coś mi podpasuje to będę eksploatować do upadłego. Jeśli przeżyje ze mną to jest nie do zdarcia. Obecnie mój zestaw marzenie, jeśli muszę mieć więcej rzeczy to torba worek od Audyckiej oraz nerka od Jumibag. 

Na marginesie należy dodać, że Ania właścicielka oraz twarz marki jest przesympatyczną osobą. Spędziłyśmy w pracowni ponad godzinę, jeśli nie dłużej buszując między regałami, rozmawiają i pewnie byśmy jeszcze nie wyszły, gdyby nie jeden pilny telefony w sprawie wyprawy na jedzenie. Jedzenie jednak wygrywa z rzeczami ;-) Gorąco Wam polecam, ale nadmienię, że nikt mi za współpracę nie płaci ;-) 



Na obiadokolację udaliśmy się do Chleba i Wina Stągniewna 17 na zacną ucztę.  
Na górze lemoniada na bazie tajskiej herbaty??? wyglądem przypomina denaturat, smak ma ciekawy orzeźwiający, lekko kwaskowaty, pewnie nie dla każdego.  

Na dole policzki. 


chyba najbardziej zacna pozycja z całego zestawu to porcja żeberek, które widzicie poniżej. Zamówione przez większość towarzystwa, wszyscy się zachwycali. Wyszli najedzeni i szczęśliwi. Na jedzenie musieliśmy trochę poczekać, bo było lekkie obłożenie lokalu, co jest normą jeśli chodzi o ten lokal. 


Z racji ograniczania spożycia mięsa, czasami poszukuję dań, które obecnie mogę spożywać. Nie zawsze jest to łatwe zadanie. Czasem przypomina to... zagmatwane kombinowanie, bo jak mogę jedno, to nie mogę drugiego. Czasem wybieram mniejsze zło. Moje faszerowane makarony-naleśniki ze szpinakiem były w porządku. Chciałoby się powiedzieć, że dupy nie urwały... może z tęsknym wzrokiem patrzyłam na porcje żeberek, więc miałam smętne myśli i odczucia, co do jedzenia. A może sprawił to sos pomidorowy, który zdominował danie, był za słodki i musiałam się nieźle napocić, żeby zjeść same naleśniki udające makaron. A może to kwestia dnia masz ochotę na coś czego nie możesz zjeść, więc smęcisz, kręcisz nosem...




ostatniego dnia festiwalowego w jednym miejscu odmówiono nam podania napiwka, bo go nie serwowano chociaż na tyłach znajdował się browar... szkoda nam było przesympatycznego kelnera, który był sam na ogródku dwoił się i troił... 

Czasem musisz usłyszeć NIE, żeby gdzie indziej usłyszeć TAK. 


I tak znaleźliśmy inne miejsce, które okazało się dla nas wyśmienite. Istny strzał w ciemno w dziesiątkę, a nawet pokuszę się, że strzał w setkę. Zasiedliśmy w środku, w klimatyzowanej "loży VIP" oglądaliśmy poczynania Igi Świątek racząc się dobrym napiwkiem. Zresztą hello, mieli MOJE UKOCHANE PIWO Z BROWARU CIESZYN SOUR MANGO ALE... 

ale najlepsze miało dopiero nadejść i nie chodzi mi o wygraną Idy Ś. i jej uściski z Robertem L. na trybunie o których głośno było wszędzie. Już widziałam papiery rozwodowe... hehehe 



na górze bajgel z szarpaną wieprzowiną 

na dole zwycięzca dnia PANUZZO Ciabata prosciutto cotto 
na pewno tam wrócę, bo to jedno z lepszych odkryć tego wyjazdu. 
Jeśli ktoś będzie w Gdańsku lub 3M to gorąco polecam. Przesympatyczna obsługa, morze piw do wyboru i te nieziemskie rarytasy... 

UNDER BEER Garbary 6 



Zapomniałam wspomnieć, że mają swoje piwo ;-) 


tu nastąpiła seria zdjęć z moimi minami podczas degustacji piwa w Pułapce z nutą kokosowych ciasteczek przy akompaniamencie rechotu towarzystwa, których nie pokażę. Zawiesiste intensywne lekko przypominające mi piwo nitrowane wrocławskiego browaru stu mostów, które jest moim numerem uno, czyli to co lubię.  

Pułapka, Straganiarska 2 

                                                                                                Loża VIP Under Beer i poczynania I.Ś.
                                                                                                nie ważne gdzie, ważne, że z ludziami




nowe nerki i szczęśliwe kobietki, czyli tzw. ścianka 
Emilka dzięki której mam wymarzoną nerkę 

była oczywiście też szama festiwalowa NIE/MIĘSNY foodtruck  
na pewno odwiedzę ich przy okazji kolejnej wyprawy do Gdańska, ponieważ mają lokal przy ulicy Jaskółczej. Tu bezpieczna wersja bezmięsnego dania dla mnie, która pozwoliła mi pierwszego dnia przetrwać 11-14 godzin? kto by to zliczył, na festiwalu. Jak ja to przetrwałam... cud nad Wisłą... 

Ostatnia niedziela... wypad nad morze, żeby posłuchać szumu fal, poleżeć dupskiem przez chwilę na piasku. Przy okazji odkryliśmy Moją Gruzję Gdańsk Zaspa z największą porcją chinkali jakie jadłam dotychczas, a jadłam wiele. Kocham lokal, którego menu składa się z kartki A4, obejmuje kilka flagowych potraw, więc człowiek nie spędza całego dnia na dokonywaniu zawiłych życiowych wyborów. 

najlepsze miejsce ever ulica Elektryków 




Małe końce świata to nawiązanie do publikacji Justyny Mazur-Kudelskiej. 

A tu moje najbardziej zajebiste zdjęcie. Chciałam jeszcze napisać o samym festiwalu, ale dużo się działo, samo dobro muzyczne, jedzeniowe, organizacyjne, ale to trzeba przeżyć, doświadczyć. A nie czytać o tym. Mam dwa niemiłe epizody, ale dotyczą ludzkich interakcji na festiwalu. Poza tym pełna kulturka, organizacyjnie pierwsza klasa. pokusiłabym się o stwierdzenie, że biją o łepek OFF, który dotychczas był dla mnie bezkonkurencyjny. Z ciekawością będę śledzić przyszłoroczną edycję. 

A co do tych epizodów... Wiecie nie wkłada się nikomu łapy do jedzenia. Zwłaszcza, że jesteś najebany jak szpadel i jeszcze jesteś zdziwiony reakcją na takie poczynania. Druga sytuacja... koleś zajumał mi pałeczkę, którą rzucił w tłum perkusista mojego ukochanego zespołu dla którego pojechałam na festiwal, koncert był same złoto. Doznałam tak skrajnych i silnych emocji w krótkim czasie, zew krwi i chęć zagryzienia i dopuszczenia się rękoczynów... ja pacifistka, która muchy nie skrzywdzi... story of my life. 


https://jumibag.pl/
https://www.ubraniadooddania.pl/

 

Copyright © 2014 bite me Martha , Blogger