Wyplułem śledź

Wyplułem śledź



Jakiś czas temu pisałam, że choćby skały srały... to pojadę. Niedawno FB przypomniało mi zdjęcie -  siedzę na dworcu w Gdyni i czekam na pociąg do stolicy. W ręku trzymam dyplom ukończenia kursu z zakresu edukacji seksualnej. W czerwcu minęły trzy lata od tego dnia. Pierwsze doniesienia o COVID-19 odnotowano w listopadzie 2019 roku w Chinach. Obserwowaliśmy rozwój sytuacji we Włoszech. Dwa lata temu sami zostaliśmy zamknięci w domach, odcięto nas od lasów, życie toczyło się w izolacji. Organizowano nauczanie zdalne, przenoszenie pracy do internetu tam, gdzie się dało. Od dwóch lat można lekko z boku, ogarniając siebie w sytuacji granicznej, obserwować zmiany społeczne, ludzi u władzy... gdzieś z tyłu głowy mam, że sytuacje kryzysowe bardzo pokazują z jakimi ludźmi mamy do czynienia, czy ktoś to dźwignie, jak sobie poradzi... no i czasem jak zbiorę to do kupy to mam ochotę rozpaść się na kawałki, bo nie ogarniam. Nie ogarniam w jakim kierunku zmierzamy. Jakby mocno to, co obserwuję gryzie się z moim wewnętrznym postrzeganiem kondycji ludzkiej. Jakby sytuacja pandemii zeszła na drugi plan za sprawą sytuacji w Ukrainie, co nie oznacza, że się zakończyła. Działania ludzkie, oddolne wzruszały mnie, dawały nadzieję. Reszta mnie rozczarowuje. Inflacja szybuje, nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa... czasem mam ochotę wysiąść z tego rozpędzonego pociągu o którym kiedyś pisał Zygmunt Bauman. 

Gdzieś w tym wszystkim szukam dla siebie miejsca, ale też próbuję zrozumieć, więc dużo czytam. "Mniej znaczy lepiej czy "Wiek paradoksów. Czy uratuje nas technologia" Natalii Halskiej. Co próbuję powiedzieć? Te trzy lata były bardzo intensywne pod wieloma względami. Sama musiałam przenieść swoją pracę do internetu, co wydawało mi się jaką abstrakcją. Pisanie "Mitu spółdzielczości" utrzymało mnie na powierzchni, a zaczęłam obserwować u siebie początki wypalenia zawodowego oraz ogólnego przeciążenia. Następowały małe końce świata, w nadmiarze. Odcięto mnie od wszelkich form aktywności i odskoczni stanowiących reset dla mojej głowy - w tym ceramiki, wyjazdów czy koncertów. Gdzieś pomiędzy człowiek wracał pomału do siebie, ale rzeczywistość zmienia się na naszych oczach. Gdzieś pomiędzy musiałam zadbać o siebie, żeby móc być. Dlatego musiałam pojechać choćby skały srały, żeby odciąć się grubą kreską od tego, co było i zacząć od czegoś dobrego. Chociaż odciąć się nie da. Za bardzo to wrosło w człowieka i go uwiera. Nosi ten niepokój, napięcie w sobie. Szuka dla niego jakiegoś ujścia. 


Próbuję Wam powiedzieć, że pojechałam na FESTIWAL. Cieszę się z tego, że imprezę przeniesiono do Gdańska
i w dodatku na teren Carskiej Stoczni, bo kocham morze oraz industrialne przestrzenie. Jeśli do tego dodamy muzykę, jedzenie oraz ludzi to jest mój przepis na szczęście. Dobra, nie jestem wielką fanką heavy metalu, ale na tym polega magia festiwalu, za to kocham OFF Festival, że można spotkać tu tak różnorodne zespoły, że każdy znajdzie coś dobrego dla siebie. Ku własnemu zaskoczeniu świetnie bawiłam się przy ciężkich brzmieniach. I poszerzyłam spektrum swoich muzycznych ulubieńców o istne perełki. 




   Dawka tego, co kocham ŻURAWIE, stal, woda, błękit nieba. 





   Próba zespołu Dead Lord zapowiedziała, że to będzie samo złoto i wiele się nie pomyliłam. 


Zresztą zobaczcie - czysta radość z takiej dawki dobrej muzyki oraz spełnienie marzenia o posiadaniu burzy loków. 


Najlepsze w dorosłym życiu jest to, że na śniadanie możesz zjeść NALEŚNIKI hehehe tak naprawdę to jak jesteś dorosła to możesz zjeść na śniadanie nawet lody. 

Prawda jest taka, że za późno wybraliśmy się na śniadanie, bo restauracje już ich nie serwowały. Trzeba było posiłkować się alternatywą. Znaleźliśmy bardzo sympatyczny Bar Mleczny Stągiewna. Ja mam sentymentalny stosunek do barów mlecznych. Przypominajka dla tych, co tu są od niedawna idea tego bloga narodziła się w warszawskim barze mlecznym, przy pierogach w 2013 roku. Co mi przypomina, że w przyszłym roku będzie DZIESIĘCIOLECIE - może wrócą torby/plecaki z syrenką ;-) 




Będąc w Gdańsku lubię zaglądać do kawiarni, znajdziecie tu kilka kultowych. Jedną z nich jest Drukarnia. Przyjemnie było posiedzieć w cieniu, obserwować ludzi przechodzących obok i nie musieć się nigdzie spieszyć. 

Drukarnia Mariacka 36 


Męskie grono udało się do zagłębia piwnego w okolicy Pułapki, a my na wycieczkę do jedynego i niepowtarzalnego miejsca - pracowni Jumibag, mieszczącej się przy Żabim Kruku 14. Kocham takie nazwy ulic. 

Od przeszło trzech lat robię sukcesywne czystki w szafie. Trzy przeprowadzki uświadamiają mi nadmiar posiadanych rzeczy, które tylko mnie coraz częściej i bardziej przytłaczają. Brałam udział w babskich wymiankach ciuchów i buszowałam w ciuchlandach zanim to jeszcze było modne. Wśród znajomych słynęłam z tego, że potrafię coś upolować w niemal każdym sklepie z używaną odzieżą, którego próg przekroczyłam. Za sprawą Moniki wdrożyłam w swoje życie zasadę, że jeśli coś kupuję to jedna rzecz musi być oddana. Zachwycam się działaniami Zofii Zochniak i Tomka Bociana założycieli "Ubrania do oddania". Wspominałam ostatnio o "Odpowiedzialnej modzie" Katarzyny Zajączkowskiej. Cieszą mnie powstające miejsca typu podzielnie, vinted, gdzie można sprzedać, oddać rzeczy, które zalegają i nie wiesz co masz z nimi zrobić, bo nie każdemu chce się poświęcać na to czas i ja to rozumiem. Oczywiście kłamałabym twierdząc, że nie kupuję już nic nowego. Staram się kupować tylko to, co potrzebuję. Był moment w moim życiu, kiedy odczuwałam silną potrzebę POSIADANIA I KUPOWANIA, bo MOGĘ. Przecież jestem DOROSŁA, STAĆ MNIE, PRACUJĘ, PO COŚ kuźwa PRACUJĘ... Czasem zakup konkretnej rzeczy bywał formą NAGRODY. Częściej kupowałam książki niż ubrania, ale jednak mam na sumieniu kilka grzeszków ;-) Na szczęście to wszystko jest płynnym procesem, ulega zmianie. 

Jakiś czas temu zakupiłam nerkę, dużą kolorową literacko-festiwalową, ale po krótkiej eksploatacji bardzo szybko skończyła swój żywot ku mojej rozpaczy. 

Od jakiegoś czasu widziałam u Emilki nerkę marzenie. W drodze do Gdańska oczywiście Emilka miała ze sobą ową nerkę, więc wróciłam do tematu i okazało się, że przecież pracownia jest właśnie tu, my na miejscu, więc łatwo dodać jeden do jednego. Ostrzegam od ilości rzeczy można przyprawić się o zawrót głowy. Wspięcie się na ostatnie piętro również wymaga kondycji. Trzeba być bardzo TWARDYM i zmotywowanym, żeby nie kupić więcej niż się zamierzało ;-) 

Wpadła mi w oko butelkowa zieleń, kocham zieleń, ale ostatnio odczuwam silną potrzebę koloru w życiu. Moja ma wstawkę z wzorem z wężowej skóry. Do tego dobrany pasek w pepitkę, więc dla niektórych to może być istny odlot, ale mnie siedzi. Ania - właścicielka oraz dziewczyny z Jumibag zrealizują prawie każdą fantazję kolorystyczną. Byłyśmy świadkami jak od ręki dorobiły pasek do nerki, żeby pasował. Takie cuda. Przymierzyłam jeszcze zielone kinomo-płaszcz, więc wiem już co dostanę od Mikołaja na gwiazdkę, zwłaszcza, że nie mam płaszcza. Nerkę noszę wszędzie, gdzie się da zamiast torebki, więc jest idealna, nie ogranicza ruchów, mieści wiele. Zdecydowałam się na nerkę w rozmiarze M. Jest jeszcze większa opcja L, ale to za jakiś czas. Pewnie jak dokonam czystek w swoim asortymencie torebek, które posiadam, a których nie używam. Będziecie teraz ją pewnie widzieć, bo chodzę z nią dosłownie WSZĘDZIE. Tak już mam, jak coś mi podpasuje to będę eksploatować do upadłego. Jeśli przeżyje ze mną to jest nie do zdarcia. Obecnie mój zestaw marzenie, jeśli muszę mieć więcej rzeczy to torba worek od Audyckiej oraz nerka od Jumibag. 

Na marginesie należy dodać, że Ania właścicielka oraz twarz marki jest przesympatyczną osobą. Spędziłyśmy w pracowni ponad godzinę, jeśli nie dłużej buszując między regałami, rozmawiają i pewnie byśmy jeszcze nie wyszły, gdyby nie jeden pilny telefony w sprawie wyprawy na jedzenie. Jedzenie jednak wygrywa z rzeczami ;-) Gorąco Wam polecam, ale nadmienię, że nikt mi za współpracę nie płaci ;-) 



Na obiadokolację udaliśmy się do Chleba i Wina Stągniewna 17 na zacną ucztę.  
Na górze lemoniada na bazie tajskiej herbaty??? wyglądem przypomina denaturat, smak ma ciekawy orzeźwiający, lekko kwaskowaty, pewnie nie dla każdego.  

Na dole policzki. 


chyba najbardziej zacna pozycja z całego zestawu to porcja żeberek, które widzicie poniżej. Zamówione przez większość towarzystwa, wszyscy się zachwycali. Wyszli najedzeni i szczęśliwi. Na jedzenie musieliśmy trochę poczekać, bo było lekkie obłożenie lokalu, co jest normą jeśli chodzi o ten lokal. 


Z racji ograniczania spożycia mięsa, czasami poszukuję dań, które obecnie mogę spożywać. Nie zawsze jest to łatwe zadanie. Czasem przypomina to... zagmatwane kombinowanie, bo jak mogę jedno, to nie mogę drugiego. Czasem wybieram mniejsze zło. Moje faszerowane makarony-naleśniki ze szpinakiem były w porządku. Chciałoby się powiedzieć, że dupy nie urwały... może z tęsknym wzrokiem patrzyłam na porcje żeberek, więc miałam smętne myśli i odczucia, co do jedzenia. A może sprawił to sos pomidorowy, który zdominował danie, był za słodki i musiałam się nieźle napocić, żeby zjeść same naleśniki udające makaron. A może to kwestia dnia masz ochotę na coś czego nie możesz zjeść, więc smęcisz, kręcisz nosem...




ostatniego dnia festiwalowego w jednym miejscu odmówiono nam podania napiwka, bo go nie serwowano chociaż na tyłach znajdował się browar... szkoda nam było przesympatycznego kelnera, który był sam na ogródku dwoił się i troił... 

Czasem musisz usłyszeć NIE, żeby gdzie indziej usłyszeć TAK. 


I tak znaleźliśmy inne miejsce, które okazało się dla nas wyśmienite. Istny strzał w ciemno w dziesiątkę, a nawet pokuszę się, że strzał w setkę. Zasiedliśmy w środku, w klimatyzowanej "loży VIP" oglądaliśmy poczynania Igi Świątek racząc się dobrym napiwkiem. Zresztą hello, mieli MOJE UKOCHANE PIWO Z BROWARU CIESZYN SOUR MANGO ALE... 

ale najlepsze miało dopiero nadejść i nie chodzi mi o wygraną Idy Ś. i jej uściski z Robertem L. na trybunie o których głośno było wszędzie. Już widziałam papiery rozwodowe... hehehe 



na górze bajgel z szarpaną wieprzowiną 

na dole zwycięzca dnia PANUZZO Ciabata prosciutto cotto 
na pewno tam wrócę, bo to jedno z lepszych odkryć tego wyjazdu. 
Jeśli ktoś będzie w Gdańsku lub 3M to gorąco polecam. Przesympatyczna obsługa, morze piw do wyboru i te nieziemskie rarytasy... 

UNDER BEER Garbary 6 



Zapomniałam wspomnieć, że mają swoje piwo ;-) 


tu nastąpiła seria zdjęć z moimi minami podczas degustacji piwa w Pułapce z nutą kokosowych ciasteczek przy akompaniamencie rechotu towarzystwa, których nie pokażę. Zawiesiste intensywne lekko przypominające mi piwo nitrowane wrocławskiego browaru stu mostów, które jest moim numerem uno, czyli to co lubię.  

Pułapka, Straganiarska 2 

                                                                                                Loża VIP Under Beer i poczynania I.Ś.
                                                                                                nie ważne gdzie, ważne, że z ludziami




nowe nerki i szczęśliwe kobietki, czyli tzw. ścianka 
Emilka dzięki której mam wymarzoną nerkę 

była oczywiście też szama festiwalowa NIE/MIĘSNY foodtruck  
na pewno odwiedzę ich przy okazji kolejnej wyprawy do Gdańska, ponieważ mają lokal przy ulicy Jaskółczej. Tu bezpieczna wersja bezmięsnego dania dla mnie, która pozwoliła mi pierwszego dnia przetrwać 11-14 godzin? kto by to zliczył, na festiwalu. Jak ja to przetrwałam... cud nad Wisłą... 

Ostatnia niedziela... wypad nad morze, żeby posłuchać szumu fal, poleżeć dupskiem przez chwilę na piasku. Przy okazji odkryliśmy Moją Gruzję Gdańsk Zaspa z największą porcją chinkali jakie jadłam dotychczas, a jadłam wiele. Kocham lokal, którego menu składa się z kartki A4, obejmuje kilka flagowych potraw, więc człowiek nie spędza całego dnia na dokonywaniu zawiłych życiowych wyborów. 

najlepsze miejsce ever ulica Elektryków 




Małe końce świata to nawiązanie do publikacji Justyny Mazur-Kudelskiej. 

A tu moje najbardziej zajebiste zdjęcie. Chciałam jeszcze napisać o samym festiwalu, ale dużo się działo, samo dobro muzyczne, jedzeniowe, organizacyjne, ale to trzeba przeżyć, doświadczyć. A nie czytać o tym. Mam dwa niemiłe epizody, ale dotyczą ludzkich interakcji na festiwalu. Poza tym pełna kulturka, organizacyjnie pierwsza klasa. pokusiłabym się o stwierdzenie, że biją o łepek OFF, który dotychczas był dla mnie bezkonkurencyjny. Z ciekawością będę śledzić przyszłoroczną edycję. 

A co do tych epizodów... Wiecie nie wkłada się nikomu łapy do jedzenia. Zwłaszcza, że jesteś najebany jak szpadel i jeszcze jesteś zdziwiony reakcją na takie poczynania. Druga sytuacja... koleś zajumał mi pałeczkę, którą rzucił w tłum perkusista mojego ukochanego zespołu dla którego pojechałam na festiwal, koncert był same złoto. Doznałam tak skrajnych i silnych emocji w krótkim czasie, zew krwi i chęć zagryzienia i dopuszczenia się rękoczynów... ja pacifistka, która muchy nie skrzywdzi... story of my life. 


https://jumibag.pl/
https://www.ubraniadooddania.pl/

 

Wielki post, czyli powroty i początki końców

Wielki post, czyli powroty i początki końców


Wychodzi na to, że w 2022 częstotliwość wychodzenia na miasto idzie w rekord, który warto zapisać u Guinnessa. Zbliżamy się do połowy kwietnia, a ja mam na koncie trzy wyjścia. Ostatnio złapałam się na tym, że jedząc nie sięgam po telefon. A jak już sobie to uświadomiłam to stwierdziłam, że czemu nie, zrobię zdjęcie może przełoży się to na post? Może to będzie dostatecznym bodźcem, żeby przysiąść i podzielić się z Wami nowymi miejscami. 

Pandemia zrobiła swoje. Oswajanie się z nową rzeczywistością, ogarnianie i przystosowywanie pracy do nowych realiów pochłonęło na tyle, że czasem nie miałam siły na nic innego, a konsumpcja przeniosła się do domowych pieleszy - gotowania lub zamawiania jedzenie na wynos z ulubionych, pobliskich lokali, o czym Wam już pisałam jakiś czas temu. Przeprowadzka na przedmieścia spowodowała prawie całkowitą rezygnację z jedzenia na mieście lub na wynos. Nie liczę pizzy, kiedy nie mieliśmy rozpakowanej kuchni. Dopiero po wygramoleniu się z kartonów zaczęliśmy poszukiwać nowych miejsc z lokalnego środowiska. 

Najzabawniejsze, że najlepsze lokalizacje znalazłam po znacznym upływie czasu, czytajcie co najmniej roku. A i tak większość dań zamawiana na wynos. Nie świętowaliśmy drugiej rocznicy pandemicznego zamknięcia, ponieważ 24 lutego Rosja dokonała ataku na Ukrainę, więc jakoś zajął się człowiek tym, odrywając od innych swoich spraw, które mu mocno zajmują obecnie życie. Mam wrażenie, że obecnej władzy to na rękę, bo z mediów zniknęły sprawy pandemii. Oczywiście nie łudźmy się, do jakiegoś czasu. 

Pytanie, które się samoistnie nasuwa czy to zapowiedź końca bloga??? 

Właśnie mnie oświeciło, że w marcu 2022 minęło DZIEWIĘĆ lat od kiedy zaczęłam pisać bloga. Tendencja spadkowa ilości wpisów jest znacząca, więc teraz pewnie będę siedzieć i dumać, co z tym dalej począć. To miejsce nie stanowi mojego źródła dochodu. Nie stało się zaczynem porzucenia kariery i życia z pisania, co momentami rodziło pewne moje fantazje o takim życiu. Zwłaszcza na początku prowadzenia bloga, kiedy widziałam się opływającą bogactwem i blichtrem na nie jednej ściance. Na marginesie zaliczyłam tylko jedną podczas Wigilii Blogerów, którą przeżyłam tylko dzięki jednej osobie, która się tam ze mną spotkała. Prawda jest taka, że jedzenie, pisanie i dzielenie się z Wami sprawiało mi przyjemność od samego początku. Tylko ile można? Do czego to prowadzi??? Mam wrażenie, że donikąd. Zniknięcie bloga nie odbiłoby się wielkim echem... więc może to naturalna kolej rzeczy, że czas już na postawienie ostatniej kropki. Nomen omen Okuniewska zakończyła idiotkowanie... więc bez wyrzutów sumienia sama mogę dojść do wniosku, że wycisnęłam z siebie ile się dało. 

Pewnie poprzyglądam się sobie i do końca roku, a precyzyjniej do momentu w którym trzeba będzie przedłużyć subskrypcję za domenę podejmę ostateczną decyzję. Ale oswajam Was z myślą, że nadchodzi taki czas w którym może być to początek końca mojej przygody z blogowaniem, szlajaniem się po knajpach i dzieleniem się swoimi przemyśleniami. 


Co nie zmienia faktu, że jeszcze dzisiaj mogę podzielić się z Wami nowymi odkryciami. 

Jeśli zawitacie w odwiedziny do Konstancina zachęcam gorąco do odwiedzenia Vietlabbu serwującego jedno z lepszych street foodów azjatyckich jakie miałam przyjemność jeść. Epickie jest żółte curry, kiedyś organizowałam własne rankingi, które uwielbiam z makaronem ryżowym. Znajdziecie u nich zacne zupy pho, pikantne rameny, mięsa oraz dania dla dzieci. Jak również desery i herbaty jaśminowe oraz mojej ukochanej edamame soi w strączkach, którą mogłabym spożywać garściami. 
(zdjęcie powyżej na zachętę). 

Ostatnio potrzebuję dwóch rzeczy: ruchu w postaci kontaktu z naturą tudzież lasem, a po tym zacnej strawy. 

Jeśli chodzi o gruzińską kuchnię wchodzę w to w ciemno.
Odkrycie nowej kameralnej restauracji serwującej również wina gruzińskie było miodem na moje serce. Zamówili Charczo (brak zdjęcia, więc nie szukajcie), czyli gruzińską zupę jak dla mnie mocno słoną, ale jednocześnie aromatyczną, przy której dokonałam olśnienia, złapałam się za głowę, że nie robię zdjęć. I tak zakiełkował pomysł wpisu i początek refleksji o tym w którym kierunku zmierzamy. Uwielbiam w ich daniach przebijającą się kolendrę. 

Zamówiłam klasyk w swoim wykonaniu lemoniadę Zandukeli waniliową, którą mogłabym pić litrami i nie miałabym jej dość. Jest wiele smaków, moja dla niektórych może być za słodka, dlatego przy większej ilości osób polecam zamówić kilka różnych smaków i podzielić się. A poczujecie się jak w Gruzji, gdzie wszystkie dania lądują na środku stołu i każdy je co mu się spodoba. Ostrzegam, że estragonowa lemoniada ma wąskie grono wielbicieli, ale warto jej zakosztować. 

Do klasyka zamówiłam Chachochbili Adżarulshi pierś z indyka w pomidorach z przyprawami podawanej w cieście w formie łódki. Coś przepysznego rozpływającego się w ustach. Musiałam się stopować, żeby nie zjeść za szybko. 

Chaczapuri Adżaruli, które nas zaskoczyło na maksa ze względu na ser tak przypominający ten jedzony w Gruzji. Śmiało z ręką na sercu powiadam Wam, że to najlepsze jakie jedliśmy. 


Powyżej Baże czyli przepiórki w sosie śmietankowo-orzechowym. 

Poniżej podziwiamy półmisek z Chalagadżi polędwiczką wieprzową z duszonymi ziemniakami, papryką i marchewką 

A na deser ja... 
jakbyście się stęsknili ;-) 


Vietlabb Warszawska 34 Konstancin-Jeziorna 
Marani restauracja i wina Wąwozowa 23 lok U1

A na samej górze kadry z kawiarni Fawory, gdzie serwują przepyszne ciasta oraz wyborną kawę przelewową - mieści się przy Adama Mickiewicza 21. 

Polecam podglądać działalność Zofii Zochniak oraz Tomka Bociana czyli założycieli Ubrania do oddania, którzy edukują polskie społeczeństwo w kwestii cyrkulacji, używanych ubrań. Zakładają butiki cyrkulacyjne. A ostatnio pomagają, edukują w sprawie pomocy udzielanej osobom uchodźczym z Ukrainy. Magazyn mieszczący się przy Bokserskiej był chyba jednym z najpopularniejszych miejsc w pierwszych dniach działalności pomocowej organizowanej w Warszawie. 

Zbliża się przerwa świąteczna część społeczeństwa będzie pewnie w szale zakupowym, część porządkowym. Jeśli odświeżacie własne szafy warto przejrzeć ich zawartość, a rzeczy z którymi nie wiecie, co za bardzo zrobić można spakować do kartonów i nadać przez portal ubraniadooddania. Ubrania zyskają drugie życie, a Wy przy okazji pomożecie. Więcej informacji znajdziecie na stronie poniżej. 

https://www.ubraniadooddania.pl/
Poczęcie prześwit(u)

Poczęcie prześwit(u)

 


Joan Didion powiedziała kiedyś, że opowiadamy sobie historie, żeby żyć. 

Dlatego opowiem Wam historię. Siedziałam sobie na parapecie, beztrosko machając nóżkami jak pięciolatka, popijając piwo, któremu bliżej było do oranżady niż do trunku. Dygresja, jakbym postawiła przecinek gdzie indziej wyszłoby, że beztrosko machałam nóżkami jak pięciolatka racząca się piwem... no skandal moralny murowany ;-) koniec dygresji. Wracamy do opowieści. Więc siedzę sobie radośnie na tym starym wysłużonym szerokim parapecie, co to swoją obecnością zachęcają do spoczynku. Za mną wysokie okratowane okno przez które mam widok na ulicę Nowego Miasta. Jest grudzień, pięć dni przed świętami, więc momentami za oknem następuje natężenie ruchu. Ludzie w pędzie przedświątecznej krzątaniny, a ja w bezruchu zastygam patrząc na to, co przede mną.   

Czasem coś nas tchnie, więc idąc za impulsem intuicji odwracam się i zaglądam przez ramię. Para zagląda przez szybę. Długo nie myśląc macham zachęcając ich do wejścia. Uprzedzam, widzę ich pierwszy raz na oczy. Nieśmiało przekraczają próg, zagajają o miejsce. Z dozą nonszalancji opowiadam tyle ile wiem, a za wiele nie wiem. Pada sakramentalne pytanie czy jestem artystką i któreś prace są moje. 
Wzdycham z jeszcze większą nonszalancją jak to przystało na nie-artystkę. 
- Ja tu tylko siedzę. 
- I piję - pada z uszczypliwością w głosie. 
- Tak - przedłużam milczenie - bezalkoholowe. 

I po co Wam to opowiadam? Można powiedzieć, że historia bez składu i ładu. Rozmowa kluczyła jeszcze wokół zaprezentowanych w tej części prac, a ja pozostałam niewzruszona na parapecie machając nóżkami i zastanawiając się o co chodzi. Czasem takie historyjki też się przydarzają. Ale czy są istotne? Niezmiernie i niezmiennie. 

Kwintesencją jest za to zbiór prac młodych artystek, nasze rozmowy na parapecie o tym jak mało wiemy o sztuce współczesnej, o tym dlaczego nie uczy się już plastyki ani historii sztuki w szkołach i kto ma uczyć nas - szaraczków kontaktu ze sztuką współczesną. Ciekawe jest obserwowanie ludzi jak obcują ze sztuką, w jaką interakcję wchodzą z ludźmi siedzącymi w galerii zakładając z góry, że pewnie artystka, że pewnie wie dużo i powie albo muszę zabłysnąć, żeby nie wyjść na ignoranta. 


Galeria Prześwit mieszcząca się w kamienicy przy Freta, gdzie wcześniej swoją siedzibę miał klub Le Madame to nowe miejsce na mapie stolicy sztuki. Kamienica popadła w ruinę, od roku jej remontem zajmuje się Fundacja Prześwit, która część przestrzeni udostępnia artystom na pracownie. Ratusz wypowiedział najem, ale Fundacja działa prężnie organizując pierwszą wystawę. Tematem przewodnim jest kobieta, figura rodzicielki, akt poczęcia. W głównej sali możemy zaobserwować prace licznych artystek tj Anna Baumgart, Beata Ewa Białecka, Agnieszka Brzeżańska, Barbara Falender, Natalia Hirsz, Anna Królikiewicz, Janina Myronova,  Magdalena Moskwa, Sylwia Rams, Diana Ronnberg, Katarzyna Swinarska, Agata Zbylut. Wieloosobowość wystawy pozwalała na zróżnicowane podejście do pojęcia poczęcia. Dla każdego akt narodzenia może oznaczać coś innego, co widać też po różnorodności technik obrazujących temat przewodni. Mamy odniesienia do duchowości, cielesności, a nawet seksualności. Mitu, rytuału, religii oraz baśni. 


Natalia Hirsz, Ciała zaopiekowane, tkanina 2017. 
Jest coś zmysłowego w tej pracy. Ma się ochotę ją dotknąć, zagłębić dłoń we wszystkich warstwach, żeby móc je poczuć. Dopiero po dłuższej chwili przychodzi opamiętanie, że to dzieło sztuki, którego nie wolno dotykać, a szkoda. Czasami tęsknię za organoleptycznymi doznaniami z dziełami, przełamania bariery dzieło-odbiorca. 





Agata Zbylut, Ponad miarę, ale w normie, 2001 
suknia ślubna za duża o 10 rozmiarów
13 zdjęć z pierwszej przymiarki 30x30 

Interesujący projekt artystki na który składa się suknia ślubna oraz seria zdjęć dokumentujących  pierwszą przymiarkę. Artystka zwraca uwagę na konwenanse społeczne dotyczące pojęcia małżeństwa. Przejście od aranżowanych związków, często wiążących się ze społecznym awansem, po związki zawarte z miłości. Bez względu na upływ czasu czy kontekst biała suknia jest pewnego rodzaju symbolem, dopełnieniem rytuału zawarcia związku małżeńskiego. Artystka podejmuje próbę zmiany znaczenia tego symbolu ukazując nam nad wymiar przerysowaną, niepraktyczną, bo użytą tylko raz, suknię. 

"Ta o 10 rozmiarów za duża była jedną z pierwszych prac jakie zrobiłam po studiach. O pomoc w sfinansowaniu zakupu poprosiłam Mamę, która nie miała wątpliwości, że jeśli potrzebuję bardzo drogiej sukni, której nigdy nie założę, to powinnam ją mieć. Matczyna mądrość najpierw pozwoliła 15-letniej dziewczynce wyjechać do innego miasta by uczyć się w wymarzonym liceum plastycznym, a później uczyniła ze mnie posiadaczkę olbrzymiej, niepraktycznej sukienki ślubnej. Suknia jest ze mną od 21 lat i chyba żadna inna nie jest tak hołubiona jak moja. Jest strojem, który posłużył oficjalnej celebracji narodzin kobiety, która wybiera dla siebie życie odmienne, pojedyncze. Przez lata wciąż słyszałam najpierw, że zmienię zdanie, a później że będę tej decyzji żałowała. Nie żałuję. Gdybym mogła złożyć maluteńkiej Helenie, córeczce Karoliny dar to byłby to dar mocy życia w zgodzie z własnymi pragnieniami. Życzyłabym jej, aby wsłuchiwała się w swój wewnętrzny głos i nie pozwoliła go zagłuszyć radom, stereotypom i regulacjom tworzonym przez fanatyków, którzy chcieliby przejąć kontrolę nad życiem kobiet. I wszystko jedno czy są to politycy, patriarchowie, czy dobre rady również patriarchalnych ciotek lub "koleżanek", które zawsze wiedzą lepiej. A my wróżki-feministki-wiedźmy zrobimy wszystko, by świat, w którym przyjdzie Ci żyć Helenko był lepszy, bardziej równościowy niż ten, w którym same się urodziłyśmy". 



Anna Królikiewicz, Apeiron mojej Nie Matce Ili, 2021
jedna z ciekawszych prac  

"Sama będąc nie-matką z wyboru, cykl obiektów poświęcam swojej nie-matce Urszuli Habel, Ili - jak ją nazywałam nie umiejąc jeszcze mówić, której byłam nie urodzoną córką. Oddała mi cały rozdział swojej dorosłej egzystencji: była moją piastunką, opiekunką, nauczycielką, powiernicą, przyjaciółką, karmicielką. Dzieliłyśmy przez 23 lata mój panieński pokój, przez 50 lat dzieliłyśmy życie. 

Punktem wyjścia w myśleniu o pracy była karta kapłanki (La papesse) w tarocie. Postaci, która w przeciwieństwie do figury płodnej cesarzowej nie tworzy bytów i obfitych materii, nie rodzi. To archetyp kobiety stojącej obok, nie w centrum wydarzeń, w schłodzonym drugim planie, uzdrowiecielki, silnej intuicji, która kieruje z niczego lub z tych tworzyw nie mających cech fizycznych: gęstości, wagi, temperatury. Sama nie rodzi, ale jest źródłem. Pierwotne tworzywo, prapodstawa, apejron: to w wypadku tego cyklu pozostałe osobiste tekstylia, mój dziecięcy kocyk, który znalazłam w jednej z Jej szuflad, materie nieważne, potoczne, niedrogie, zużyte, fraktale, które pączkują, mnożą się i krzepną w zwarte formy minimalistycznych relikwiarzy". 


Anna Królikiewicz, Apeiron mojej Nie Matce Ili, 2021



Janina Myronova, Kobieca intuicja, masa szamotowa, farba poszkliwna, 2021

 Zrozumcie moja działka, nie mogłam o niej nie wspomnieć, ponieważ przyciągnęła od razu mnie i moje oko. Ceramika daje tyle możliwości wyrazu. I nie zawsze muszą być to przedmioty użytkowe, które też bywają piękne.  





Jestem zachwycona samą powierzchnią Galerii Prześwit. W której tak swobodnie łączy się przestrzeń odnowiona z tą niosącą ślady pamięci poprzedniego miejsca. Nowe osoby wnoszą nowe historie, nadają nowe znaczenia. Jestem zauroczona ogrodem zimowym ze sceną muzyczną. W sobie noszę bunt przeciwko doniesieniom, że miasto wypowiedziało im umowę. W moim odczuciu powinno się wspierać działania artystyczne, żeby człowiek mógł obcować ze sztuką, poszerzał swoje horyzonty, rozwijał się. 


Równolegle do wystawy "Poczęcie" odbyła się w dalszej części galerii zbiorowa wystawa stanowiąca kontynuację cyklicznego wydarzenia "Stany Wewnętrzne" ukazującej proces tworzenia się wspólnoty oraz transformację przestrzeni.

Do twórców Prześwitu biorących udział w wystawie zaliczamy: Ewę Ampulską, Paulinę Babicką, Nastazję Babską-Kozak, Igora Dobrowolskiego, Huberta Dolinkiewicza, Raphaela Gaudina, Kamilę Kamińską, Katarzynę Kowal, Katarzynę Kowalską, Natalię Kozarzewską,  Sylwię Ozimek, Pawła Pałkusa, Patrycję Serwetę, Filipa Syczyńskiego, Klaudię Szot, Aleksandrę Śmieranę, Irmę Tylor oraz Olgę Zarembę. 


To ja pierwszy raz od niepamiętnego czasu wypuszczona z domu, kontemplująca na schodkach.

A tak naprawdę szukająca toalety (taki suchar, praca Kowalskiej znajdowała się na samusieńkim końcu obok łazienki, więc każdy w potrzebie musiał koło niej przejść, a czasem nawet przysiąść)




Równolegle do wystawy "Poczęcie" odbyła się w dalszej części galerii zbiorowa wystawa "Stany Wewnętrzne". Można było podziwiać m.in. instalacje Katarzyny Kowalskiej Destrukcja 1, pleksi, taśmy LED, farba akrylowa, 2021 55x60x45 cm.

Sama artystka tak pisze o swojej pracy: "Budując ten obiekt, jednocześnie myślałam o złożonych schematach oddziaływań we współczesnym świecie i skomplikowanych zależnościach, kształtujących rzeczywistość. Konstrukcja architektoniczna to stan zastany, to co w szerszym kontekście dzieje się wokół nas, a czego nie widzimy, nie rozumiemy bo jest zbyt złożone. Z jednej strony pragnę poznawać przyczyny, tropić wielowymiarowe zjawiska by spróbować pojąć, dlaczego tak jest. Nie chcę ograniczać się do łatwych odpowiedzi, które często skracają przestrzeń obserwacji i wypaczają zrozumienie, ale z drugiej strony czasami odczuwam lęk, przerażenie powodujące paraliż. Dokładnie to miało miejsce podczas pracy nad obiektem "Nasze wszystkie wątpliwości". Rytmiczne, manualne zajęcie - stawianie konstrukcji - powoduje, że myśli płyną swoim torem, często w oderwaniu od tu i teraz analizują coś w tle. Najczęściej to nad czym pracuję - w tym wypadku systemy i powiązania różnych procesów, aktualną sytuację społeczną, polityczną i gospodarczą w połączeniu z wizją przyszłości, jaka rysuje się przed nami". 



Te schody, które urywają się i zawisły w nie-bycie. 





Conceptio - poczęcie 2021, Amaretus I, II, III, IV
akryl na desce, czeczota 130x70x12 cm 

Płaskorzeźba w formie pary dyptyków symbolizują akt miłosny. Poczęcie to początek. To narodziny istnienia, uczuć, myśli, działań. 

"Naszym domem jest Prześwit - konglomerat artystyczny, mieszające się dyscypliny sztuki, nurtują, stymulują, napełniają pomysłami, zachęcają do przekraczania granic. Mimo, że nasz warsztat mieści się w samym centrum starego miasta, jest to istny azyl. (...) Nasze prace mają na celu przekazanie samego uczucia, dostarczanie wizualnego zaspokojenia, bez zbędnych myśli. Coś intuicyjnego, pierwotnego, niezmiennego w procesie ewolucji". TauArt



Klaudia Szot
Famme, gips polichromowany
Ukryte piękno, żywica, cement, gips 




Twórczość Joan Didion polecam, jednej z największych amerykańskich dziennikarek, która niestety zmarła dzień przed Wigilią 2021 roku. 

Kolektywna Instytucja Kultury Prześwit Freta 39
kuratorka wystawy Karolina Kliszewska 

wystawę można było oglądać od 11.12.2021 do 28.01.2022
Copyright © 2014 bite me Martha , Blogger