Milczące matki
Ten tekst miał być o czymś innym. Chciałam na koniec roku opowiedzieć o wspólnotowości, pomocy
wzajemnej. Idei, która mnie zauroczyła jakieś czternaście lat temu. Po raz kolejny życie pokazało mi,
że ma swoje plany, nie do końca kompatybilne z moimi. Czasami myślę sobie, że dla postronnego
obserwatora wiodę fantastyczne życie, pełne pasji, podróży, przygód. Często nie zdajemy sobie sprawy
z tego, co stoi za czyimiś decyzjami czy wyborami. Mamy tylko swoje interpretacje, wyobrażenia,
myśli oraz wycinki z czyjegoś życia. A ja w ostatnim czasie mogę ograniczyć się do dwóch czynności
i też bywa, że ledwo, ledwo. Nie mam już w sobie pojemności na trzy życia w jednym. Nie potrafię
ciągnąć pięciu srok za ogon. Dojrzałam do odpuszczania, wybierania, puszczania. Ze świadomością, że
coś się skończyło teraz, ale to nie znaczy, że na zawsze. Są pewne rzeczy, które są dla mnie ważne i bez
których nie wyobrażam sobie życia, ale na chwilę obecną coś innego wychodzi na prowadzenie.
A moim zadaniem jest zadbanie o siebie, a nie tonięcie w odmętach wyrzutów sumienia, że już nie
umiem funkcjonować na tak samo wysokich obrotach jak wcześniej. Ja po prostu nie chcę
funkcjonować tak samo, bo wiem czym może skończyć się chichot losu.
Czy tak wygląda zdrowienie?
Przed
świętami dowiedziałam się, że osoba z mojego bliskiego otoczenia
towarzyszy swojej mamie
w odchodzeniu. Idylliczny powrót do domostwa
na święta niczym niezmącony w momencie odebrania
telefonu,
to zawsze jest telefon, kończy się dniami zlewającymi się ze sobą
w szpitalu. Jakby w małej
salce zamknąć czasoprzestrzeń do której
ogranicza się świat dwóch bytów. To przywołało pewne
wspomnienia. Odezwało się niczym trigger, pobudzając pewien nerw.
Życie powiedziało
SPRAWDZAM. Jak sobie poradziłaś ze swoimi
kawałkami puzzli. Zatrzymało mi dech na dosłownie
kilka
niezauważalnych sekund. Następnie włączyłam dobrze znane
mechanizmy, widzenia
przestrzennego, łączenia kropek, tak
przydatnych w terapii. Tryb przetrwania wjechał w najlepsze.
Kierowałam się swoim odczuciem, doświadczeniem. Nawet jeśli ktoś nie mówi, nie chce być w tym
czasie sam. Chociaż przez pewne rzeczy musimy przejść sami.
Doskonale
pamiętam skurczenie swojego ponad trzydziestoletniego życia do
dosłownie dziewięciu dni.
Jak byłam młodsza obracałam sobie w
głowie pojęcie śmiertelności. Zapadałam się w sobie, bo
widziałam jakie spustoszenie siało w otoczeniu odejście ważnych
osób. Dwadzieścia lat później
zostałam postawiona przed
najtrudniejszym zadaniem w dotychczasowym życiu. Okazało się, że
personel medyczny nie poinformował mojej matki o jej kondycji, jej
stanie zdrowia. Nie wyobrazicie
sobie tego. Zresztą po co byście
mieli. Nikomu tego nie życzę. Myślałam, że mi to nie przejdzie
przez
gardło.
Zabrakło słów.
Nie było słów na to, żeby powiedzieć własnej matce, że umiera.
Niczym
posłaniec śmierci, który nagle zmaterializował się w postać
jedynej córki, pozbawia cię
nadziei, odziera ze złudzeń, które
jeszcze miałaś, którymi się karmiłaś, chociaż nic nie jadłaś.
Nanosekundy, które zmieniły wszystko.
Pozbawienie
kogoś kogo się kocha nadziei, że ją podleczą i za kilka dni
wróci do domu, jest
obezwładniające. Wręcz okrutne.
Wróciła.
Wróciła do domu, w czarnym worku.
Puste łóżko szpitalne.
Do wczoraj wypełnione…. mamą.
Bo to czarne worki z jej rzeczami pamiętam najlepiej.
I
jak weszłam do pustej sali szpitalnej. Która wessała całe światło
wszechświata. Wzrok skupiał się na
wirujących atomach kurzu. Przestałam oddychać.
To
samo uczucie towarzyszyło mi kiedy z Gają szłyśmy korytarzem do
pustego mieszkania. Kroki
dudniące w uszach, odbijające się o ściany długiego korytarza. Pomalowali ściany klatki na nowy kolor,
chciałam ci uprzejmie donieść, ale już tego nie zobaczysz. Nieświadomy niczego
pies biegnie
przepełniony radością na spotkanie z ulubioną babcią.
Tym
razem nikt nie otworzył drzwi i nie czekał w progu.
Nieuniknione nastąpiło.
To była najdłuższa droga do domu.
Nie chciałam przekraczać progu pustego domu, niemego świadka.
Domu w którym wszystko ją przypominało, domu w którym unosił się jej zapach.
Dałam się ponieść wielkiej wodzie zapomnienia.
Tylko zapomnienie nie przyszło. Mieli rację telewizyjni szamani, że swoje bagienko niesiesz ze sobą
wszędzie. Wyjazd na Bali niczego nie zmieni, jeśli nie jesteś gotowa zmierzyć się z tym, co masz
w środku.
Byłam wściekła.
Na wszystkich. Na wszystko.
Jak inni śmiali oddychać, kiedy ona
walczyła o ostatni oddech.
Ale wszystko było niewypowiedziane.
Bezsilność umierania pożarła wściekłość.
Chociaż
samej matce się dostało, dlaczego nie poszła do lekarza wcześniej,
dlaczego zwlekała. Czy
miałam moralniaka? Jak można kłócić się
z umierającą? A no można. Może nawet powinno się, żeby
nie
sfermentowała złość, frustracja, zgnilizna, która sączyłaby
się do twojego krwiobiegu. Robiąc
z ciebie potwora.
Jak
przygotować się na wieść o własnej skończoności, własnym
odejściu, własnej śmierci. Póki masz
resztki świadomości, którą
zaraz zabierze ci niewyobrażalny ból. Ciało nie gra już z tobą
do jednej
bramki.
A ty nie możesz patrzeć na jej cierpienie, na jej ból.
Chcesz, żeby się skończył.
Chcesz, żeby to się skończyło.
A jednocześnie chcesz, żeby trwało, bo ona wtedy trwa.
Jeszcze jeden dzień,
Daj mi jeszcze jeden dzień.
A
jednocześnie rozpływająca się po ciele wściekłość, że miałam
swoje plany i co ja teraz zrobię. Jak
ona może UMIERAĆ TERAZ, WŁAŚNIE TERAZ. Nie było tego w planach. Nie byłam gotowa, nie
byłam przygotowana. To miało być KIEDYŚ, znacznie później, ALE nie teraz. Niczym pięciolatka,
której zabrano ulubioną zabawkę mam ochotę tuptać w szpitalne linoleum i wrzeszczeć ile sił
w płucach. Ach być pięciolatką, nie musiałam martwić się o odchodzenie, śmierć, głód, bycie sierotą.
Zasnąć beztrosko w ramionach mamy, która przenosi cię do łóżeczka. Czasem lubiłam udawać, że śpię,
tylko po to, żeby mnie zabrała ze sobą.
W
ostatnich dniach dostaje dawki morfiny wprawiające nas w absurdalnie
szampański nastrój.
Śmiejemy się do rozpuku, zrywamy boki z jej
nadrabiania ćpania na ostatnią chwilę. Haj jest
przyjemny, mówi.
Dawki, które mogłyby powalić słonia. Lubię słonie. Stadami słoni dowodzą samice.
W ostatnich dniach lewituje
w niebycie. Znieczulona. Kontakt jest znikomy, szarpany, urywany.
W uszach dźwięczy mi stukot metalowych kółek obijających się o szpitalne linoleum, zjechaliśmy do
hadesu łącznikami na prześwietlenie. Jakby chcieli uchwycić śmierć na obrazku. Niczym plamy
Roschacha. Jej wyniki są nieoczywiste. Jak ona sama.
Nie daję rady wysiedzieć w niewygodnym krześle. Czemu nikt nie zaprojektował tych foteli z myślą
o spędzeniu w nich rozciągniętych w nieskończoność godzin. Jakby w kraju nad Wisłą nie dość
znęcali
się nad człowiekiem. Musisz cierpieć. Niczym Chrystus. Musi być bez znieczulenia. Ból jest dobry,
ból jest potrzebny. Póki czujesz, że boli to żyjesz. Cholerny naród wybranych, ta Polska. O eutanazji
zapomnij. Zawieszeni w niebycie oczekiwania na ostateczne rozwiązanie. Człowiek umiera powoli.
Miraż filmowych aktów ulatnia się wraz z odciskami na pośladkach. Zaczyna mnie nosić, w tej małej
sali. A jednocześnie przykuwam się do siedziska. Próbuję czytać. Literki rozmywają się, słowa nie
mają sensu. Czytam wielokrotnie to samo zdanie, które nie ma znaczenia ani sensu. Przerzucam się na
krzyżówki, które tak namiętnie rozwiązywała w słonecznych promieniach na balkonie z widokiem na
zieleń pobliskich wierzb. Nie znajduję w tym wszystkim sensu. Do szpiku kości przenika mnie
paraliżujący lęk nieuniknionego końca. Niewyobrażalne zmaterializowało się, stało się ciałem
i zamieszkało między nami. Kończę lampiąc się jak sroka w gnat, jak baba w obraz, jak dziad
w babę, w milczącą matkę, przykutą do szpitalnego łoża.
MATKA MILCZĄCĄ.
Nie
powiedziała, że coś ją boli, zresztą nie pierwszy raz. Znosiła
ból, jakby był jej obowiązkiem, zbroją,
murem za którym się
kryła. Jakby czuła się w obowiązku chronić innych przed tym co
wewnątrz,
w trzewiach. Moja babcia miała podobnie. Może to rodzinne, przekazywane wraz z mlekiem matki.
Kraj wysłany
cierpiącymi w milczeniu matkami, które nie powiedzą dzieciom,
mężom, że mają raka, że
mają operację, że mają przerzuty, że
umierają.
A potem dziecię wylane z kąpieli.
Emocjonalna
mieszanka wybuchowa, którą musi jakoś w sobie pomieścić, koktajl mołotowa, który
musisz stłamsić w sobie, żeby
nie ugasić tego morzem wody ognistej.
W środku i na zewnątrz masz ochotę wyć, byle nie do księżyca. To takie cliche. Passe.
Pozbawiono nas instrukcji. Instrukcji umierania, instrukcji życia.
Nikt i nic mnie do tego nie przygotował. Śmierć przeniesiona do szpitala, wydaleni z własnych
wiosek, pozbawieni starszyzny i jej mądrości, błądzimy po omacku. Kto przeprowadzi cię na drugą
stronę mostu. Jesteś sam(a). Szukam pocieszenia w googlu.
Wyszukuję łapczywie haseł pięć kroków po śmierci.
Życie samo wystawia cię na próby, na gorąco, AD HOT.
Czy w ogóle można przygotować się do życia?
Do śmierci?
Przejście.
Gdzie jest kur*wa moje przejście?
woodoo people woodoo, szaman za siedmiu mórz.
Uczucie nieznośnego zapadania się w sobie.
Na które z pozoru byłam przygotowana, spisałam listę rzeczy. Krok po kroku. Punkt po punkcie, co
miałam zrobić. Miałam zadanie
do wykonania. W tym byłam dobra. Co zrobić z planami wiedziałam,
rozplanowałam, rozpisałam. Musiała potowarzyszyć jej w tych ostatnich drogach jakie były przed nią.
Ale JAK? Na to nie było odpowiedzi.
I wiecie co zrobiłam?
Milczałam.
Stałam się własną wersją milczącej matki.
Nikomu nie powiedziałam.
Do
tej pory pamiętam zdziwienie mojej koleżanki z zespołu i mojej
pracodawczyni, że nic nie
powiedziała. To było takie heroiczne.
Prawda?
Milczeć.
Jakbym wypowiedziała chociaż słowo, to bym się rozpadła.
A słowo ciałem się stało.
I zamieszkało między nami.
A ja nie chciałam, żeby mi umarła.
A ona i tak umierała mi na moich oczach.
Próbuję odtworzyć te dziewięć dni w których skurczyło się moje życie.
Nie potrafię.
To zbyt intymne.
Nasze.
Nasze ostatnie chwile.
Nasze opowieści.
Ostatnia.
Nasz ostatni korowód uczuć.
Później już są tylko moje opowieści o niej, o nas.
Snucie
nici wspólnych historii, tkanie wspólnego życia, wspólnej
opowieści w odniesieniu do niej
z przeszłości.
Teraźniejszości już nie ma. Nie ma przyszłości, której nie
zobaczy.
Nikt cię nie przygotuje na identyfikację ciała.
Pewnie z obcym ciałem bywa łatwiej.
Ale zobaczenie po raz pierwszy trupa.
Trupa matki…
Na to nie byłam gotowa.
To za wiele?
Ale nie ma nikogo innego kto to zrobi. Za Ciebie.
Więc musisz.
Musisz.
Musisz zidentyfikować ciało.
Nie zemdlałam.
Mało brakowało.
Poczułam
rozlewające się po ciele ciepło, przytłaczające. Nogi zaczęły
się pode mną uginać. Niczym
nóżki w galarecie trząść
niepokojąco w rytm bijącego serca, które nagle przestało wybijać rytm na
widok jej spokojnej twarzy. Musiałam usiąść. Żeby nie upaść. Zamknęłam
oczy. Nie mogłam na nią
patrzeć. Wmawiałam sobie, że to nie ona.
A jednak ona. Wygląda jak żywa, co było tym bardziej
przerażające,
surrealistyczne. Jakby spała. Nie opuszczało mnie przekonanie, że
zaraz otworzy oczy,
przylgnie do otulającego jej ciało całunu i
postanowi zmartwychwstać. I wróci do domu na piechotę.
Lubiła
spacerki. Daleko nie miała.
Miałam
zadanie do zrobienia.
Identyfikację.
Jej.
Siebie.
Nie mogłam wysiedzieć w przyzakładowej kapliczce. Zaczęło brakować mi powietrza. Jakby ktoś je
zassał i wypełnił nim ciało, które na mnie patrzyło. Czekało. Matka.
Zaczęłam łapać powietrze niczym karp przed uderzeniem młotkiem w skroń.
Musiałam wyjść i usiąść na ławce przed.
Nie byłam w stanie tam wrócić.
Kim była ona, kim byłam ja.
Ja bez niej.
Ona beze mnie.
To były zwłoki.
Tylko zwłoki.
To tylko zwłoki.
To już nie ona.
Nie-matka.
Nie ona.
Powłoka.
Naskórek, worek kości.
Nie ja.
Zimna powłoka.
Puste, zimne ciało.
Pusta powłoka.
Dusza uleciała.
Istota przestała istnieć.
Nie odwracalne.
Jeszcze pięć minut i dwa mrugnięcia temu miałyśmy przed sobą całe życie. Zbiór pocztówek ze
wspólnego życia. Ulotne kadry szczęścia. Niebieskie poranki, szare noce.
A teraz NIE MA. Jest drewniane pudło. Ciało okryte całunem. Ogień piekielny.
A ciało stało się.
A potem było kremówką.
I zamieszkało między nami.
Byłam na tyle szalona, że odprawiłam pogrzeb własnej matki.
Kto normalny robi coś takiego?
Kto powiedział, że jestem normalna?
Ceny pogrzebowych wodzirejów skutecznie skłoniły mnie do tego szatańskiego planu.
Ja nie dam rady?
JAAA???
Już mówiłam, niektóre rzeczy musisz zrobić sama.
Na szczęście dostałam Xanax.
Boskie zbawienie, niebiańskie dropsy.
Chwała
niebiosom, niebiański spokój, ucieleśniona tęsknota w ostatnim
okresie. Gdybym wiedziała, że
są takie błogosławione, zaczęłabym
je przyjmować niczym hostię z namaszczeniem, już wysiadując
niczym kura jajko w szpitalnym kurniku. Nieposkromiony luz, zero
zahamowań, płyniesz z prawdą,
którą masz w sobie. Nie
wiedziałaś, że tak można. Żyć w prawdzie, być w
prawdzie. To o tej prawdzie
krzyczeli z insta-ambon.
Czego
nie wybacza się żałobnikom.
Zostałam sierotą.
Tak miała w zwyczaju mówić moja babcia o dziecku, które straciło matkę, że staje się sierotą.
Mówiła o sobie. Chociaż miała tatkę ukochanego, w nią zapatrzonego, Leonarda Lewandowskiego,
nieba uchylającego swojej kochanej córeczce. Atelier fotograficzne jej podarował, kiedy kształciła się
w czasie wojny na mistrza fotografii. Jej mamę zabrały czarne diabły, czarne szatany. Chodziło o
powóz z czterema czarnymi końmi. Halinka miała niespełna trzy latka, kiedy Ludwika z domu
Radlińska, po mężu Pączek, po mężu Lewandowska, zmarła. Mieszkali wtedy na Woli, przeprowadzili
się na Staszica, niespełna rok po ślubie. Prawdopodobnie przyczyną śmierci były powikłania po
porodzie, który zakończył się śmiercią dziecka. Dziewczynka. Maria.
Trzy
lata później ucałowała mnie w czółko Hekate.
Marta milcząca.
Ciszą cierpiąca.
Siedząc
na kanapie w tamtym czasie rozbawiła mnie myśl, że nie zdążę
przeczytać tych wszystkich
książek, które tak skrzętnie
kolekcjonowałam. Książek dla osoby wychowanej w latach 80-90 XX
wieku były wyznacznikiem nie tylko statutu, majętności, ale
przede wszystkim oznaką
wywodzenia się z inteligenckiego domu. A
przecież z takiego się wywodzimy. Książki zawsze
zajmowały ważne
miejsce w mojej rodzinie. Nie zawsze było nas na nie stać. Oceniałam ludzkie
domy po ilości posiadanych książek. Lubiłam
przeglądać, co mają na półkach. Wyrabiałam tak sobie
o nich zdanie. Nie brałam pod uwagę tego, że mogą być kreacją, iluzją, mirażem. Ich ilość nie
przekładała się na intelekt, mądrość, oczytanie czy otwartość wobec świata, ludzi czy zwierząt. I moje
postanowienie, kiedy dorosnę, będzie stać mnie na książki. Słowa dotrzymałam. Regały sukcesywnie
zapełniane, uginają się pod ciężarem książek. Ale to tłumaczy, dlaczego książki były świętością z którą
ciężko było się rozstać. Z namaszczeniem traktowane niczym skarby narodów. Musiałam nauczyć się
dawać im drugi dom oraz mazać po nich do woli bez wyrzutu sumienia.
Na
regale zalegały już również moje książki. Ucieleśnienie mojego
dziecięcego marzenia.
Fantasmagoryczna wizja niespełnionego ludzkiego bytu.
Na regale obrastają kurzem książki. Moje książki.
Historie ludzkich wyborów, decyzji, walki, historie ideałów, o których nikt nie usłyszy.
Bo nie umiałam jej sprzedać.
Moja
wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.
Nie
musisz zaglądać śmierci w oczy, żeby czasem dopadła cię myśli,
że jak czegoś nie spróbujesz, nie
zrobisz, to później może nie
być okazji. Życie jest bardzo nieprzewidywalne. Jednego dnia
jesteś,
drugiego cię nie ma. Czasem myślę, że to ma coś
wspólnego z doświadczeniami mojej babci. Była
wojennym ocaleńcem,
a wojna wgryza się w człowieka. Zabiera mu kawałek duszy. Może
stąd mój pęd,
żeby robić, żeby umierając powiedzieć "nie
żałuję". Moja mama zawsze się ze mnie śmieje, że mnie
ciągle
gdzieś nosi, nie mogę usiedzieć na miejscu. To część mojej
drugiej rodziny, która ciągle
zmieniała miejsca zamieszkania przez
Wielkopolskę, Niemcy po Francję, a potem potomkowie
zasiedlili Nowy
Świat. Była w ruchu, ta moja rodzinka. Jest jakaś prawda w tym, że
genów nie
wydłubiesz.
Popełniłam
wiele błędów. Teraz wychodzę z założenia, że nie da się
inaczej. Uczysz się najlepiej
popełniając błędy, próbując.
Próbując żyć. Niektóre rzeczy zrobiłabym może inaczej, może
wcześniej,
szybciej. Ale zrobiłam, jak zrobiłam. Nie płaczmy nad
rozlanym mlekiem. Jestem tu, gdzie jestem.
Jestem.
W
przypływie swojego szaleństwa, które ma wiele odcieni, po roku,
odchorowania końcówki studiów,
wróciłam na wydział z tekstem do
kwartalnika. Pisałam o czarnej pedagogice, XIX wiecznym
wychowaniu
zwanym kindersztubą i jego konsekwencjach w dorosłym życiu
analizując dzieciństwo
Hitlera oraz Stalina. Ten temat mnie
fascynował. Wycięłam ze swojej magisterki dzieciństwo Michaela
Jacksona, ponieważ przed moją obroną król popu zmarł. Składając
byłemu promotorowi tekst do
kwartalnika usłyszałam, że mam
składać papiery na doktorat, tylko mam się pospieszyć, bo termin
się
zbliża. Raz odrzucona na innej uczelni sceptycznie podeszłam
do pomysłu. Machnęłam ręką myśląc, że
temat umrze śmiercią
naturalną. Moja mama zobaczyła w tym szansę na lepsze życie. A
promotor nie
odpuszczał.
O
naiwności, Kammbach, która zobaczyła siebie niczym Indianę Jons’a
wykładającego wiekowe
modele wychowania z katedry… o naiwności. Pewnego
słonecznego dnia w telewizji zobaczyłam
reportaż z założycielami SPÓŁDZIELNI SOCJALNEJ Warszawa, anarchistami, którzy otworzyli
hostel w Warszawie. Oczy zaświeciły mi się, jak zakochanym. I wpadłam jak śliwka w kompot. Był
2011 rok. Zauroczyłam się ideą spółdzielczości na dobre. Nosiłam różowe okulary i widziałam w niej
lekarstwo na całe zło, nadzieję dla całego świata w kryzysie. Chodziłam odurzona. Odkryłam artykuł
o spółdzielni socjalnej MaM założonej przez Fundację Mama prowadzoną przez Sylwię Chutnik, której
Kieszonkowy Atlas kobiet pokochałam od pierwszego zdania i to było początek końca mojego
zdrowego rozsądku. Z dr Sylwią Chutnik spotkałam się dopiero w 2025 roku, poszłam na prowadzone
przez nią wydarzenie, gdzie udało mi się zamienić trzy słowa z Joanną Kuciel-Frydryszak autorką
Chłopek. Nie miałam wcześniej śmiałości odezwać się do pani Sylwii Chutnik, a teraz ubzdurałam
sobie, że zrobię drugie wydanie poszerzone o dwa wywiady oraz uaktualnione.
Wiedziałam
o czym chciałam pisać.
Moja
mama była zachwycona. Miała córkę doktorantkę UW. O czym można
było rozprawiać
sąsiadkom na ośce.
Ja nie zdawałam sobie sprawy w co się pakuję i dlaczego się w to pakuję.
Ale tak to jest z życiem, nie wiesz, póki nie spróbujesz.
Możesz żyć wyobrażeniami, które czasem są bardziej niebezpieczne niż faktyczne spróbowanie.
Rok
2025 ogłoszono rokiem SPÓŁDZIELCZOŚCI SOCJALNEJ. Chciałam
wykorzystać to do
promocji książki, sprzedaży, szerzenia idei
spółdzielczości. Zamiast tego siadam do pisania na
końcówce
roku. Teraz rozumiecie. W głowie mogę mieć masę pomysłów, a
realizacja siedzi i kwiczy
obecnie. Mit spółdzielczości podważa założenia jakoby spółdzielczość miała okazać się lekarstwem na
całe zło współczesnego świata. Mit spółdzielczości próbuje z jednej strony pokazać drzemiący w niej
potencjał, a z drugiej zrzucić ją z piedestału na jakim się ją stawia od kiedy jest o niej głośno i od kiedy
stała się modna ta cała ekonomia społeczna. Zwłaszcza, jeśli zestawimy ideały spółdzielczości
z prawidłami wolnego rynku.
Moja mama wierzyła we mnie i mój doktorat, do końca swych dni.
To co zadziało się pomiędzy… mhm niech pozostanie między nami. To już przeszłość. Historia.
Śmierć mojej mamy była kropką nad moim doktoratem.
Tak, nadal wierzę w swoją publikację. Wierzę w materiał. Wierzę w moc opowieści.
Przecież opowiadamy sobie historie, żeby żyć*.
Od
samego początku chodziło o pisanie. Chciałam pisać. Pisać o ludziach, o ich wyborach,
o ich życiu.
Tylko po kilku porażkach, odrzuconych skryptach, zaczęłam podważać siebie i sens pisania. Potrafiłam
obśmiać siebie i to, że nie miałam szans startując do konkursów w tym samym czasie, co Masłowska.
Przełknięcie gorzkiej pigułki, że może nie jestem taka wyjątkowa, jak mówią, że gdzie niby ten mój
potencjał, który wypadł blado w zderzeniu z rzeczywistością, okazało się trudną lekcją do odrobienia.
Nie poszłam na studia dziennikarskie, ale zatrudniłam się w pierwszym portalu online lokalnej gazety.
Czymś całkiem nowym na początku lat 2000. Pisałam recenzje książek, spektakli, pisałam
o wydarzeniach lokalnej społeczności, robiłam zdjęcia lub ciągałam mamę ze sobą, żeby robiła
fotoreportaż. W skrytości serca marzyłam o pisaniu. Potem przyszedł boom na blogi, który mnie
ominął szerokim łukiem, ale ja nadal pisałam o jedzeniu, o podróżach, o wystawach, o ludziach sztuki,
o sobie. Kiedy przestałam pisać nawet dzienniki dopiero po czasie dotarło do mnie, jak źle musiało
wtedy być. Pisałam nawet jak najbliższa osoba podważała moje pisanie, nie tylko doktoratu. Pisałam
jakby na przekór, widząc w pisaniu jedyną rzecz, która ma sens. Kiedy zmarła moja mama już
wiedziałam, że doktorat od dawna przestał być moją drogą, uczelnia przestała być moim
miejscem, chociaż uwielbiałam prowadzić zajęcia ze studentami, dzielić się wiedzą oraz
doświadczeniem z pracy. Czasami mi tego brakuje. Musimy czegoś doświadczyć, żeby skonfrontować
nasze wyobrażenia o tym, co nam się wydaje. Próbować, żeby wiedzieć, co nie jest nasze.
Czy zrobiłabym to wcześniej, gdyby nie mama. Ja nadal wierzyłam w historie,
które zebrałam w ramach dysertacji. Tylko nikt mi nie powiedział, że do pisania nie potrzebuję
doktoratu. Dobra, wiedziałam to podskórnie, ale po tylu potknięciach, odrzuceniach,
w pewnym momencie nie byłam w stanie zmierzyć się z kolejną odmową. Myślałam, że przechytrzę
przeznaczenie, że doktorat będzie drogą do pisania, nawet jeśli tylko artykułów i publikacji
naukowych. Zadowoliłabym się ochłapami, byle byłoby to pisanie. Po solidnym poturbowaniu mnie
w trakcie doktoratu, kiedy na jakiekolwiek ALE TO TRZEBA POPRAWIĆ, reagowałam tak jak na
wydziałową windę. Więc tworzyłam sobie swoją bańkę, idąc na okrągło, zamiast prosto do celu.
Czasem lubię omijać wyznaczone szlaki i wybieram kręte ścieżki. Mordując się po drodze. Rzucam się
na głęboką wodę, niepotrzebnie skaczę na główkę na płyciznę.
Taaa nikt nie mówił, że będzie łatwo?
Jednocześnie wierzyłam w to, że spółdzielnie socjalne mogą stanowić alternatywę dla korporacji, ale
nie możemy robić czegoś po łebkach. Więc byłam trochę w potrzasku. Między młotem, a kowadłem.
Potrzebujemy przygotować spółdzielców do prowadzenia firmy jaką ma być spółdzielnia w realiach
wolnego rynku. Wychodząc z założenia, że przetrwa ona na rynku bez dotacji, mając produkt, markę
i do tego promując idee działań oddolnych, prospołecznych. Oddzieli się spółdzielnie socjalne
zakładane przez osoby wykluczone społecznie, które mają dłuższą historię bezrobotności albo życia na
marginesie społecznym od przedsiębiorstw społecznych, które mogą stanowić pociągającą alternatywę
dla młodych ludzi chcących zakładać działalność społecznie odpowiedzialną, wpływającą na lokalny
rynek.
Moje
serducho społecznikowskie, lekko anarchistyczne, idealistyczne
zachłysnęło się samą ideą
SAMOPOMOCY, WSPÓLNEGO POMAGANIA
SOBIE W KRYZYSIE. Odkrywanie bogatej historii
spółdzielczości na
świecie, w Europie, ale przede wszystkim w Polsce, powodowało, że
rosłam trzy
centymetry, unosiłam się nad ziemią i lewitowałam w
euforycznym porywie szczęścia. BYŁA
NADZIEJA DLA LUDZKOŚCI. Tylko
idee nie żyją w próżni. I jak jeszcze u zarania dziejów było
trochę łatwiej, kiedy zbieranie się razem, tworzenie społeczności,
a nawet miast miało rację bytu to
później nastąpiła
globalizacja z kapitalizmem i nastawieniem na zysk. Człowiek ma być
kowalem
swego losu, odsuwa się ingerencję państwa. Próbuje
przeobrazić państwa opiekuńcze w korporacje.
Obywatel jest
przydatny póki pracuje, ma pieniądze na nieruchomości, towary,
ubezpieczenie. Nie daj
boże podwinie mu się noga, to już jego
interes, że nie może spłacić hipoteki, przymiera z głodu. Tak
narodziły się ruchy nomadów w USA. Uciskani ludzie mają to do
siebie, że w pewnym momencie
pękają. I tak na własnych oczach
mogliśmy obserwować masowe protesty w Hiszpanii. Guy Standing
określił narodziny PREKARIATU walczących o przetrwanie biednych
pracujących. Grupa
charakteryzująca się poczuciem niepewności,
nie tylko w odniesieniu do zatrudnienia, ale przede
wszystkim życia,
z minimalną płacą, brakiem rozwoju oraz brakiem tożsamości
zawodowej.
Pozbawienie poczucia bezpieczeństwa nie tylko
zatrudnienia.
Ludzie odpadki.
W
tamtym czasie w Polsce moi znajomi wyjeżdżali nagminnie na saksy.
Ja mając pracę i doktorat
wierzyłam, że dam radę. Mnie to nie
dotknie. Do momentu aż przed świętami bożego narodzenia
dostałam
wypowiedzenie w placówce opiekuńczej w której pracowałam.
Następna umowa miała być na
czas nieokreślony. Miałam na
szczęście oszczędności, miałam stypendium na studiach
doktoranckich,
prowadziłam grupy, więc pod koniec roku
akademickiego miałam dostać zastrzyk gotówki. Nagle
spełniła się
samospełniająca się przepowiednia wieszczów, magister(ka) z dyplomem
po studiach
humanistycznych nie ma pracy. I co najgorsze nie mogłam
znaleźć zatrudnienia w zawodzie, chociaż
zapraszano mnie na
rozmowy i wysyłałam tony CeVałek. Z dnia nadzień stałam się
chodzącą wersją
PREKARIATU. Z krwi i kości. Znalazłam
zatrudnienie w handlu, będąc doktorantką, bo z czegoś
musiałam
żyć. Powtarzane hasła, że powinnam poświęcić się nauce,
skończyły się ripostą, że jak na
razie nauka nie daje mi na
chleb i rachunki. Ja mówię o podstawowych potrzebach, nie
mówię
o ekscesach. Kredyt mieszkaniowy były dla mnie abstraktem,
niewydolność kredytowa pozwoliła mi
ominąć szerokim łukiem
franki szwajcarskie, bo żaden bank nie przyznałby mi kredytu na
mieszkanie
w stolicy. Wegetowałam sobie radośnie w kraju nad
Wisłą. Pracowałam w handlu na ¾ etatu, chodziłam
na uczelnię
prowadzić ćwiczenia, lektoraty, jeździłam po Polsce zbierać
wywiady ze spółdzielcami,
przesiadywałam w BUWie nad książkami
wczuwając się w vibe i próbowałam pisać dysertację. Bardzo
sprzyjające okoliczności rozwoju dla młodej kobiety kurczowo
udającej, że nie tonie.
W
spółdzielniach fascynowały mnie ludzie losy tych, którzy
zdecydowali się związać swoje życie ze
spółdzielczością.
Wybrałam nowo powstające spółdzielnie zakładane przez młodych,
wykształconych,
czyli ludzi podobnych do mnie.
Spółdzielnie
dały mi coś jeszcze. Dały mi ludzi. Poznałam niesamowite osoby,
które założyły
spółdzielnie. Małgorzatę Falis, Łukasza
Wójcika, Karolinę Goerigk, Emilię Banasiak, Wojciecha
Wojtysiaka,
Mariusza Szulca, Paulinę Gocik-Leśniewską, Jakubę Lichwę,
Rolanda Zarzyckiego,
Barbarę Sadowską, Marię Sadowską, Lidię
Węskiewską-Chyc, Agnieszkę Dejnę i Janusza Golisowicza.
Paulinę
Ograbisz z PANATO, która pokazała, że jest rozwiązanie -
spółdzielnie można poprowadzić
tak, żeby były spełnieniem
wizji i idei w dobie neoliberalnej polityki, wolnego rynku. Celina
Chełkowska, która przyczyniła się do założenia pierwszej
spółdzielni przy zakładzie poprawczym
w Poznaniu. Z wieloma moimi
rozmówczyniami mam do dzisiaj kontakt.
Studia
doktoranckie obdarowały mnie możliwością poznania niesamowitych
ludzi – tj. Agnieszka
Kowalska, która pierwsza do mnie zagadała w korytarzu przed pierwszymi zajęciami, za co jestem jej
niezmiernie wdzięczna; Magda Wiśniewska, która bezpardonowo podała mi swoje zdjęcia ślubne i tak
zaczęła się nasza znajomość. Jolanta Foryś, która zawitała do mojego życia na dłużej, dzięki
determinacji oraz uporowi jej męża Jana Forysia. Dr Magdalena Sokołowska z którą mogłabym kraść
konie. Dr Małgorzata Maryl-Wójcik, dr Paulina Marchlik, dr Marta Pacholczyk-Sanfilippo, Magdalena
Zaborowska, z którą połączyła mnie miłość do gliny, dr Wojciech Gola, który zaciągnął mnie ze sobą
do katedry pedagogiki społecznej. Podziękowania należą się śp. prof. Mirosławowi Szymańskiemu za
nieustępliwość w moim składaniu papierów na doktorat. prof. Grzegorz Pyszczek dostrzegał to co
niedostrzeżone. Przede wszystkim podziękowania kieruję do śp. prof. Folkierskiej za myślenie oraz
niezawodnej i niezastąpionej prof. Paulinie Sosnowskiej, która podarowała mi Arendt oraz dodawała
otuchy w doktoranckich znojach. Długie dysputy we wrocławskim zaciszu zawdzięczam dzięki
znajomości z dr Martą Zagdańską, które przyczyniły się do odpuszczania tego, co już dawno wygasło,
i ustało niczym reanimacja nieboszczyka.
Zaczęłam
od przewrotności losu, życia. Dwudziestego szóstego grudnia 2025
roku obiegła mały świat
spółdzielców wiadomość o
niespodziewanej śmierci kluczowej postaci polskiej spółdzielczości
–
odszedł w dzień swoich 61 urodzin Cezary Mieżejewski. Dobry
człowiek.
Polityk
społeczny z wykształcenia, socjalista duchem, społecznik,
spółdzielca, działacz społeczny,
związkowiec. Były poseł,
wiceminister pracy. Postać, która przyczyniła się do rozwoju idei
ekonomii
społecznej oraz spółdzielczości w Polsce. Należał do
autorów m.in. ustawy o zatrudnieniu socjalnym
i ustawy o spółdzielniach socjalnych. Za ustawę o systemie aktywizacji zawodowej i społecznej dla
osób zagrożonych wykluczeniem, w 2023 roku uhonorowano go Odznaką Honorową Primus in
Agendo. Dzięki uchwaleniu ustawy możliwe było uruchomienie wsparcia dla podmiotów ekonomii
społecznej w wysokości 200 mln zł. To nie jedyne wyróżnienie, jakie Mieżejewski uzyskał za swoją
pracę. W 2000 roku za działalność na rzecz kultury niezależnej otrzymał odznakę Zasłużonego
Działacza Kultury, a w 2009 r. Odznakę Honorową za Zasługi dla Ochrony Pracy. W 2014 roku został
odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności. W latach 80. działał w opozycji demokratycznej, potem
był działaczem związkowym, uczestnikiem okupacji ministerstw, następnie pracownikiem tych
ministerstw. Od 2009 roku działał w spółdzielczości. Kierował Ogólnopolskim Związkiem
Rewizyjnym Spółdzielni Socjalnych, zrzeszającą ponad 320 spółdzielni, oraz Wspólnotą Roboczą
Związków Organizacji Socjalnych (WRZOS) zrzeszającą poprzez federacje regionalne i krajowe blisko
900 organizacji pozarządowych. Był członkiem Stowarzyszenia „Obywatele Obywatelom”.
Współdziałał z Ministerstwem Rodziny i Polityki Społecznej w procesie kreowania strategii
deinstytucjonalizacji usług społecznych. Był członkiem Krajowego Komitetu Rozwoju Ekonomii
Społecznej przy MRiPS oraz Rady Działalności Pożytku Publicznego przy przewodniczącym Komitetu
Rady Ministrów ds. Pożytku Publicznego.
Miałam przyjemność poznać człowieka, który był
otwarty na spotkanie, rozmowę, wymianę myśli po
przeczytaniu mitu
spółdzielczości. Największy komplement jaki dostałam od niego,
to że żałuje, że nie
jest częścią mitu. Teraz stał się
legendą spółdzielczości. A ja mogę mu teraz oddać hołd za
zasługi na
rzecz spółdzielczości.
Jeśli
zaciekawiła cię idea spółdzielczości odezwij się do mnie na
maila talk2marta@gmail.com,
Tekst dedykuję pamięci
mamie - Dorocie Kammbach,
babci - Helenie z domu Lewandowskiej, Kammbach
prababci - Ludwice z domu Radlińskiej, po mężu Pączek, a następnie Lewandowskiej.
zdjęcia z rodzinnego archiwum.
.jpg)


.jpg)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz