Wielki post, czyli powroty i początki końców

Wielki post, czyli powroty i początki końców


Wychodzi na to, że w 2022 częstotliwość wychodzenia na miasto idzie w rekord, który warto zapisać u Guinnessa. Zbliżamy się do połowy kwietnia, a ja mam na koncie trzy wyjścia. Ostatnio złapałam się na tym, że jedząc nie sięgam po telefon. A jak już sobie to uświadomiłam to stwierdziłam, że czemu nie, zrobię zdjęcie może przełoży się to na post? Może to będzie dostatecznym bodźcem, żeby przysiąść i podzielić się z Wami nowymi miejscami. 

Pandemia zrobiła swoje. Oswajanie się z nową rzeczywistością, ogarnianie i przystosowywanie pracy do nowych realiów pochłonęło na tyle, że czasem nie miałam siły na nic innego, a konsumpcja przeniosła się do domowych pieleszy - gotowania lub zamawiania jedzenie na wynos z ulubionych, pobliskich lokali, o czym Wam już pisałam jakiś czas temu. Przeprowadzka na przedmieścia spowodowała prawie całkowitą rezygnację z jedzenia na mieście lub na wynos. Nie liczę pizzy, kiedy nie mieliśmy rozpakowanej kuchni. Dopiero po wygramoleniu się z kartonów zaczęliśmy poszukiwać nowych miejsc z lokalnego środowiska. 

Najzabawniejsze, że najlepsze lokalizacje znalazłam po znacznym upływie czasu, czytajcie co najmniej roku. A i tak większość dań zamawiana na wynos. Nie świętowaliśmy drugiej rocznicy pandemicznego zamknięcia, ponieważ 24 lutego Rosja dokonała ataku na Ukrainę, więc jakoś zajął się człowiek tym, odrywając od innych swoich spraw, które mu mocno zajmują obecnie życie. Mam wrażenie, że obecnej władzy to na rękę, bo z mediów zniknęły sprawy pandemii. Oczywiście nie łudźmy się, do jakiegoś czasu. 

Pytanie, które się samoistnie nasuwa czy to zapowiedź końca bloga??? 

Właśnie mnie oświeciło, że w marcu 2022 minęło DZIEWIĘĆ lat od kiedy zaczęłam pisać bloga. Tendencja spadkowa ilości wpisów jest znacząca, więc teraz pewnie będę siedzieć i dumać, co z tym dalej począć. To miejsce nie stanowi mojego źródła dochodu. Nie stało się zaczynem porzucenia kariery i życia z pisania, co momentami rodziło pewne moje fantazje o takim życiu. Zwłaszcza na początku prowadzenia bloga, kiedy widziałam się opływającą bogactwem i blichtrem na nie jednej ściance. Na marginesie zaliczyłam tylko jedną podczas Wigilii Blogerów, którą przeżyłam tylko dzięki jednej osobie, która się tam ze mną spotkała. Prawda jest taka, że jedzenie, pisanie i dzielenie się z Wami sprawiało mi przyjemność od samego początku. Tylko ile można? Do czego to prowadzi??? Mam wrażenie, że donikąd. Zniknięcie bloga nie odbiłoby się wielkim echem... więc może to naturalna kolej rzeczy, że czas już na postawienie ostatniej kropki. Nomen omen Okuniewska zakończyła idiotkowanie... więc bez wyrzutów sumienia sama mogę dojść do wniosku, że wycisnęłam z siebie ile się dało. 

Pewnie poprzyglądam się sobie i do końca roku, a precyzyjniej do momentu w którym trzeba będzie przedłużyć subskrypcję za domenę podejmę ostateczną decyzję. Ale oswajam Was z myślą, że nadchodzi taki czas w którym może być to początek końca mojej przygody z blogowaniem, szlajaniem się po knajpach i dzieleniem się swoimi przemyśleniami. 


Co nie zmienia faktu, że jeszcze dzisiaj mogę podzielić się z Wami nowymi odkryciami. 

Jeśli zawitacie w odwiedziny do Konstancina zachęcam gorąco do odwiedzenia Vietlabbu serwującego jedno z lepszych street foodów azjatyckich jakie miałam przyjemność jeść. Epickie jest żółte curry, kiedyś organizowałam własne rankingi, które uwielbiam z makaronem ryżowym. Znajdziecie u nich zacne zupy pho, pikantne rameny, mięsa oraz dania dla dzieci. Jak również desery i herbaty jaśminowe oraz mojej ukochanej edamame soi w strączkach, którą mogłabym spożywać garściami. 
(zdjęcie powyżej na zachętę). 

Ostatnio potrzebuję dwóch rzeczy: ruchu w postaci kontaktu z naturą tudzież lasem, a po tym zacnej strawy. 

Jeśli chodzi o gruzińską kuchnię wchodzę w to w ciemno.
Odkrycie nowej kameralnej restauracji serwującej również wina gruzińskie było miodem na moje serce. Zamówili Charczo (brak zdjęcia, więc nie szukajcie), czyli gruzińską zupę jak dla mnie mocno słoną, ale jednocześnie aromatyczną, przy której dokonałam olśnienia, złapałam się za głowę, że nie robię zdjęć. I tak zakiełkował pomysł wpisu i początek refleksji o tym w którym kierunku zmierzamy. Uwielbiam w ich daniach przebijającą się kolendrę. 

Zamówiłam klasyk w swoim wykonaniu lemoniadę Zandukeli waniliową, którą mogłabym pić litrami i nie miałabym jej dość. Jest wiele smaków, moja dla niektórych może być za słodka, dlatego przy większej ilości osób polecam zamówić kilka różnych smaków i podzielić się. A poczujecie się jak w Gruzji, gdzie wszystkie dania lądują na środku stołu i każdy je co mu się spodoba. Ostrzegam, że estragonowa lemoniada ma wąskie grono wielbicieli, ale warto jej zakosztować. 

Do klasyka zamówiłam Chachochbili Adżarulshi pierś z indyka w pomidorach z przyprawami podawanej w cieście w formie łódki. Coś przepysznego rozpływającego się w ustach. Musiałam się stopować, żeby nie zjeść za szybko. 

Chaczapuri Adżaruli, które nas zaskoczyło na maksa ze względu na ser tak przypominający ten jedzony w Gruzji. Śmiało z ręką na sercu powiadam Wam, że to najlepsze jakie jedliśmy. 


Powyżej Baże czyli przepiórki w sosie śmietankowo-orzechowym. 

Poniżej podziwiamy półmisek z Chalagadżi polędwiczką wieprzową z duszonymi ziemniakami, papryką i marchewką 

A na deser ja... 
jakbyście się stęsknili ;-) 


Vietlabb Warszawska 34 Konstancin-Jeziorna 
Marani restauracja i wina Wąwozowa 23 lok U1

A na samej górze kadry z kawiarni Fawory, gdzie serwują przepyszne ciasta oraz wyborną kawę przelewową - mieści się przy Adama Mickiewicza 21. 

Polecam podglądać działalność Zofii Zochniak oraz Tomka Bociana czyli założycieli Ubrania do oddania, którzy edukują polskie społeczeństwo w kwestii cyrkulacji, używanych ubrań. Zakładają butiki cyrkulacyjne. A ostatnio pomagają, edukują w sprawie pomocy udzielanej osobom uchodźczym z Ukrainy. Magazyn mieszczący się przy Bokserskiej był chyba jednym z najpopularniejszych miejsc w pierwszych dniach działalności pomocowej organizowanej w Warszawie. 

Zbliża się przerwa świąteczna część społeczeństwa będzie pewnie w szale zakupowym, część porządkowym. Jeśli odświeżacie własne szafy warto przejrzeć ich zawartość, a rzeczy z którymi nie wiecie, co za bardzo zrobić można spakować do kartonów i nadać przez portal ubraniadooddania. Ubrania zyskają drugie życie, a Wy przy okazji pomożecie. Więcej informacji znajdziecie na stronie poniżej. 

https://www.ubraniadooddania.pl/
Poczęcie prześwit(u)

Poczęcie prześwit(u)

 


Joan Didion powiedziała kiedyś, że opowiadamy sobie historie, żeby żyć. 

Dlatego opowiem Wam historię. Siedziałam sobie na parapecie, beztrosko machając nóżkami jak pięciolatka, popijając piwo, któremu bliżej było do oranżady niż do trunku. Dygresja, jakbym postawiła przecinek gdzie indziej wyszłoby, że beztrosko machałam nóżkami jak pięciolatka racząca się piwem... no skandal moralny murowany ;-) koniec dygresji. Wracamy do opowieści. Więc siedzę sobie radośnie na tym starym wysłużonym szerokim parapecie, co to swoją obecnością zachęcają do spoczynku. Za mną wysokie okratowane okno przez które mam widok na ulicę Nowego Miasta. Jest grudzień, pięć dni przed świętami, więc momentami za oknem następuje natężenie ruchu. Ludzie w pędzie przedświątecznej krzątaniny, a ja w bezruchu zastygam patrząc na to, co przede mną.   

Czasem coś nas tchnie, więc idąc za impulsem intuicji odwracam się i zaglądam przez ramię. Para zagląda przez szybę. Długo nie myśląc macham zachęcając ich do wejścia. Uprzedzam, widzę ich pierwszy raz na oczy. Nieśmiało przekraczają próg, zagajają o miejsce. Z dozą nonszalancji opowiadam tyle ile wiem, a za wiele nie wiem. Pada sakramentalne pytanie czy jestem artystką i któreś prace są moje. 
Wzdycham z jeszcze większą nonszalancją jak to przystało na nie-artystkę. 
- Ja tu tylko siedzę. 
- I piję - pada z uszczypliwością w głosie. 
- Tak - przedłużam milczenie - bezalkoholowe. 

I po co Wam to opowiadam? Można powiedzieć, że historia bez składu i ładu. Rozmowa kluczyła jeszcze wokół zaprezentowanych w tej części prac, a ja pozostałam niewzruszona na parapecie machając nóżkami i zastanawiając się o co chodzi. Czasem takie historyjki też się przydarzają. Ale czy są istotne? Niezmiernie i niezmiennie. 

Kwintesencją jest za to zbiór prac młodych artystek, nasze rozmowy na parapecie o tym jak mało wiemy o sztuce współczesnej, o tym dlaczego nie uczy się już plastyki ani historii sztuki w szkołach i kto ma uczyć nas - szaraczków kontaktu ze sztuką współczesną. Ciekawe jest obserwowanie ludzi jak obcują ze sztuką, w jaką interakcję wchodzą z ludźmi siedzącymi w galerii zakładając z góry, że pewnie artystka, że pewnie wie dużo i powie albo muszę zabłysnąć, żeby nie wyjść na ignoranta. 


Galeria Prześwit mieszcząca się w kamienicy przy Freta, gdzie wcześniej swoją siedzibę miał klub Le Madame to nowe miejsce na mapie stolicy sztuki. Kamienica popadła w ruinę, od roku jej remontem zajmuje się Fundacja Prześwit, która część przestrzeni udostępnia artystom na pracownie. Ratusz wypowiedział najem, ale Fundacja działa prężnie organizując pierwszą wystawę. Tematem przewodnim jest kobieta, figura rodzicielki, akt poczęcia. W głównej sali możemy zaobserwować prace licznych artystek tj Anna Baumgart, Beata Ewa Białecka, Agnieszka Brzeżańska, Barbara Falender, Natalia Hirsz, Anna Królikiewicz, Janina Myronova,  Magdalena Moskwa, Sylwia Rams, Diana Ronnberg, Katarzyna Swinarska, Agata Zbylut. Wieloosobowość wystawy pozwalała na zróżnicowane podejście do pojęcia poczęcia. Dla każdego akt narodzenia może oznaczać coś innego, co widać też po różnorodności technik obrazujących temat przewodni. Mamy odniesienia do duchowości, cielesności, a nawet seksualności. Mitu, rytuału, religii oraz baśni. 


Natalia Hirsz, Ciała zaopiekowane, tkanina 2017. 
Jest coś zmysłowego w tej pracy. Ma się ochotę ją dotknąć, zagłębić dłoń we wszystkich warstwach, żeby móc je poczuć. Dopiero po dłuższej chwili przychodzi opamiętanie, że to dzieło sztuki, którego nie wolno dotykać, a szkoda. Czasami tęsknię za organoleptycznymi doznaniami z dziełami, przełamania bariery dzieło-odbiorca. 





Agata Zbylut, Ponad miarę, ale w normie, 2001 
suknia ślubna za duża o 10 rozmiarów
13 zdjęć z pierwszej przymiarki 30x30 

Interesujący projekt artystki na który składa się suknia ślubna oraz seria zdjęć dokumentujących  pierwszą przymiarkę. Artystka zwraca uwagę na konwenanse społeczne dotyczące pojęcia małżeństwa. Przejście od aranżowanych związków, często wiążących się ze społecznym awansem, po związki zawarte z miłości. Bez względu na upływ czasu czy kontekst biała suknia jest pewnego rodzaju symbolem, dopełnieniem rytuału zawarcia związku małżeńskiego. Artystka podejmuje próbę zmiany znaczenia tego symbolu ukazując nam nad wymiar przerysowaną, niepraktyczną, bo użytą tylko raz, suknię. 

"Ta o 10 rozmiarów za duża była jedną z pierwszych prac jakie zrobiłam po studiach. O pomoc w sfinansowaniu zakupu poprosiłam Mamę, która nie miała wątpliwości, że jeśli potrzebuję bardzo drogiej sukni, której nigdy nie założę, to powinnam ją mieć. Matczyna mądrość najpierw pozwoliła 15-letniej dziewczynce wyjechać do innego miasta by uczyć się w wymarzonym liceum plastycznym, a później uczyniła ze mnie posiadaczkę olbrzymiej, niepraktycznej sukienki ślubnej. Suknia jest ze mną od 21 lat i chyba żadna inna nie jest tak hołubiona jak moja. Jest strojem, który posłużył oficjalnej celebracji narodzin kobiety, która wybiera dla siebie życie odmienne, pojedyncze. Przez lata wciąż słyszałam najpierw, że zmienię zdanie, a później że będę tej decyzji żałowała. Nie żałuję. Gdybym mogła złożyć maluteńkiej Helenie, córeczce Karoliny dar to byłby to dar mocy życia w zgodzie z własnymi pragnieniami. Życzyłabym jej, aby wsłuchiwała się w swój wewnętrzny głos i nie pozwoliła go zagłuszyć radom, stereotypom i regulacjom tworzonym przez fanatyków, którzy chcieliby przejąć kontrolę nad życiem kobiet. I wszystko jedno czy są to politycy, patriarchowie, czy dobre rady również patriarchalnych ciotek lub "koleżanek", które zawsze wiedzą lepiej. A my wróżki-feministki-wiedźmy zrobimy wszystko, by świat, w którym przyjdzie Ci żyć Helenko był lepszy, bardziej równościowy niż ten, w którym same się urodziłyśmy". 



Anna Królikiewicz, Apeiron mojej Nie Matce Ili, 2021
jedna z ciekawszych prac  

"Sama będąc nie-matką z wyboru, cykl obiektów poświęcam swojej nie-matce Urszuli Habel, Ili - jak ją nazywałam nie umiejąc jeszcze mówić, której byłam nie urodzoną córką. Oddała mi cały rozdział swojej dorosłej egzystencji: była moją piastunką, opiekunką, nauczycielką, powiernicą, przyjaciółką, karmicielką. Dzieliłyśmy przez 23 lata mój panieński pokój, przez 50 lat dzieliłyśmy życie. 

Punktem wyjścia w myśleniu o pracy była karta kapłanki (La papesse) w tarocie. Postaci, która w przeciwieństwie do figury płodnej cesarzowej nie tworzy bytów i obfitych materii, nie rodzi. To archetyp kobiety stojącej obok, nie w centrum wydarzeń, w schłodzonym drugim planie, uzdrowiecielki, silnej intuicji, która kieruje z niczego lub z tych tworzyw nie mających cech fizycznych: gęstości, wagi, temperatury. Sama nie rodzi, ale jest źródłem. Pierwotne tworzywo, prapodstawa, apejron: to w wypadku tego cyklu pozostałe osobiste tekstylia, mój dziecięcy kocyk, który znalazłam w jednej z Jej szuflad, materie nieważne, potoczne, niedrogie, zużyte, fraktale, które pączkują, mnożą się i krzepną w zwarte formy minimalistycznych relikwiarzy". 


Anna Królikiewicz, Apeiron mojej Nie Matce Ili, 2021



Janina Myronova, Kobieca intuicja, masa szamotowa, farba poszkliwna, 2021

 Zrozumcie moja działka, nie mogłam o niej nie wspomnieć, ponieważ przyciągnęła od razu mnie i moje oko. Ceramika daje tyle możliwości wyrazu. I nie zawsze muszą być to przedmioty użytkowe, które też bywają piękne.  





Jestem zachwycona samą powierzchnią Galerii Prześwit. W której tak swobodnie łączy się przestrzeń odnowiona z tą niosącą ślady pamięci poprzedniego miejsca. Nowe osoby wnoszą nowe historie, nadają nowe znaczenia. Jestem zauroczona ogrodem zimowym ze sceną muzyczną. W sobie noszę bunt przeciwko doniesieniom, że miasto wypowiedziało im umowę. W moim odczuciu powinno się wspierać działania artystyczne, żeby człowiek mógł obcować ze sztuką, poszerzał swoje horyzonty, rozwijał się. 


Równolegle do wystawy "Poczęcie" odbyła się w dalszej części galerii zbiorowa wystawa stanowiąca kontynuację cyklicznego wydarzenia "Stany Wewnętrzne" ukazującej proces tworzenia się wspólnoty oraz transformację przestrzeni.

Do twórców Prześwitu biorących udział w wystawie zaliczamy: Ewę Ampulską, Paulinę Babicką, Nastazję Babską-Kozak, Igora Dobrowolskiego, Huberta Dolinkiewicza, Raphaela Gaudina, Kamilę Kamińską, Katarzynę Kowal, Katarzynę Kowalską, Natalię Kozarzewską,  Sylwię Ozimek, Pawła Pałkusa, Patrycję Serwetę, Filipa Syczyńskiego, Klaudię Szot, Aleksandrę Śmieranę, Irmę Tylor oraz Olgę Zarembę. 


To ja pierwszy raz od niepamiętnego czasu wypuszczona z domu, kontemplująca na schodkach.

A tak naprawdę szukająca toalety (taki suchar, praca Kowalskiej znajdowała się na samusieńkim końcu obok łazienki, więc każdy w potrzebie musiał koło niej przejść, a czasem nawet przysiąść)




Równolegle do wystawy "Poczęcie" odbyła się w dalszej części galerii zbiorowa wystawa "Stany Wewnętrzne". Można było podziwiać m.in. instalacje Katarzyny Kowalskiej Destrukcja 1, pleksi, taśmy LED, farba akrylowa, 2021 55x60x45 cm.

Sama artystka tak pisze o swojej pracy: "Budując ten obiekt, jednocześnie myślałam o złożonych schematach oddziaływań we współczesnym świecie i skomplikowanych zależnościach, kształtujących rzeczywistość. Konstrukcja architektoniczna to stan zastany, to co w szerszym kontekście dzieje się wokół nas, a czego nie widzimy, nie rozumiemy bo jest zbyt złożone. Z jednej strony pragnę poznawać przyczyny, tropić wielowymiarowe zjawiska by spróbować pojąć, dlaczego tak jest. Nie chcę ograniczać się do łatwych odpowiedzi, które często skracają przestrzeń obserwacji i wypaczają zrozumienie, ale z drugiej strony czasami odczuwam lęk, przerażenie powodujące paraliż. Dokładnie to miało miejsce podczas pracy nad obiektem "Nasze wszystkie wątpliwości". Rytmiczne, manualne zajęcie - stawianie konstrukcji - powoduje, że myśli płyną swoim torem, często w oderwaniu od tu i teraz analizują coś w tle. Najczęściej to nad czym pracuję - w tym wypadku systemy i powiązania różnych procesów, aktualną sytuację społeczną, polityczną i gospodarczą w połączeniu z wizją przyszłości, jaka rysuje się przed nami". 



Te schody, które urywają się i zawisły w nie-bycie. 





Conceptio - poczęcie 2021, Amaretus I, II, III, IV
akryl na desce, czeczota 130x70x12 cm 

Płaskorzeźba w formie pary dyptyków symbolizują akt miłosny. Poczęcie to początek. To narodziny istnienia, uczuć, myśli, działań. 

"Naszym domem jest Prześwit - konglomerat artystyczny, mieszające się dyscypliny sztuki, nurtują, stymulują, napełniają pomysłami, zachęcają do przekraczania granic. Mimo, że nasz warsztat mieści się w samym centrum starego miasta, jest to istny azyl. (...) Nasze prace mają na celu przekazanie samego uczucia, dostarczanie wizualnego zaspokojenia, bez zbędnych myśli. Coś intuicyjnego, pierwotnego, niezmiennego w procesie ewolucji". TauArt



Klaudia Szot
Famme, gips polichromowany
Ukryte piękno, żywica, cement, gips 




Twórczość Joan Didion polecam, jednej z największych amerykańskich dziennikarek, która niestety zmarła dzień przed Wigilią 2021 roku. 

Kolektywna Instytucja Kultury Prześwit Freta 39
kuratorka wystawy Karolina Kliszewska 

wystawę można było oglądać od 11.12.2021 do 28.01.2022
Lepsze jutro było wczoraj. Uwaga: zabójca czasu

Lepsze jutro było wczoraj. Uwaga: zabójca czasu





Bardzo długo zmagałam się z ugryzieniem tego tekstu. Mogłabym pójść na łatwiznę i opowiedzieć Wam jak to pojechaliśmy do Lublina, jak to szukaliśmy galerii sztuki w galerii handlowej, jak to jest być pierwszymi osobami przed wernisażem zanim zejdą się ludzie. Jak to jest robić fotorelację, co wychodzi mi całkiem nieźle, a przy okazji pilnować dwóch czworonogów zmęczonych podróżą i z racji swego sędziwego wieku już nie znoszących tak dobrze tłumu ludzi. Mogłabym opowiedzieć o wyprawie do nowego miejsca na mapie Lublina, które obecnie mieści się w kamienicy przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie spędziliśmy czas do rana rozprawiając o sztuce i życiu. Mogłabym opowiadać o psich zdrowotnych pertubacjach i podróży z duszą na ramieniu do moich ukochanych Jaślisk. 

Ale tak naprawdę to od dłuższego czasu zastanawiam się nad tytułem lepsze jutro było wczoraj. W grudniu przeczytałam Ucieczkę od bezradności Tomasza Stawiszyńskiego, która rozsadza mózg. Autor bierze na warsztat bezradność, którą odczuwamy względem śmierci, straty, smutku. Święta spędziłam z Urszulą Jabłońską, która doświadczając bezsilności wobec świata wyrusza w podróż w poszukiwaniu alternatywnych społeczności, będących wyrazem tęsknoty za wspólnotą, życiem w zgodzie z przyrodą w poszanowaniu ludzkiego życia. Autorka porusza kwestie spółdzielni, więc sami rozumiecie mój uśmiech podczas czytania i jeszcze większe pragnienie zagłębienia się w historie o komunach i alternatywnych społecznościach, które poszukują równowagi zatraconej w świecie generowanych potrzeb przez neoliberalną politykę konsumpcjonizmu. 

Mamy koniec grudnia, czas próżnię między świętami, a noworocznymi postanowieniami, że tym razem będzie lepiej. Był czas pełen świątecznych tematów, a teraz pewnie będzie zalewać nas masa podsumowań i planów na miarę zdobywania pięciotysięczników. We mnie nadal trawią się ostatnie trzy lata, które nie powiedziały jeszcze ostatniego zdania. 

2019-2021 z jednej strony to czas darów w postaci ludzi, którzy stali się częścią mojego życia. Jednocześnie to czas złamanego serca, wstrzymanego oddechu, zamrożenia. Przeżywania straty, żałoby, ale też mikrożałób przez doświadczanie pandemii. Jestem typem, który działa nawet w sytuacjach kryzysowych. Oswajam sobie nowe doświadczenia poprzez działanie. Dopiero potem nadchodzi czas tworzenia przestrzeni na przeżywanie, doznawanie emocji, które mnie trawią. A dużo tam bezradności, całe morze. A nawet ocean bezradności względem działań rządu. Bezradność po kolejnym proteście, kolejnej śmierci w wyniku covidu, w wyniku zaostrzenia ustawy o aborcji. Bezsilność i bezradność względem ilości doniesień o zachorowaniach na depresję, wzroście myśli samobójczych, podejmowanych prób. Bezsilność, że nie pomożemy wszystkim. Bezradność wobec nastawiania ludzi przeciwko ludziom. Nawet moje emocje, przybierające czasem skrajną formę wściekłości i wykrzykiwania ***** *** nic nie dają oprócz zdartego gardła i zszarganych nerwów. Co mi przyniesie darcie się na kanapie do szklanego telewizora. NIC. No dobrze, może ujdzie ze mnie para.  

Żeby przetrwać pandemię wpadłam na genialny pomysł wydania swojej publikacji, bo przecież nadal mam w głowie, że spędziłam, tfu zmarnowałam 8 lat ze swojego życia na doktorat, to niech coś z tego wyniknie. W tle słychać rechot narratora. To jedna z ciekawszych lekcji dotyczących konsekwencji w życiu. Morał z niej taki, że możesz przestać wtedy kiedy czujesz, że to nie ma sensu, a nie ciągnąc coś w nieskończoność bo tak wypada, bo tyle już czasu na to poświęciłaś itd. Bo przecież zaczęłaś, więc musisz skończyć. Efekt końcowy był gotowy w lutym 2021 roku. Zrobiłam to, ale... euforii nie było. Przyszła proza życia. Musiałam zakasać rękawy, wyjść ze strefy komfortu i uczyć się sprzedawać z lepszym-gorszym efektem, coś drgnęło. Momentami czuję się jak domokrążca, który wciska na siłę ludziom coś czego nie potrzebują. Ale ponoć najlepszy sprzedawca nawet łysemu sprzeda grzebień. Do tego poziomu jeszcze mi daleko ;-) Z drugiej strony koniec oznaczał stanięcie przed ziejącym mi w karg pytaniem czy jesteś gotowa zobaczyć co teraz? A może powinnam zająć się czymś jeszcze, żeby oddalić od siebie przeżywanie tego, że nie podoba mi się w jakim kierunku zmierzamy, że nie mam na to już ani siły ani pojemności psychicznej. Możemy tylko bezczynnie patrzeć, przyglądać się temu, co się dzieje. Walczyć w sobie z poczuciem bezsilności względem rzeczy na które nie mam wpływu. Powtarzanie sobie, że wpływ mam na siebie nie pomaga, bo przeraża i paraliżuje mnie świadomość, że ONI swoimi decyzjami wpływają pośrednio na moje życie, czy mi się to podoba czy nie. 

Lepsze jutro było wczoraj to dla mnie tendencja do patrzenia w przyszłość, która jawi się w pięknych kolorach, oślepia nas swym blaskiem, nadzieją na lepsze jutro. Iloma obrazkami z SM karmimy swoją duszę, że ktoś ma inne lepsze-lepsiejsze życie do którego należy dążyć, żeby poczuć, że żyjesz. To trochę jak odmalowywanie fatamorgany. Im bliżej niej tym się ulatnia i oddala. Możesz wszystko, wszystko jest możliwe... czy rzeczywiście mogę wszystko? A może to kolejne kłamstwo, którym mnie karmią? Przyszłość jest taka obiecująca, pociągająca, mamiąca, że skupiamy na niej nie tylko wzrok, ale swoje postrzeganie i życie. Przewrotnie możemy uciekać od lepszego jutra w przeszłość, którą rozpamiętujemy nieustannie, sentymentalnie, nostalgicznie popadając w melancholię. Kiedyś to było, kiedyś to były czasy... a teraz nie ma ani czasu ani czasów. 

Patrząc w jutro, które było wczoraj zapominamy o tym, co tak brutalnie obnażyła nam pandemia - mamy dzisiaj, tu i teraz. Teraźniejszość, która może wymuszać na nas konfrontację z tym co doświadczamy. Nagle jesteśmy zamknięci, zastraszani, że ten drugi człowiek może nam zagrażać, więc izolujemy się. Zamykamy się w czterech ścianach i w ekstremalnych warunkach spotykamy się z drugim człowiekiem i z samym sobą. Na poradzenie sobie z tym mamy wiele strategii. Jedną z nich jest bycie w działaniu, kolejną mimowolne otępienie. Działam póki mogę, wkładam w pewien obszar całą siłę, a na resztę już mi nie starcza, więc trwam w otępieniu.   

Aż życie znowu wybije cię z rytmu i otępienia. Postawi wszystko do góry nogami, wywróci na drugą stronę nie pytając cię o zdanie. Co byś sobie nie myślała, nie zaplanowała, tak jak pandemia tak i życie, może nagle z dnia na dzień udowodnić ci, że masz wpływ na to, co w danej chwili czujesz i co przeżywasz, a swoje plany możesz schować głęboko w kieszeń. Możesz dokonać wyboru, podjąć decyzję, wziąć odpowiedzialność. A co do planów to bardzo szybko w brutalny sposób uczysz się elastyczności i dostosowywania do swojego kontekstu. Lub nie tworzysz żadnych planów, bo nie wiesz jak będzie. 


Ale żeby nie było tak strasznie mrocznie egzystencjonalnie i pesymistycznie to zapraszam do obejrzenia zdjęć z wernisażu Lepsze Jutro było wczoraj Galeria Labirynt Plaza, gdzie swoje prace wystawili Katarzyna Kowalska, Grzegorz Tomczyk, Kamil Zaleski 




Zaczęłam ten wpis w dość nietypowy sposób, a w tym miejscu między kadrami, których nie spodziewalibyście się tu zobaczyć przerywnik. Pojawiły się niczym dwa chochliki w życiu, które sprawiają, że wywraca ci się życie. A raczej wywracasz oczami, a kąciki ust lekko unoszą się w uśmiechu. Fotoreportaż ma opowiadać historię obrazem. Starać się uchwycić chwilę, emocje towarzyszące wydarzeniom, które obserwujesz i rejestruje wprawne oko. Ale fotografia może skupiać się też na tym, co jest poza kadrem. Na codzienności czy to w postaci lampy bez której nie byłoby dobrej ekspozycji czy to trampka świadczącego o tym, że ktoś przyszedł tu i jest, żeby złapać lepsze jutro, które było wczoraj. 



Katarzyna Kowalska przegląda jedną z ciekawszych prac. 

Svieta Butsan Uwaga: zabójca czasu 2019 
książka artystyczna składa się z 3216 małych rysunków. Została stworzona w 2019 roku w ramach aneksu do dyplomu artystycznego. Jest to podręcznik kompozycji i pomysłów dla artystów mających problemy psychiczne. W pierwszej części każdy rysunek jest samodzielny. W drugiej - pojedyncze rysunki zbierają się w większe kompozycje. W następnej części powstały minimalistyczne powtarzające się rysunki, które przypominają kadry z animacji poklatkowych. Zakończenie jest manifest, kończący się tzw. strumieniem światła. 
(opis zaczerpnięty z wystawy). 




Grzegorz Tomczyk 




Artyści wraz z kuratorką wystawy na tle kosmosu Katarzyny Kowalskiej, Grzegorz Tomczyk i Kamil Zaleski 



Katarzyna Kowalska oraz Zona, która czuwa nad pracą Grzegorza Tomczyka No boudaries/Żadnych granic  Did you miss me/ Tęskniłeś za mną oraz No blessing/Żadnych błogosławieństw z cyklu No Title. 

Inspiracją tryptyków są dzieła Rafaela Sanzio. Kult maryjny to charakterystyczna cecha polskiego katolicyzmu, głęboko związana z patriotyzmem. Sposób myślenia, usankcjonowany wielowiekową tradycją jest prawem, które chce kontrolować moralność i tożsamość duchową kolejnych polskich pokoleń Polaków. Obrazy są próbą świeżego spojrzenia na wyobrażenie oblicza Madonny, inwersją klasycznego przedstawienia, symbolicznym komentarzem na miarę dynamicznych przemian współczesnego świata. Znikł uśmiech, kojące spojrzenie, czuły gest. Nie są to już typowe, piękne wizerunki Madonny. Ukazują jeden z najważniejszych filarów polskiej tożsamości narodowej i jednocześnie mu zaprzeczają, ponieważ nie wyobrażają spokojnego, ufnego oblicza matki - opiekunki. Kipią, pulsują, obezwładniają kruchością i obdzierają tajemnicę z reszek farby. Wizerunek Madonny koił zmysły i dodawał otuchy, bo świat miał być lepszym miejscem. A może już był? Może lepsze jutro już nie nadejdzie? 
(opis zaczerpnięty z wystawy)





Gaja nadzoruje zwiedzanie 


przyłapana na robocie z Zoną 














Afterparty odbyło się w kamienicy na Krakowskim Przedmieściu 6, gdzie udało nam się podejrzeć przed wernisażem finalną wystawę Ad Extremum. Ciekawe przypadki odpadania głowy zorganizowanej w ramach jubileuszu Otwartej Przestrzeni. 




Nie mogłam od nich oderwać wzroku przez większość wieczoru Chryzantemy Małgorzaty Pawlak, 2021 olej na płótnie 


Katarzyna Kowalska w trackie rozpakowywania swojej instalacji. 


Kamil Stańczak, Wędrowiec na koniec świata, 2021 technika własna
za piękno kontrastu surowego płótna oraz format. 



Sławomir Plewko, Immersja Przestrzeni
2021, druk wielokrotny pigmentowy na płótnie, punktowy lakier UV, MDF

Od tego też nie mogłam oderwać wzroku. Niesamowitość powtarzalności linii nachodzących na siebie okręgów w połączeniu z monochromatyczną kolorystyką bazującą na bieli, czerni oraz błękicie z grą światła. Iście kosmiczny obraz. 




Lech Mazurek, Koniec historii. Ostatni Człowiek 
2021, druk cyfrowy 



A kończysz w Barze Czeremcha, gdzie czujesz się najlepiej. 


Ogrzewając zmarznięte dłonie grzanym winem. W Jaśliskach udało nam się wpaść na wernisaż, co było ciekawym doświadczeniem w odstępie dwóch dni być na całkiem różnych wernisażach. W ostatni poniedziałek miesiąca słuchałam wywiadu Karola Paciorka z Andrzeje Stasiukiem. Lubię życie w mieście, bo daje dostęp do wielu dobroci, ale coraz bardziej w duszy gra mi spokój jaki masz po wyjściu z domku, gdzie rozciera się przed tobą bezkresna przyroda. 



A to jedno z najpiękniejszych miejsc odkrytych podczas ostatniego wypadu do Jaślisk wraz z Katarzyną to chata w Zyndranowej w której każdy strudzony wędrowiec znajdzie schronienie przy cieple pieca, kubku gorącej herbaty w blaszaku oraz setce wódki na rozgrzanie. Gdyby nie przemożona chęć zobaczenia wioski Łemkowskiej pewnie zabawiłybyśmy tak znacznie dłużej. Pozdrawiamy opiekuna Daniela oraz jego współtowarzyszy, którzy nas gościli. Stolica pamięta ;-) obiecuje wrócić.  
 
Nad schroniskiem czuwa Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich z siedzibą w Rzeszowie, które organizuje m.in. kursy przewodników. 




 

Copyright © 2014 bite me Martha , Blogger