Wędrowiec w Lublinie

Wędrowiec w Lublinie


Niczym Czechowicz w Poemacie w każdym nowym mieście mam potrzebę wędrowania. Wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy. Robiłam to instynktownie, ale wędrowanie pozwalało mi, dzięki zaglądaniu w zakamarki,
w bramy, chodzeniu nieutartymi szlakami, nawiązać intymną więź z danym miejscem. Iście fizyczną więź nawiązujemy, kiedy przesadzę i nabawiam się pęcherzy, do czego czasem mam skłonności. Sam Czechowicz uważał, że poznać miasto można tylko przemierzając go pieszo. Teatr NN zrekonstruował wędrówkę poety i co roku,
w pierwszą lipcową noc pełni księżyca, podąża jego śladami odczytując w trasie poemat, który dzięki temu jest wiecznie żywy.

I to chyba urzekło mnie w Lublinie. To miasto napiętnowane historią, a zarazem mekka artystycznych działań, które uwodzą takiego przybysza jak ja. 


Koziołek - symbol miasta. 
Widzę pewne podobieństwo bywam uparta jak koza... 


Ogród Saski 




Przerobienie kościoła na Centrum Kultury - genialne. 


To miejsce z oczywistego powodu zaliczę do swoich naj-naj ulubieńszych. Plac Rybny, a jeszcze bardziej sama ulica Rybna. 

To tu dzieje się MAGIA Lublina ;-) odnaleziona tak przypadkiem, a jednak wszystko jest po coś. Miejsce klimatem przypominające mi kraje północy za którymi lekko tęsknię. A na talerzu niebo w gębie. Pierwszy raz jadłam szparagi, bratki... no kochani zaniemówiłam i było mi tak dobrze, że mogłam tylko wzdychać z zachwytu. Obsługa przesympatyczna, serwis błyskawiczny. Jadłyśmy w ogrodzie, gdzie za sprawą klimatu przeniosłyśmy się daleko hen-hen. Wieczorem może być problem ze stolikiem, więc warto zrobić rezerwację, ale to jest taki mój obowiązkowy punkt do odwiedzenia, który polecam w ciemno. 



Lemoniada 10/10 pierwszy łyk odurzył - jak orbitowanie z cukrem, ale z każdym łykiem było coraz lepiej. Polecam też mojito malinowe mhmmmm



 Między Słowami można powiedzieć tak wiele.. lub ukryć to, co chciałoby się powiedzieć, ale nie ma się odwagi.




Każde miasto ma swoje LODY - Wrocław Polish lody lub Krasnolóda, stolica oj tu się jeszcze biją o miano najlepszych i ilu mieszkańców tyle typów... pada Jednorożec, Plac Zbawiciela, jak dla mnie Monique bije wszystkich. 
Za to w Lublinie jest BOSKO
tu wystoisz swoje, ale warto. Ja czasem jestem urodzona w czepku i po zjedzeniu obiadu z Cugowskim, tak -tak dobrze widzicie, nie miałam kolejki, więc grzechem byłoby sobie odmówić.  

Jeśli trzy kobiety mówią, że usłyszały tosty to jednak o TOSTY chodziło ;-D to taka nasza anegdotka, ale trzeba się rozpieszczać i jeść raz na śniadanie pizzę, a raz te cuda. 




A na koniec będzie CSK - Centrum Spotkań z Kulturą - cudne miejsce z tarasami widokowymi na dachu, pszczołami, operą, Browarem Zakładowym, restauracją, foodtruckami na placu. CZego dusza zapragnie tam znajdzie tam. Bardzo lubię takie miejsca.  




   Nie będę taka, opowiem wam jeszcze o Nocy Kultury...
trzy mosty w Wyszkowie

trzy mosty w Wyszkowie


Od jakiegoś czasu chodzi za mną myśl wokół oczekiwań. Rodzice mają je wobec nas, często bywają wygórowane
i oderwane od rzeczywistości, a stopień ich zróżnicowania w znacznej mierze jest zależny od wieku. Później my mamy je wobec siebie, tego jak ma wyglądać nasze życie, praca, partner, kończąc na przyziemnych sprawach. 
Moja roczna przygoda z Wyszkowem, który ma trzy mosty, na marginesie Warszawa ma dziewięć,
a Wrocław sto (to akurat pamiętam, dzięki browarowi - cała ja) - dobiega końca. Oczekiwania związane z tym miejscem były początkowo spore, bo przyjechałam tu w określonym celu i wydawało mi się oczywistą oczywistością, że będzie tak jak sobie zakładam. Życie pięknie potrafi pokazać, jak to człowiek może być w błędzie. W miarę szybko, chociaż jeszcze się łudziłam, doszło do organoleptycznej weryfikacji owych oczekiwań, które w ostateczności osiągnęły niespotykany jak na mnie poziom Morza Martwego.  

Nie ma tego złego, co na dobre nie wyjdzie. Dostanę to na czym najbardziej mi zależało, nie ważne jakim kosztem 
i w jak wątłym stanie psychicznym będzie moja cząsteczka jestestwa, która się jeszcze we mnie kołacze. Zaliczam się, a raczej staram się zaliczać do osób, które widzą szklankę do połowy pełną. 



Dzisiaj dowiedziałam się, że w Wyszkowie są trzy mosty i poznałam Mariolkę z którą zwiedzamy Wyszków, miasto jak się okazuje pełen niespodzianek czających się na każdym możliwym rogu, których za wiele nie ma. 
Jednym z nich jest lekko odrapane, wyglądające w zimę obskurnie sanktuarium, które zmienia oblicze w wiosennej aurze niczym kobieta, kiedy się umaluje. Nie mam nic do naturalnego piękna drzemiącego w kobiecie, żeby nie było. Dzisiaj paradowałam w wersji no-make-up, nie wyspana, dajcie mi spokój i zaliczyłam podryw na stacji paliw od motocyklisty - więc raduj się serce moje,
a w sklepie usłyszałam, że jestem cudna, a jak faceci tego nie dostrzegają to są lamusy. Od razu człowiekowi milej się robi na serduszku i postanawia rezygnować z ton tapety... taaa, jasne ;-) 

A tak na serio sami zobaczcie jaki fajny mam plecak, a w Wyszkowie sanktuarium ma wyczesane w kosmos schody. 
Zgodnie z Mariolką uznałyśmy, że idealne na ślubne zdjęcia ;-) 


Jeszcze lepszą sprawą w wyszkowskiej rzeczywistości tak odmiennej od warszawskiej, jest fakt, że tuż za rogiem tego urokliwego zakątka znajduje się restauracja o wdzięcznej nazwie, nie zgadniecie, Wyszkowianka

Sprzyjająca aura pogodowa pozwoliła nam na skorzystanie z drewnianej altany nadającej restauracji uroku. Menu jest nie przesadnie rozpasłe, więc nie stracicie godzin na dumaniu, co by tu zjeść. W głównej mierze oscyluje wokół polskiej tradycyjnej kuchni a'la obiad u mamy, więc każdy znajdzie coś dla siebie. 

I teraz najlepsze - serwis jest bardzo sprawny, obsługa przesympatyczna, a porcje - kochani - turlałam się przez pół dnia na tym wypasionym daniu. Do tego ceny takie jakich nie uraczysz człowieku w stolicy, która słynie
z minimalizmu porcji nieadekwatnego do wygórowanej ceny, nie wspominając o jakości spożywanej strawy, w co poniektórych przypadkach. A tu wszystko miło współgra. Jestem mile ukontentowana. 




Zdecydowałyśmy się na schaboszczaki w różnych wariacjach i padłyśmy. Pokonała nas sztuka zacnego mięsa. Gdybyśmy wiedziały wcześniej, co nas czek, to pewnie na śniadanie zjadłybyśmy  kiść małych marchewek i tak byłybyśmy pełne przez cały dzień ;-) 


Słynę z tego, że w sezonie letnim robię test na kawę mrożoną. W związku z ociepleniem klimatu i wyprawą do tak zacnego miejsca należało uczcić nasze spotkanie owym trunkiem. Taka była moja radość, kiedy ją podali.


Jak zmierzyłam się już z daniem głównym pozostała mi kawa z lodami w środku... 

Mariolka obstawiała zakłady, że nie dam rady...
stawka była wysoka... na szali warzyły się losy, honor i godność zacnego blogera. 




A oto i ona - niepozorna, ale bardzo sympatyczna Wyszkowianka 
Daszyńskiego 10 
Wyszków 
polecam każdemu kto będzie przejazdem 
za taki obiad zapłaciłam tyle, co w stolicy zapłaciłabym za jeden talerz i to też w tych tańszych lokalach ;-) 



w wannie w Bejrucie

w wannie w Bejrucie



Frida zobowiązuje - czerwona szminka i kwiaty we włosy i można ruszać na miasto w poniedziałek. Lepiej nie można zacząć tygodnia. Wypad z Janinką na piwo w przerwie przed seansem
w Muranowie. 

PS. marzy mi się wypad do Meksyku śladami Fridy - do pełni szczęścia najlepiej z Janinką :-D 



Mina Janinki bezcenna, za resztę zapłacisz MasteCard.
To najlepsza recenzja - jeden obraz zamiast tysiąca słów. 
Po Nigdy Cię tu nie było miałyśmy ochotę na shake'a czekoladowego 
- kto obejrzy film ten zrozumie ;-)  

It's a beautiful day 
tyle w odniesieniu do filmu 
nie będę pisać, co i jak. To naprawdę trzeba przeżyć na własnej skórze. Phoenix jest genialny - to już wiemy nie od dziś, po raz kolejny udowadnia swój kunszt aktorski. To produkcja dla miłośników klimatów a'la Tarantino czy Besson. 

Dawno żaden film nie wywoła u mnie takiej konsternacji. Po projekcji miałam podobną minę, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, co myśleć. Jak tu żyć. 


W poniedziałki zdarza mi się jeść o nieludzko wczesnej porze, co kończy się klasycznie tym, że po południu jestem głodna. Jak przystało na najlepszego przewodnika Janinka przemierzyła ze mną Nowolipki, a ja za nią w ciemno wszędzie pójdę. Od lokalu do lokalu oceniając wnętrza przez witrynę i pierwsze odczucie aż wylądowałyśmy w Bejrucie. Nie gdzie indziej, a w wannie. Sorry, ale wybór jest oczywisty. 
Zdecydowałam się na falafela dużego z bakłażanem i granatem.
 Pychota. Poza tym jadłam go w wannie. Cóż kobiecie więcej potrzeba do szczęścia?  

W swoim życiorysie mam epizody wege, które od czasu do czasu powracają. Abstynencja zakończyła się dwa lata temu w Portugalii, kiedy mnie ścięło z nóg i dopiero mięso postawiło mnie na nogi. Teraz jestem hybrydzia - staram się ograniczać spożycie i często sięgam po wege twory. Jeszcze chwila, a będę siedzieć w okręgów i powtarzać, co tydzień Cześć jestem Marta i nie mogę się odnaleźć w nowej rzeczywistości. 

Bakłażan z granatem cudne połączenie o czym świadczyły same ochy i achy, które ledwo wymruczałam między kolejnymi kęsami. Nie zawsze tak bywa. Zdarza mi się, że po powrocie do wege jedzenia mam niezły dyskomfort, dobra starzeję się, metabolizm nie ten - wiem, ale bez przesady. A tu nie dość, że okazało się pysznie, to nie było rewolucji. 

Zresztą, co bym o nich nie powiedziała. 

SIEDZIAŁAM W WANNIE W BEJRUCIE, 
co może to przebić? 
no co? 
sami widzicie, tego trzeba doświadczyć ;-D 



Nowolipki 15 
- tu mi bardziej smakowało niż na Pięknej :-D 
A Bejrut ma swoje okienko przy Placu Konstytucji, więc w takie upalnie dni jak nie wiecie. co zjeść w okolicy to ja polecam bakłażan z granatem. 

 forførelsens kunst af Mikkeller, czyli Mikkeller Warsaw Bar

forførelsens kunst af Mikkeller, czyli Mikkeller Warsaw Bar



Znacie to uczucie. Przechodzicie koło jakiejś knajpy i obiecujecie sobie, że wybierzecie się do niej w najbliższym czasie, ale natłok spraw różnej treści wam na to nie pozwala. Jak się wreszcie wyrwiecie, on was tam zabiera, nie mając zielonego pojęcia, że miałaś to w planach. 
Za dobrze mnie zna i wie co lubię. Teraz wyobraźcie sobie, jak szczerze zaczynam się śmiać, kiedy orientuję się, gdzie idziemy. 


Wchodzimy przez okno, taka nowa moda - po co używać drzwi, jak można oknem. Mikkeller Bar Warsaw wita nas. Mikkeller to istniejące od 2006 roku minibrowar z Kopenhagi, który współpracuje z innymi piwowarami, nie mając swojego oficjalnego browaru. Założyciele - nauczyciel matematyki i fizyki w szkole średniej i dziennikarz - domowi piwowarzy, co to trochę bawili się próbując odtworzyć receptury znanych piw, nie spodziewali się, że od kuchennych eksperymentów dojdą do produkcji 17 000 hektolitrów piwa rocznie. Mikkeller dwukrotnie został uznawany za najlepszy browar na świecie... tym bardziej rozumiecie, jako raczkujący Beer Geek, wiadome było, że moje małe nóżki prędzej czy później poniosą mnie tu.


Jak to ja zamiast zacząć jak na człowieka przystało, posiedzenie rozpoczęłam od deseru... nasiąkniętego alkoholem... Bourbon Pecan Pie, co mam kochani powiedzieć. Jest mhm... i mhmm.... - to jak dobra gra wstępna, która podkręca temperaturę i zachęca do dalszej zabawy. Byłam urzeczona miękkością, lekkością, idealną kompozycją i strukturą ciasta, że się tylko uśmiechałam i zachwalałam. Tak bardzo, a może za bardzo, że przemiły kelner mi nie uwierzył na słowo, a tym bardziej w żadne słowo, które padło z moich ust. Bourbon mi do głowy nie uderzył, a jednak zwątpiono w szczerość mojego płynącego z głębi serca wywodu ;-)


Jak się już uraczyłam słodkim przyszedł czas na coś konkretnego. W Mikkeller Bar oferują móżdżki, lolipopy, parfait z kurzej wątróbki, szpik, kanapki... chipsy ze świńskich uszu... 
jest w czym przebierać i wybierać. Jednak do mnie przemówił TALERZ 
- tak wiem, co sobie myślicie, jednak za dużo bourbonu... 

A jednak TALERZ MAŁY moi kochani, to zestaw składający się z 1 porcji mięsa do wyboru + 2 dodatków również do wyboru do koloru. Moja kompozycja składała się z makaronu z serem (ta niepozorna petit porcja, nie dajcie się nabrać, w tym przeuroczym garnuszku zapchała dwie osoby), do tego frytki, a jako danie główne STEK wędzony orzechowcem 

I przepadłam na amen. Jakbym przeniosła się do lasu, gdzie jest głusza, cisza i wędzarnia. 
Tak cholernie pysznego steku dawno nie jadłam. Rozpływający się w ustach, idealnie zbalansowane smaki, czuć kunszt wędzenia...  Miałam podjadacza, więc porcja dla dwojga, jeśli tylko będziemy skorzy do podzielenia się tymi dobrociami. 

I znowu jak zaczęłam chwalić i rozpływać się to nasz przeuroczy kelner ni w ząb nie wierzył. Droczyli się z M w najlepsze, że ja tak zawsze? Że niby jestem uszczypliwa, ironiczno - sarkastyczna... i że trzeba mnie poznać, żeby załapać ile w tym prawdy. 
Panowie świetnie się bawili, a ja postanowiłam im tego nie psuć. 
Bo im bardziej starałam się sprostować tym bardziej mi nie wierzyli. 

wędzą, kiszą, nadziewają, wypiekają... i fermentują :-D 
ja czuję się jak dobrze sfermentowane piwo. 



A teraz o najlepszym - na pierwszy rzut poszedł pszeniczny delikatny, którego nazwy nie spisałam, bo po co? Oczywiście okazało się, że M ma lepszy gust. Jest dwóch mężczyzn, którzy mogą mi wybierać piwo w ciemno to Michael oraz Kuba, albo trafiło się ślepej kurze ziarno :-p co też jest możliwe. 

To cudo powyżej to Artean Żytnia Pacific 

ps. w takich maluszkach serwują ;-) 
a takie malinowe wypieki to miałam po wizycie u Mikkellera 

Jeśli chodzi o wystrój jest tak pięknie spójny jak to tylko Duńczycy potrafią. Prostota, minimalizm, piękno w klasycznym wydaniu. Można się zasiedzieć. Dobre miejsce na pracową integrację, jak również wszelkiej maści towarzyskie wypady.  



PS. byłam tak zaaferowana towarzystwem, jedzeniem, piwem, że wychodząc zapomniałam prezentu. 
Mój ulubiony Pan Kelner - to bez sarkazmu - pobiegł za mną, złożył na pożegnanie życzenia i wręczył zgubę. 

Mikkeller Bar Warsaw 
Chmielna 7/9 



5 urodziny Blondynki - konkurs urodzinowy

5 urodziny Blondynki - konkurs urodzinowy



  Blondynka obchodzi urodziny z tej okazji ogłaszam konkurs. 


Regulamin konkursu
kto organizuje: autor bloga Blondynka w Warszawie
po co: uczczenie 5 urodzin bloga
kiedy: 30.03 - 14.04.2018 
jak: na podstawie regulaminu 

Zasady
- kto może być uczestnikiem: osoby pełnoletnie, obywatele Polski 
- osoby wykluczone z udziału w konkursie: członkowie rodziny autora 
- ilość zgłoszeń: jedna osoba może przesłać tylko jedno zgłoszenie
- co trzeba zrobić: 

napisać recenzję miejsca w którym chciałbyś zjeść ze mną obiad w Warszawie
- uzasadnić swój wybór. miejsce musi istnieć w rzeczywistości. nie może być to również miejsce
w którym już byłam. 

recenzje przesyłamy drogą mailową na adres: 
talk2marta@gmail.com 

kto wygra: trzy najciekawsze recenzje restauracji w Warszawie
jak osoby, które wygrają dowiedzą się o wygranej: za pośrednictwem maila 
w jaki sposób otrzymają nagrodę i jakie warunki muszą spełnić, żeby je otrzymać: 
- I miejsce - otrzyma nagrodę osobiście podczas spotkania w zwycięskiej restauracji, jeśli w przeciągu 7 dniu od otrzymania informacji o wygranej potwierdzi odbiór nagrody;   
- pozostałe miejsca: nagrody zostaną wysłane pocztą po przesłaniu do mnie w przeciągu 7 dni od otrzymania informacji o wygranej adresu. W przypadku chęci odebrania nagrody osobiście należy wcześniej to zaznaczyć. 
Po upływie terminu nagrody zostaną u organizatora konkursu. 

Nagrody: 
I miejsce - obiad z autorką bloga Blondynka w Warszawie w wygranym miejscu oraz pakiet urodzinowy - plecak lub torba z logo bloga 
II miejsce - torba z logo bloga 
III miejsce - torba z logo bloga 

Zasady rozstrzygnięcia konkursu: po 14.03.2018 w przeciągu dwóch tygodni od zakończenia konkursu wybiorę trzy najciekawsze recenzje restauracji do których chciałabym pójść. 

Zaznacza się, co następuje: 
- brak możliwości wymiany nagrody na równowartość pieniężną
- brak możliwości przenoszenia nagrody na kogoś innego. 
- przez wzięcie udziału w konkursie uczestnik wyraża zgodę na przetwarzanie jego danych osobowych na potrzeby konkursu. 

Reklamacje: 
- do kiedy można składać: do 7 dni od zakończenia konkursu 
- jak można zgłaszać: mailowo na adres talk2marta@gmail.com 
- reklamacja powinna być uzasadniona 

Postanowienia końcowe
- wysyłając zgłoszenie uczestnik akceptuje tym samym regulamin konkursu 
- autor bloga zachowuje prawa autorskie względem loga 
- w kwestiach nieregulowanych tym regulaminem zastosowanie mają przepisy kodeksu cywilnego  

powinnam...

powinnam...




Tym razem nie będzie o jedzeniu z prostego powodu, kiedy to czytacie mamy święta. W tym roku święta zbiegają się z urodzinami Blondynki. 31 marca Agnieszka nad talerzem sławnych pierogów ze szpinakiem w równie sławnym barze mlecznym stwierdziła między kolejnymi gryzami powinnaś prowadzić bloga. Od tego wszystko się zaczęło. 

Przez chwilę skupmy się na słowie POWINNAŚ. W tym przypadku był to zaczyn do czegoś dobrego w moim życiu, ale jak przyjrzycie się swojemu życiu dokładniej takich powinnaś jest znacznie więcej. Ja od lat je słyszę. 
Jak się postaram to mam całą listę, co powinnam... 
- mieć normalną i lepiej płatną pracę, bo przecież kasa jest ważna, a moja praca nie zalicza się do normalnej ani dobrze płatnej czym chyba wkurzam ludzi ;-) 
jak masz już pracę to nie zapomnij, że powinnaś zrobić karierę i mieć ambicje większe niż zielony groszek. 
- mieć swoje mieszkanie z kredytem na 30 lat, przy tak kiepskiej pracy nie mam, co liczyć na zdolność kredytową ;-) 
- samochód na wypasie, też na kredyt, bo tego na wypasie inaczej nie da się posiąść, chociaż znam pewien sposób, ale to nie dla mnie ;-) 
Schody zaczynają się przy powinnaś mieć faceta. Jak już pojawiła się miłość mojego życia, zaczęło być pod górkę - powinniście się zaręczyć, powinnaś zacząć myśleć o ślubie i hucznym weselu. Powinnaś gotować, bo trzeba im gotować...  w ogóle miejsce kobiety jest w kuchni, jakby ktoś zapomniał. Do tego brakowało tylko... a nie czekajcie też było... powinnaś mieć dziecko, bo jesteś kobietą. Zegar tyka, latka lecą... 
Jak mówiłam coś innego w odpowiedzi słyszałam, że nie wiesz, co mówisz, jak urodzisz sama się przekonasz, przecież o to chodzi w życiu każdej kobiety. 
Każdej... serio? A co z tymi, które nie chcą lub nie mogą mieć dzieci? 
Wtedy przestają być kobietami? 

Do tej pory pamiętam jak pewnego dnia coś we mnie pękło - zamknęłam się w łazience, usiadłam na brzegu wanny i nie wytrzymałam, ryczałam jak głupia i nie mogłam przestać. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, ale dobiło mnie, że moje życie nie wygląda tak jak powinno - zwłaszcza w oczach innych. Nie spełniało oczekiwań innych, a o swoich już nie wspomnę, bo już nie wiedziałam, co jest innych, a co moje. Skoro w kółko powtarzają to samo to znaczy, że oni mają rację, a ty nie, nieprawdaż? 

Żeby było weselej w między czasie dostałam się na studia doktoranckie, które dołożyły solidną dawkę kolejnych, co to ja nie powinnam - np. poświęcić się temu, zapominając o swoim dotychczasowym życiu. Później było jeszcze lepiej. Straciłam dotychczasową pracę, nie mogłam znaleźć zatrudnienia w zawodzie i kompletnie się pogubiłam. Końcówka 2013 roku okazała się totalnym życiowym zakrętem, jakbym jechała rozpędzonym ferrari i wypadła z ostrego zakrętu. Czytając Jedź, módl się i kochaj śmiałam się jak Gilbert leży na podłodze w łazience i przeżywa coś na wskroś podobnego. Ona spakowała manatki wyjechała do słonecznej Italy, potem Indii, a na końcu na Bali, gdzie znalazła miłość i jeszcze zarobiła krocie na swojej powieści. U mnie było przyziemnie - zatęskniłam za wanną.  
To chyba powinno inaczej wyglądać?

Zwrot akcji następuje w mikołajki, idę na rozmowę o pracę, po której mam dobre przeczucia, ale nie nastawiam się na nic, bo już to przerabiałam. Padał śnieg, a ja drepcząc w miejscu w sali konferencyjnej dostaję telefon z informacją, że chcą, żebym od stycznia zaczęła. Jedyne słowo jakie byłam w stanie z siebie wydusić i powtarzać w kółko jak mantrę było "O mój Boże". 
Wyobraźcie sobie reakcję mojego rozmówcy. Beka stulecia. 

Mimo tego, że życie przygotowało dla mnie dużą zmianę, która przywiodła mnie do miejsca w którym jestem, nadal miałam swojego nieodzownego towarzysza powinnam. Były momenty, kiedy stawiałam się i podświadomie nie słuchałam tego, że nie powinnam np. jechać sama na wakacje, bo nie uchodzi. Harda byłam i zwiedziłam pół Europy. Poszłam na zajęcia poświęcając ostatnie wolne chwile, dzięki czemu przypomniałam sobie czego brakuje mi w życiu, chociaż słyszałam, że powinnam sobie odpuścić, zająć się czymś poważnym. To samo dotyczyło pisania bloga - chodzisz po knajpach, cykasz zdjęcia i piszesz.  Ogarnij się kobieto, ile ty masz lat! 
Nie ważne, że stanowiło to namiastkę mojego marzenia o pisaniu... 


Zdradzę wam wielką tajemnicę... 
Jeśli coś powinnam to tylko być SZCZĘŚLIWA. 
w życiu chodzi o wybory, 
nasze wybory, 
to nie inni będą mierzyć się z ich konsekwencjami, ale my. 

Jestem szczęśliwa, że dwa lata temu nie przestraszyłam się i nie wycofałam z wyjazdu i tak zaczęłam jeździć dalej niż mój wzrok sięga, jestem krótkowidzem. Dzięki temu poznaję fajnych ludzi. Ale też mam poczucie, że to krok do tego, żebym przygotowała się i odważyła na dalsze eskapady. Spełnić swoje marzenie o przejechaniu Stanów niczym Steinbeck albo być w drodze jak Kerouac, zwiedzić Nowy York śladami Patty. Jeszcze lepiej stanąć na murze chińskim, uczestniczyć w ceremonii picia herbaty w Japonii, kupić sobie kimono, pomalować twarz jak gejsza i wreszcie stwierdzić, że ktoś ma tak małe stopy jak ja. Podpatrywać mistrzów chińskiej porcelany, zobaczyć Wietnam, poczuć piasek na Bali, pogłaskać żółwie na Galapagos... wspiąć się na piramidę Inków, klaskać z radości na widok wombata, wrócić do Portugalii i osiąść tam na starość.  



Lubię to zdjęcie z kilku powodów. po pierwsze jest zrobione we Wrocławiu w mieście z którym mam jakąś chemię. Pierwsza wyprawa 1999, teraz tak często jak się da.  

2014 siedzę na plaży w Jelitkowie, bawię się piaskiem i jednocześnie nabawiam się udaru słonecznego, rozmawiam z kumpelą, gdzie byśmy chciały mieszkać. Bez zastanowienia rzucam, że jak rozkręci się moja kariera naukowa, tak dobrze widzicie - chciałam być PROFESOREM, takie szalone pomysły chodziły mi po głowie kilka lat wstecz, to tylko Wrocław lub Gdańsk. 

Jak potrzebuję oderwać się, poukładać sobie w głowie to wybieram właśnie te kierunki. Ostatnio częściej pada na Dolny Śląsk... bo mam tam przyjaciół, ale może na morze jeszcze przyjdzie czas.

Poza tym lubię to zdjęcie z jeszcze jednego powodu. Gdybym usłuchała tego, że w moim wieku nie powinnam mieć warkoczyków, bo nie wypada...  sami rozumiecie ;-) 

Chcę wam powiedzieć, że warto słuchać siebie, a nie tego co powinniśmy w mniemaniu innych. Tego wam życzę nie tylko podczas świąt, ale w ogóle w życiu, żebyście o tym nie zapominali i znaleźli spokój i radość z życia. 


PS. a teraz niespodzianka -
5 lat temu Agnieszka wypowiedziała sakramentalne POWINNAŚ ZAŁOŻYĆ BLOGA.
Z okazji urodzin Blondynki szykuję kilka niespodzianek 

#1. nowe logo
#2. pracujemy nad zmianami na Blondynie ;-) urodziny to dobry pretekst :-D  
#3. konkurs urodzinowy z nagrodami:  

                                            "Gdzie chciałbyś zabrać Blondynkę z Warszawy na obiad"

napisz recenzję miejsca do którego chciałbyś mnie zabrać na obiad i uzasadnij swój wybór. 
Pięć najlepszych opisów dostanie nagrody. Główna nagroda to obiad ze mną w opisanym miejscu.

piszcie na talk2marta@gmail.com
na wasze recenzje czekam do 14.04.2018

We're our choices

We're our choices




Czy istnieje przepis na udany wieczór? Bywa z tym różnie, każda z nas w skrytości ducha to przyzna. Ja mam za sobą jakąś czarną serię, która potęguje tylko poczucie frustracji i powszechnego zniechęcenia. 
Przełomem roku okazały się Walentynki, które były tak spontaniczne, że aż strach. Efekt końcowy: zgodnie uznaliśmy, że to były nasze najlepsze Walentynki w życiu. Szkopuł w tym, że nie założyliśmy niczego względem tego wyjścia, oprócz dobrej zabawy w swoim towarzystwie. Tu muszę się zatrzymać, bo to clue całej sprawy. 
Wieczorne wyjścia zakładają jakąś ramę i wiążą się z konkretnymi oczekiwaniami. Gdyby tak nie było z zasady inaczej byśmy podchodzili do sprawy.
Co jeśli postanowisz postawić wszystko na głowie? 

Na efekty nie trzeba długo czekać. 
Masz ochotę na piwo, dzwonisz i masz.
Zwiedzacie kolejne lokale z piwem, (ukłon w moją stronę, wie co lubię), gdzie są takie tłumy, że nie ma szansy nawet szpilki wcisnąć. Jestem szczupła, ale nie aż tak ;-) Po window shoppingu pubów śmieję się, że jak tak dalej pójdzie skończymy, tak jak się poznaliśmy. 
Długo się nie zastanawia. Ma asa w rękawie. Zabiera mnie na wycieczkę. 

Trafiamy do niepozornego lokalu, który kiedyś mijałam wracając z plastyka. Ochroniarz wpuszcza nas, chyba tylko dlatego, że rozmawia przez telefon w najlepsze nie zwracając prawie na nas uwagi. Nie mamy rezerwacji, ale udaje się nam wejść do środka. Gwiazdy nam chyba sprzyjały. Dostajemy miejsce przy barze i tu się zaczyna. Jest gwarno, ale nam to nie przeszkadza. Zamawiamy przystawkę, rozpływające się w ustach krewetki. Tu was zaskoczę nie zrobiłam zdjęcia, chyba pierwszy raz w życiu, bo byłam tak zaaferowana jedzeniem, towarzystwem i lokalem, że mi to nawet do głowy nie przyszło. 
Najlepsze zaczęło się kilka godzin później, kiedy ni z tego ni z owego jedna pani, a za nią druga, weszły na stół i zaczęły tańczyć. Serwetki latały w powietrzu... brakowało tylko tłuczonej zastawy... Moje wielkie greckie wesele w polskim wydaniu. Panie obok też zaczęły tańczyć, byłam tak zachwycona, że wciągnęły mnie na stół. Wróciłam uchachana z bananem na ustach. No tego się nie spodziewałam. 
A potem przetańczyliśmy noc na stole... 

Mogę się przyczepić do fajniejszej męskiej toalety - panowie mają kaskadę na ścianie,
w damskich chlew - aż mi wstyd. Do tego ubrałam się typowo jak na wyjście na piwo, a w lokalu przeważa towarzystwo odświętnie ubrane, więc przez moment czułam się jakbym z lekka odstawała, niektórych taka klientela odstrasza, ale przeszłam selekcję na wejściu, więc sami rozumiecie... trwało to tylko chwilę :-D 

Paros
Jasna 14/16A
 
PS. jak poczytacie recenzje lokalu to połowa wychwala pod niebiosa, a druga nie pozostawia suchej nitki. Nam nic złego się nie wydarzyło. Wychodzę z prostego założenia, ze to twoja decyzja, jak nie pójdziesz i sam nie doświadczysz to nie będziesz wiedział. 


A teraz jeszcze jedna gratka. Od czasu do czasu lubię wyjść. 
Samym jedzeniem człowiek nie żyje. 
Czasem lubię posłuchać mądrzejszych ode mnie. 

Barłóg literacki postanowił wyjść z łóżka do ludzi.
Pierwsze spotkanie w tym roku odbyło się w Risk made in Warsaw Szpitalna 6A
Sylwia Chutnik z Karoliną Sujel wprowadzili słuchaczy w świat mody ukazując różne jej oblicza. Poczynając od kontekstu społecznego, zahaczającego o znaczenie ubioru w sytuacjach granicznych, jak obóz koncentracyjny, po przeminę mody po II Wojny Światowej. Przybliżając znaczenie gustu, a w tym kontekście nasze polskie podejście do mody i ubioru. Odsłaniając znaczenie ubrania, jako elementu naszej codzienności, po element władzy na przykładzie fetyszyzmu. 
Ogólnie ziarno zostało zasiane na żyznej glebie i teraz będę nabywać i pochłaniać pozycje o modzie. 
Kilka przykładów znajdziecie poniżej. 




Byłam pod takim wrażeniem, że nie złapałam ostrości na zdjęciach. 
Dziewczyny są jakieś niewyraźne. 


Jeśli mieszkanie w stolicy to tylko w starej, odrapanej kamienicy skrywającej mroczne historie. Dlaczego? To tak jak z ludźmi, te nowe są jak niezapisana karta, a stare mają duszę, która mnie pociąga. Zresztą przekonajcie się sami podziwiając zdjęcia. 









Jak najdzie was tęsknota za Gdańskiem to w Warszawie w ukryciu, z dala od tłumów gapiów znajduje się kamienica żywcem wycięta z gdańskiej starówki. 

Prawie jak w Gdańsku... 
prawie robi różnicę, ale jednak jest ;-) 

Copyright © 2014 bite me Martha , Blogger