Dzieci i ryby głosu nie mają
Dzieci i ryby głosu nie mają
W świecie zwierząt nie ma przypadków przemocy wobec siebie samych. W akcie przetrwania bronisz się przed napastnikiem, ale czemu dążymy do unicestwienia niewinnej istoty, którą wydajemy na świat. Czy widzimy w niej samych siebie i odtwarzamy własne losy? To wydaje się zbyt proste, zbyt oczywiste. I może dlatego zaczęłam interesować się historią przemocy wpisanej w wychowanie. Szukająć praźródła. Rozumiejąc możemy naprawić, uniknąć, uleczyć to co zadane, co idzie przez pokolenia, żeby przerwać krąg. Naiwnie wtedy rozumowałam, że to wystarczy. Mlodość rządzki się swoimi prawami. Teraz wiem, że za tym idzie pewne działanie, które pociąga za kolejne sznurki. Tylko czy chcemy pociągać za sznurki za którymi czycha w cieniu odpowiedzialność oraz zmiana. Dzisiaj wiem, że system nie zawsze podąża za zmianą. Zmiana bywa zbyt ryzykowna, zbyt kosztowna.
Opowieść jest podróżą, a podróż zaś opowieścią. Ponieważ samo życie wyobrażamy sobie jako podróż1 zabiorę was na spacer wśród meandrów wychowania naznaczonego od zarania dziejów nadużyciem władzy oraz noszących znamiona przemocy przybierającej różne oblicza. Zabiorę też was w podróż podczas której będę odkrywać z wami jak niepozorne informacje zawarte w genogramie pomagają rozsupłać, poukładać, a czasem nawet uwolnić z wiążących nas niewypowiedzianych obietnic.
Ile jeszcze dzieci musi umrzeć2
„Ja nie jestem zwolenniczką teorii, że nie wolno bić dzieci. Klapsior musi być, żeby dziecko znało swoje miejsce w szeregu. Ale nie, żeby tak katować!” - to komentarz mieszkanki Częstochowy, gdzie ósmego maja 2023 roku doszło do śmierci ośmioletniego chłopca, którego imię poznała już cała Polska. (…) Chłopiec w domu był bity, przypalany papierosami, oblany wrzątkiem i rzucony na rozgrzany piec. Miał złamania obydwu rąk i nóg, które powstały prawdopodobnie na miesiąc przed przywiezieniem go do szpitala, jak czytamy z doniesień raportu Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka w Katowicach. (…) W marcu 2023 roku Sąd w Olkuszu wydał postanowienie o ograniczeniu władzy rodzicielskiej. Rodzina przeniosła się do Częstochowy uniemożliwiając podjęcie działań zgodnych
z wyrokiem Sądu. Z akt sądowych wynika, że w rodzinie nie stwierdzono przypadków stosowania przemocy fizycznej, psychicznej oraz nadużywania alkoholu.
Dziecko ucieka z domu.
Siedzę na kanapie na balkonie, już nie pamiętam czym się zajmuję, może bezmyślnie scrolluję posty lub zanurzam się w lekturę, czuję promienie konstańcińskiego słońca muskające moją twarz, w tle słyszę śpiew ptaków, owady wprawiają pobliskie drzewo
w falujący ruch, w powietrzu unosi się zapach świeżo palonej kawy z lokalnej palarni, kiedy po raz pierwszy słyszę o ośmioletnim chłopcu z miasta czarnej madonny. Dopiero po chwili orientuję się, że wstrzymałam oddech.
Media rozgrzane do czerwoności niczym piec domowy. Eter wypełnia pytanie retoryczne, jak trzeba być złym, żeby dopuścić się takich potworności. Jak można krzywdzić dziecko. Gdzie byli ci wszyscy, co powinni zareagować, a nie zrobili nic… Wypowiadają się celebryci, politycy na czele z prokuratorem generalnym Zbigniewem Ziobro, który krzyczy, że ukarzą wszystkich winnych. Premier Mateusz Morawiecki osobiście jest za przywróceniem kary śmierci3. Zarzut znęcania się i usiłowania zabójstwa usłyszy ojczym dwudziestosiedmioletni Dawid B. Zarzuty nieudzielenia pomocy, narażenie dziecka na utratę zdrowia i życia oraz pomocnictwo w znęcaniu zostaną postawione wobec matki trzydziestopięcioletniej Magdaleny B. Wujostwo Wojciech i Aneta J. mieszkające w tym samym domu usłyszą oskarżenie o nieudzieleniu pomocy. Dwanaście osób, w tym ośmioro dzieci, dwójka z niepełnosprawnością, zajmowało dwupokojowe mieszkanie w kamienicy, której zdjęcia obiegły całą Polskę.
Jak można było przypalić dziecko, rzucić je na rozgrzany piec kaflowy.
Jak widać można.
Pytanie, co nas tak porusza w tym akcie brutalności.
Krzywda dziecka czy obawa, a może ulga, że nas to nie spotkało. A może poruszyło ukrytą strunę własnych doświadczeń. Nie tak brutalnych, nie tak bezlitosnych, nieludzkich. Skąd te pielgrzymki na pogrzeb i grób ośmiolatka. Czy pod przykrywką Kamilka opłakujemy samych siebie, czy każda kolejna krzywda wyrządzona dziecku rozdrapuje nasze pozornie zabliźnione rany.
Zawiodło państwo.
Państwo to my.
Polak mądry po szkodzie4.
Głównym zarzutem wobec społeczeństwa jest brak reakcji.
Brak reakcji jest reakcją.
30-40% Polaków uważa, że klaps to środek wychowawczy.
Kamilek leży w trumnie białego koloru.
Kamilek leży w trumnie białego koloru, to jest znak jasności i nadziei, że jest teraz z nami tam w niebie i nam towarzyszy – słowa biskupa pomocniczego archidiecezji częstochowskiej Andrzeja Przybylskiego odprawiającego mszę pogrzebową w kościele Zmartwychwstania Pańskiego w Tajemnicy Emaus. - Wszyscy staliśmy się rodziną Kamila. Jego sprawa jest naszą sprawą, jego troski są też nasze.
Wszyscy mamy krew na rękach.
Obarcza się szkołę, instytucje pomocowe, policję, sądy, sąsiadów z kamienicy.
Przekaz płynący z mediów gra na emocjach. Tylko tak docieramy do ludzkiej świadomości bombardowanej codziennie zalewem ostrych jak brzytwa obrazków. Z ósmego na dziewiątego maja 2023 roku po podaniu do publicznej wiadomości oświadczenia o śmierci chłopca nieznany sprawca ostrzelał mieszkanie przy Kosynierskiej w którym znajdowały się dzieci oraz wujostwo Kamila.
Każdy, ma coś do powiedzenia.
Każdy ma wiele do powiedzenia.
Kamilek wydaje z siebie pojedyncze wyrazy dźwiękonaśladowcze.
Każdy, stał się specjalistą od wychowania dzieci, udzielania pomocy, prawa rodzinnego, opieki społecznej. Czyż u podstaw rozgorzałych dysput w sieci w sprawie okrucieństwa i śmierci dziecka nie leży nasz własny lęk o to, że nas też zaniedbywano. Że to nam mogli szykować trumnę w białym kolorze. A może najbardziej boimy się zła od którego odwracamy na co dzień wzrok.
Każdy stał się sądem i katem.
Jego walka o życie to symbol. Musimy chronić dzieci w rodzinach – kontynuuje biskup.
Minister Edukacji i Nauki Przemysław Czarnek w wywiadzie radiowym podaje, że zawiniła rodzina. Patologiczna rodzina. Rodzina, która nie miała nic wspólnego z normalnością. Podstawową przyczyną jest zgnilizna rodzinna i patologia, najdelikatniej ujmując, jak dwukrotnie podkreśla. Jeśli będziemy atakować rodzinę to będzie dochodzić do takich sytuacji. Wsłuchując się w jego wypowiedź można myśleć, że największą winę obok patologicznej rodziny ponosi prezydent Częstochowy, któremu podlegają wszelkie instytucje, a szkoła nr 28 według zacytowanego protokołu kuratoryjnego nie udzieliła chłopcu wszystkich zalecanych form pomocy psychologiczno-pedagogicznej jakie mu przysługiwały z racji orzeczonej niepełnosprawności, ale była w stałym kontakcie z matką oraz powiadomiła opiekę społeczną o nieobecnościach ucznia oraz zalaniu się herbatą, na skutek czego doszło do oparzenia dwudziestu pięciu procent powierzchni ciała, w tym głowy, klatki piersiowej i kończyn.
Ciekawi mnie, co myśli Tomasz Stawiszyński, który ostatnio tak pięknie rozprawia się z naszym społecznym zachowaniem i reakcją w ekstremalnej sytuacji jaką było doświadczenie covidu. Zależy mi na pokazaniu jak budowana jest narracji wokół śmierci dziecka. Od tej narracji wiele zależy. Nasz osąd, dalsze postrzeganie rzeczywistości. W oparciu o narracje budujemy system wartości. Narracji jest wiele i każda z nich próbuje pokazać swoją prawdę.
A jaka jest prawda?
W 2022 roku 10982 dzieci i osób nieletnich doświadczyło przemocy.
Co siódmy akt agresji wymierzony jest w dzieci.
Pytanie czy politycy ukarzą również siebie, bo od lat nie zmieniają ustawy o pomocy ofiarom przemocy domowej. Od 2019 roku o nowelizację ustawy starają się pracownicy m. in. Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę czy Koalicja na Rzecz Rodzin Zastępczych. Rzecznik Praw Dziecka nie odbiera od nich telefonów, a propozycja zmiany ustawy pokryła się już solidną warstwą kurzu.
Projekt ustawy mającej wprowadzić zmiany, które przełożą się na ochronę osób małoletnich przed przemocą został skierowany do pierwszego czytania. Przeleżał trzy tygodnie od 12 maja na biurku w kancelarii marszałek Elżbiety Witek czekając na nadanie mu numeru, o czym możemy przeczytać w artykule dziennikarki edukacyjnej Justyny Sucheckiej5. Projekt ma numer 3309.
Śmierć dziecka doświadczającego przemocy ukazuje luki w systemie. Z mojej perspektywy istotniejsze od rozniecania stosu na którym spłoną winni jest poszukanie rozwiązania, które pozwoli w przyszłości uniknąć takich sytuacji. Serious Case Review lub Children Death Review, to procedura analizy wdrażanej w przypadku śmierci dzieci o której wspomina Monika Kamińska z FDDS6. Dzięki niej można pozyskać dane co zawodzi, jakie obszary można usprawnić np. współpracę i przepływ informacji między instytucjami, braki kadrowe. Proponowane rozwiązanie działa w Australii, Stanach Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii. Z pomysłem wdrożenia strategii została zapoznana Kancelaria Prezydenta Andrzeja Dudy, która początkowo zapewniała zajęcie się sprawą - poinformowano w 2019 roku, że projekt trafi do Sejmu. W 2021 roku Fundacja dostała odpowiedź od Kancelarii, że nie będą się zajmować projektem. Fundacje podjęły dalsze działania, tym razem we współpracy z Rzecznikiem Praw Dziecka. Doszło do konsultacji, spotkań oraz ustaleń w sprawie treści wewnętrznego zarządzenia. Aż do lipca 2022 roku, kiedy to rzecznik przestał odpowiadać na pisma oraz odbierać telefony. Nikt nie zna losów zarządzenia nad którym pracowano. W międzyczasie dochodzi do kolejnych aktów przemocy. Przyczyną śmierci Blanki są wewnętrzne obrażenia oraz krwotok do mózgu. Siedmiomiesięczna dziewczynka przeżyła dwa miesiące po powrocie do rodziny biologicznej. Decyzją sądu mimo negatywnej opinii MOPSu opuściła po sześciu miesiącach rodzinę zastępczą. Miesięczny Wiktor zakatowany przez rodziców, czteromiesięczna Laura z połamanymi żebrami, trzyletnia Hania śmiertelnie pobita7. Dzieci powinny być z rodzicami, bez względu na koszt, nieprawdaż. Według danych uzyskanych przez Fundację DDS 41 procent dzieci doświadcza przemocy ze strony najbliższych osób. 7 procent doświadcza wykorzystania na tle seksualnym8. Prokuratura rocznie formułuje ok 3,5 tys. oskarżeń dotyczących psychicznego i fizycznego znęcania się nad dziećmi9. Niedofinansowanie instytucji, brak świadomości i edukacji dotyczącej rodzajów przemocy oraz tego jak jako obywatel/obywatelka mogę pomóc.
Wróćmy do nurtującego pytania z początku, jak można było…
c.d.n.
1 Sontag, Zew włóczęgi s. 115,
2 W nawiązaniu do nagłówków ile kobiet jeszcze musi umrzeć, żeby w Polsce zmieniono prawo pozwalające na dokonanie wyboru w sprawie aborcji.
3 Rząd polski nie może wprowadzić kary śmierci ze względu na regulacje obejmujące kraje członkowskie UE oraz KE.
4 Czytam komentarze pod artykułami. Dołączam do prywatnej grupy na Facebooku na której ludzie wyrażają się….
5 https://tvn24.pl/premium/pis-potrafi-ustawe-przeprowadzic-w-tydzien-przez-parlament-jesli-chce-a-ustawa-kamilka-czekala-trzy-na-numer-7153838
6 https://oko.press/smierc-skatowanego-kamila-z-czestochowy-gdzie-obiecana-ustawa-chroniaca-dzieci – dostęp 10 maja 2023r.
7 Dane Komitet na Rzecz Rodzin Zastępczych
8 Dane z Ogólnopolskiej Diagnozy Skali Krzywdzenia Dzieci w Polsce z 2018r.
9 Dane za https://oko.press/smierc-skatowanego-kamila-z-czestochowy-gdzie-obiecana-ustawa-chroniaca-dzieci
.jpg)
Ten tekst miał być o czymś innym. Chciałam na koniec roku opowiedzieć o wspólnotowości, pomocy
wzajemnej. Idei, która mnie zauroczyła jakieś czternaście lat temu. Po raz kolejny życie pokazało mi,
że ma swoje plany, nie do końca kompatybilne z moimi. Czasami myślę sobie, że dla postronnego
obserwatora wiodę fantastyczne życie, pełne pasji, podróży, przygód. Często nie zdajemy sobie sprawy
z tego, co stoi za czyimiś decyzjami czy wyborami. Mamy tylko swoje interpretacje, wyobrażenia,
myśli oraz wycinki z czyjegoś życia. A ja w ostatnim czasie mogę ograniczyć się do dwóch czynności i też bywa, że ledwo, ledwo. Nie mam już w sobie pojemności na trzy życia w jednym. Nie potrafię ciągnąć pięciu srok za ogon. Dojrzałam do odpuszczania, wybierania, puszczania. Ze świadomością, że coś się skończyło teraz, ale to nie znaczy, że na zawsze. Są pewne rzeczy, które są dla mnie ważne i bez których nie wyobrażam sobie życia, ale na chwilę obecną coś innego wychodzi na prowadzenie. A moim zadaniem jest zadbanie o siebie, a nie tonięcie w odmętach wyrzutów sumienia, że już nie umiem funkcjonować na tak samo wysokich obrotach jak wcześniej. Ja po prostu nie chcę funkcjonować tak samo, bo wiem czym może skończyć się chichot losu.
Czy tak wygląda zdrowienie?
Przed świętami dowiedziałam się, że osoba z mojego bliskiego otoczenia towarzyszy swojej mamie w odchodzeniu. Idylliczny powrót do domostwa na święta niczym niezmącony w momencie odebrania telefonu, to zawsze jest telefon, kończy się dniami zlewającymi się ze sobą w szpitalu. Jakby w małej salce zamknąć czasoprzestrzeń do której ogranicza się świat dwóch bytów. To przywołało pewne wspomnienia. Odezwało się niczym trigger, pobudzając pewien nerw. Życie powiedziało SPRAWDZAM. Jak sobie poradziłaś ze swoimi kawałkami puzzli. Zatrzymało mi dech na dosłownie kilka niezauważalnych sekund. Następnie włączyłam dobrze znane mechanizmy, widzenia przestrzennego, łączenia kropek, tak przydatnych w terapii. Tryb przetrwania wjechał w najlepsze.
Kierowałam się swoim odczuciem, doświadczeniem. Nawet jeśli ktoś nie mówi, nie chce być w tym
czasie sam. Chociaż przez pewne rzeczy musimy przejść sami. Doskonale pamiętam skurczenie swojego ponad trzydziestoletniego życia do dosłownie dziewięciu dni. Jak byłam młodsza obracałam sobie w głowie pojęcie śmiertelności. Zapadałam się w sobie, bo widziałam jakie spustoszenie siało w otoczeniu odejście ważnych osób. Dwadzieścia lat później zostałam postawiona przed najtrudniejszym zadaniem w dotychczasowym życiu. Okazało się, że personel medyczny nie poinformował mojej matki o jej kondycji, jej stanie zdrowia. Nie wyobrazicie sobie tego. Zresztą po co byście mieli. Nikomu tego nie życzę. Myślałam, że mi to nie przejdzie przez gardło.
Zabrakło słów.
Nie było słów na to, żeby powiedzieć własnej matce, że umiera. Niczym posłaniec śmierci, który nagle zmaterializował się w postać jedynej córki, pozbawia cię nadziei, odziera ze złudzeń, które jeszcze miałaś, którymi się karmiłaś, chociaż nic nie jadłaś. Nanosekundy, które zmieniły wszystko. Pozbawienie kogoś kogo się kocha nadziei, że ją podleczą i za kilka dni wróci do domu, jest obezwładniające. Wręcz okrutne.
Wróciła.
Wróciła do domu, w czarnym worku.
Puste łóżko szpitalne.
Do wczoraj wypełnione…. mamą.
Bo to czarne worki z jej rzeczami pamiętam najlepiej.
I jak weszłam do pustej sali szpitalnej. Która wessała całe światło wszechświata. Wzrok skupiał się na wirujących atomach kurzu. Przestałam oddychać. To samo uczucie towarzyszyło mi kiedy z Gają szłyśmy korytarzem do pustego mieszkania. Kroki dudniące w uszach, odbijające się o ściany długiego korytarza. Pomalowali ściany klatki na nowy kolor, chciałam ci uprzejmie donieść, ale już tego nie zobaczysz. Nieświadomy niczego pies biegnie przepełniony radością na spotkanie z ulubioną babcią.
Tym razem nikt nie otworzył drzwi i nie czekał w progu.
To była najdłuższa droga do domu.
Nie chciałam przekraczać progu pustego domu, niemego świadka.
Domu w którym wszystko ją przypominało, domu w którym unosił się jej zapach.
Dałam się ponieść wielkiej wodzie zapomnienia.
Tylko zapomnienie nie przyszło. Mieli rację telewizyjni szamani, że swoje bagienko niesiesz ze sobą wszędzie. Wyjazd na Bali niczego nie zmieni, jeśli nie jesteś gotowa zmierzyć się z tym, co masz w środku.
Na wszystkich. Na wszystko.
Jak inni śmiali oddychać, kiedy ona walczyła o ostatni oddech.
Ale wszystko było niewypowiedziane.
Bezsilność umierania pożarła wściekłość.
Chociaż samej matce się dostało, dlaczego nie poszła do lekarza wcześniej, dlaczego zwlekała. Czy
miałam moralniaka? Jak można kłócić się z umierającą? A no można. Może nawet powinno się, żeby
nie sfermentowała złość, frustracja, zgnilizna, która sączyłaby się do twojego krwiobiegu. Robiąc
z ciebie potwora.
Jak przygotować się na wieść o własnej skończoności, własnym odejściu, własnej śmierci. Póki masz
resztki świadomości, którą zaraz zabierze ci niewyobrażalny ból. Ciało nie gra już z tobą do jednej
bramki.
A ty nie możesz patrzeć na jej cierpienie, na jej ból.
Chcesz, żeby to się skończyło.
Jeszcze jeden dzień,
Daj mi jeszcze jeden dzień.
A jednocześnie rozpływająca się po ciele wściekłość, że miałam swoje plany i co ja teraz zrobię. Jak
ona może UMIERAĆ TERAZ, WŁAŚNIE TERAZ. Nie było tego w planach. Nie byłam gotowa, nie
byłam przygotowana. To miało być KIEDYŚ, znacznie później, ALE nie teraz. Niczym pięciolatka, której zabrano ulubioną zabawkę mam ochotę tuptać w szpitalne linoleum i wrzeszczeć ile sił w płucach. Ach być pięciolatką, nie musiałam martwić się o odchodzenie, śmierć, głód, bycie sierotą. Zasnąć beztrosko w ramionach mamy, która przenosi cię do łóżeczka. Czasem lubiłam udawać, że śpię, tylko po to, żeby mnie zabrała ze sobą.
W ostatnich dniach dostaje dawki morfiny wprawiające nas w absurdalnie szampański nastrój.
Śmiejemy się do rozpuku, zrywamy boki z jej nadrabiania ćpania na ostatnią chwilę. Haj jest
przyjemny, mówi. Dawki, które mogłyby powalić słonia. Lubię słonie. Stadami słoni dowodzą samice.
W ostatnich dniach lewituje w niebycie. Znieczulona. Kontakt jest znikomy, szarpany, urywany. W uszach dźwięczy mi stukot metalowych kółek obijających się o szpitalne linoleum, zjechaliśmy do hadesu łącznikami na prześwietlenie. Jakby chcieli uchwycić śmierć na obrazku. Niczym plamy Roschacha. Jej wyniki są nieoczywiste. Jak ona sama.
Nie daję rady wysiedzieć w niewygodnym krześle. Czemu nikt nie zaprojektował tych foteli z myślą o spędzeniu w nich rozciągniętych w nieskończoność godzin. Jakby w kraju nad Wisłą nie dość znęcali się nad człowiekiem. Musisz cierpieć. Niczym Chrystus. Musi być bez znieczulenia. Ból jest dobry, ból jest potrzebny. Póki czujesz, że boli to żyjesz. Cholerny naród wybranych, ta Polska. O eutanazji zapomnij. Zawieszeni w niebycie oczekiwania na ostateczne rozwiązanie. Człowiek umiera powoli. Miraż filmowych aktów ulatnia się wraz z odciskami na pośladkach. Zaczyna mnie nosić, w tej małej sali. A jednocześnie przykuwam się do siedziska. Próbuję czytać. Literki rozmywają się, słowa nie mają sensu. Czytam wielokrotnie to samo zdanie, które nie ma znaczenia ani sensu. Przerzucam się na krzyżówki, które tak namiętnie rozwiązywała w słonecznych promieniach na balkonie z widokiem na zieleń pobliskich wierzb. Nie znajduję w tym wszystkim sensu. Do szpiku kości przenika mnie paraliżujący lęk nieuniknionego końca. Niewyobrażalne zmaterializowało się, stało się ciałem i zamieszkało między nami. Kończę lampiąc się jak sroka w gnat, jak baba w obraz, jak dziad w babę, w milczącą matkę, przykutą do szpitalnego łoża.
MATKA MILCZĄCĄ.
Nie powiedziała, że coś ją boli, zresztą nie pierwszy raz. Znosiła ból, jakby był jej obowiązkiem, zbroją,
murem za którym się kryła. Jakby czuła się w obowiązku chronić innych przed tym co wewnątrz, w trzewiach. Moja babcia miała podobnie. Może to rodzinne, przekazywane wraz z mlekiem matki. Kraj wysłany cierpiącymi w milczeniu matkami, które nie powiedzą dzieciom, mężom, że mają raka, że mają operację, że mają przerzuty, że umierają.
A potem dziecię wylane z kąpieli.
Emocjonalna mieszanka wybuchowa, którą musi jakoś w sobie pomieścić, koktajl mołotowa, który
musisz stłamsić w sobie, żeby nie ugasić tego morzem wody ognistej. W środku i na zewnątrz masz ochotę wyć, byle nie do księżyca. To takie cliche. Passe. Pozbawiono nas instrukcji. Instrukcji umierania, instrukcji życia.
Nikt i nic mnie do tego nie przygotował. Śmierć przeniesiona do szpitala, wydaleni z własnych wiosek, pozbawieni starszyzny i jej mądrości, błądzimy po omacku. Kto przeprowadzi cię na drugąstronę mostu. Jesteś sam(a). Szukam pocieszenia w googlu.
Wyszukuję łapczywie haseł pięć kroków po śmierci.
Życie samo wystawia cię na próby, na gorąco, AD HOT.
Czy w ogóle można przygotować się do życia?
Do śmierci?
Przejście.
Gdzie jest kur*wa moje przejście?
woodoo people woodoo, szaman za siedmiu mórz.
Uczucie nieznośnego zapadania się w sobie.
Na które z pozoru byłam przygotowana, spisałam listę rzeczy. Krok po kroku. Punkt po punkcie, co miałam zrobić. Miałam zadanie do wykonania. W tym byłam dobra. Co zrobić z planami wiedziałam,rozplanowałam, rozpisałam. Musiała potowarzyszyć jej w tych ostatnich drogach jakie były przed nią.
Ale JAK? Na to nie było odpowiedzi.
I wiecie co zrobiłam?
Milczałam.
Stałam się własną wersją milczącej matki.
Nikomu nie powiedziałam.
Do tej pory pamiętam zdziwienie mojej koleżanki z zespołu i mojej pracodawczyni, że nic nie
powiedziała. To było takie heroiczne. Prawda?
Milczeć.
Jakbym wypowiedziała chociaż słowo, to bym się rozpadła.
A słowo ciałem się stało.
I zamieszkało między nami.
A ja nie chciałam, żeby mi umarła.
A ona i tak umierała mi na moich oczach.
Próbuję odtworzyć te dziewięć dni w których skurczyło się moje życie.
Nie potrafię.
To zbyt intymne.
Nasze.
Nasze ostatnie chwile.
Nasze opowieści.
Ostatnia.
Nasz ostatni korowód uczuć.
Później już są tylko moje opowieści o niej, o nas.
Snucie nici wspólnych historii, tkanie wspólnego życia, wspólnej opowieści w odniesieniu do niej z przeszłości. Teraźniejszości już nie ma. Nie ma przyszłości, której nie zobaczy.
Nikt cię nie przygotuje na identyfikację ciała.
Ale zobaczenie po raz pierwszy trupa.
Trupa matki…
Na to nie byłam gotowa.
To za wiele?
Ale nie ma nikogo innego kto to zrobi. Za Ciebie.
Więc musisz.
Musisz.
Musisz zidentyfikować ciało.
Nie zemdlałam.
Mało brakowało.
Poczułam rozlewające się po ciele ciepło, przytłaczające. Nogi zaczęły się pode mną uginać. Niczym
nóżki w galarecie trząść niepokojąco w rytm bijącego serca, które nagle przestało wybijać rytm na
widok jej spokojnej twarzy. Musiałam usiąść. Żeby nie upaść. Zamknęłam oczy. Nie mogłam na nią
patrzeć. Wmawiałam sobie, że to nie ona. A jednak ona. Wygląda jak żywa, co było tym bardziej
przerażające, surrealistyczne. Jakby spała. Nie opuszczało mnie przekonanie, że zaraz otworzy oczy,
przylgnie do otulającego jej ciało całunu i postanowi zmartwychwstać. I wróci do domu na piechotę.
Lubiła spacerki. Daleko nie miała.
Miałam zadanie do zrobienia. Identyfikację.
Jej.
Nie mogłam wysiedzieć w przyzakładowej kapliczce. Zaczęło brakować mi powietrza. Jakby ktoś je
Nie byłam w stanie tam wrócić.
Kim była ona, kim byłam ja.
Ja bez niej.
Ona beze mnie.
To były zwłoki.
Tylko zwłoki.
To tylko zwłoki.
To już nie ona.
Nie-matka.
Nie ona.
Powłoka.
Naskórek, worek kości.
Nie ja.
Zimna powłoka.
Puste, zimne ciało.
Pusta powłoka.
Dusza uleciała.
Istota przestała istnieć.
A ciało stało się.
I zamieszkało między nami.
Byłam na tyle szalona, że odprawiłam pogrzeb własnej matki.
Kto powiedział, że jestem normalna?
Ceny pogrzebowych wodzirejów skutecznie skłoniły mnie do tego szatańskiego planu.
Ja nie dam rady?
Na szczęście dostałam Xanax.
Chwała niebiosom, niebiański spokój, ucieleśniona tęsknota w ostatnim okresie. Gdybym wiedziała, że są takie błogosławione, zaczęłabym je przyjmować niczym hostię z namaszczeniem, już wysiadując niczym kura jajko w szpitalnym kurniku. Nieposkromiony luz, zero zahamowań, płyniesz z prawdą, którą masz w sobie. Nie wiedziałaś, że tak można. Żyć w prawdzie, być w prawdzie. To o tej prawdzie krzyczeli z insta-ambon.
Czego nie wybacza się żałobnikom.
Zostałam sierotą.
Tak miała w zwyczaju mówić moja babcia o dziecku, które straciło matkę, że staje się sierotą. Mówiła o sobie. Chociaż miała tatkę ukochanego, w nią zapatrzonego, Leonarda Lewandowskiego, nieba uchylającego swojej kochanej córeczce. Atelier fotograficzne jej podarował, kiedy kształciła się w czasie wojny na mistrza fotografii. Jej mamę zabrały czarne diabły, czarne szatany. Chodziło o powóz z czterema czarnymi końmi. Halinka miała niespełna trzy latka, kiedy Ludwika z domu Radlińska, po mężu Pączek, po mężu Lewandowska, zmarła. Mieszkali wtedy na Woli, przeprowadzili się na Staszica, niespełna rok po ślubie. Prawdopodobnie przyczyną śmierci były powikłania po porodzie, który zakończył się śmiercią dziecka. Dziewczynka. Maria.
Trzy lata później ucałowała mnie w czółko Hekate.
Marta milcząca.
Ciszą cierpiąca.
Tekst dedykuję pamięci
mamie - Dorocie Kammbach,
babci - Helenie z domu Lewandowskiej, po ostatnim mężu Kammbach


.jpg)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz