Mam Mroczki przed oczami

Mam Mroczki przed oczami


- jak Ci leci?
- mam Mroczki przed oczami



Czytając Inwazję Miłoszewskiego byłam zachwycona kunsztem pisarskim autora, lekkością opisywanych zdarzeń, które jeśli śledzimy wydarzenia polityczne, choć stanowią fikcję literacką, były na wskroś rzeczywiste. Decyzja jednego człowieka mogła odmienić życie wszystkich. 

Wojna - temat na wskroś ambiwalentny, dla artystów stanowi pewien rodzaj katalizatora. Możliwość odniesienia się do wydarzeń, często formę protestu, własny manifest polityczny.
Dla mnie najbardziej fascynującym aspektem wojny jest mierzenie się z banalnością zła. Obrazy Mroczki choć skupiają się na ukazaniu konsekwencji wojny w zaskakujący sposób niosą ze sobą spokój. Mimo przedstawianych zgliszczy, cierpienia, upadku człowieka i narodu, zastosowanie autorskiej techniki malarskiej, genialnie wyważa pozorną banalność zła niesionego przez działania wojenne. W harmonijny sposób łączą to, co niepołączone, nienazwane. 

Nie będę rozpisywać się o kunszcie warsztatu artysty, bo nie mam do tego kompetencji. Jednak po raz pierwszy urzekła mnie pomysłowość zastosowania nietypowych blejtram, które stały się znakiem rozpoznawczym Mroczki. Dla mnie miarą wielkości artysty jest styl, który zapada w pamięć oraz emocje jakie wzbudza na odbiorcy. 




    Powyższe dwa obrazy pochodzą z prywatnej kolekcji Mariusza Szczygła. 








Pałac zatrzymał mnie przy sobie najdłużej - to ta czerwień mnie uwiodła. 


W bardzo nietypowej aranżacji z artystą ;-D 



Michał Mroczka
Jest bezpiecznie 
 można oglądać w galerii Wejście przez sklep z platerami ul. Ogrodowa 7 do 07. 01. 2018r.





podglądając Janysta

podglądając Janysta


Anglicy powiadają, że na wszystkie bolączki życiowe najlepsza jest herbata, coś w tym jest. Ta, którą piłam w niedzielę nie tylko mnie rozgrzała po przejściu połowy miasta, ale stanowiła też zaczyn do rozmowy. Aromat muffiny jagodowej z miodem wypełnił małą, ale przytulną powierzchnię Pragalerii. W stolicy co rusz powstaje jakaś galeria, ale co sprawia, że do niektórych mamy ochotę wracać, nawet jeśli ze sztuką mamy tyle wspólnego, co nosorożec z baletem. Kluczem wydają się ludzie tworzący miejsce, ale też ci którzy w jakiś sposób wiążą się z nim. 
Krajewski jest niczym herbata, która rozchodzi się po ciele, jak ciepło pitego naparu, rozkosznie otula ciepłem artystów i sztukę. Miodzio, taki kurator. 


Szczęśliwa ja na tle muralu autorstwa Kuby Janysta. 

Lubię odkrywać miasto przez pryzmat jego stygmatów. Jednym z moich ulubionych są murale. Po raz pierwszy miałam okazję podglądać artystę przy pracy poznając tajniki tworzenia. Po raz pierwszy mogłam zobaczyć jak mural wdziera się do miejsca, nadając mu innego wymiaru. Stając się przedłużeniem miasta. 

To kolejne zderzenie Janysta z muralem, ale po raz pierwszy koncept jest autorski, na wskroś jego. Jednocześnie stanowi zapowiedź obecnych zainteresowań artysty, które są odejściem od złożonej formy, ku prostocie przekazu. Przyglądając się powstającej pracy można zobaczyć wiele lub nic. Ludzie boją się interpretować sztukę, bo nikt już tego nie uczy. Nie chcemy wyjść na nieobytych Januszy. Kiedy stoisz przed obrazem lub muralem zamknij oczy, spróbuj się wyciszyć. Kiedy spojrzysz znowu staraj się zapamiętać emocje. Z dziełami jest jak z ludźmi, jeśli nas zatrzymują przy sobie, zostaną dłużej, nie pozwolą o sobie zapomnieć, znaczy się, że artysta dobrze wykonał swoją robotę. Mural Janysta jest dla mnie próbą uchwycenia istoty miejskiego chaosu. Wychodzi od idei szumów, zakłóceń. Próbuje okiełznać rzeczywistość, zamknąć ją równocześnie próbując otworzyć, bo miasto choć ma ramy jest żywą tkanką, rozrastającą się, żyjącą swoim życiem. Możesz próbować  nadać jej umowne ramy, przepuszczać przez filtry własnej interpretacji otaczającą rzeczywistość, ale ono nieustannie będzie się wymykać. Myślę, że w tym tkwi piękno i istota fascynacji miastem. 




efekt końcowy można podziwiać już w czwartek przy okazji 15 aukcji Sztuki Młodej - poniżej znajdziecie kilka obrazów, które zatrzymały mnie na chwilę przy sobie. 


Artysta do nas macha, a poniżej szczęśliwe dzieci sztuki
Janyst, Kowalska and me. 



   Łukasz Jankiewicz w poszukiwaniu koloru, 2017



artystyczna anegdotka, żeby dodać smaczku ;-)
sączę w najlepsze herbatkę. staję przed zebrami i z radością oznajmiam, że przecież to Mroczka.
I w tym momencie w drzwiach pojawia się on sam, a my witamy go salwą serdecznego śmiechu, bo ma chłopak wyczucie czasu jak nikt. 

 Michał Mroczka zebranie polskie, 2017 


  Mirrela Stern, droga do miasta czasu, 2017 
  coś jest w tych lalkach. Zabijcie mnie, ale moje pierwsze skojarzenie to Dixit - tak pięknie by pasowały :-D


Magdalena Rytek - Skorek, ojciec z synem, 2017


Katarzyna Kuciel, wschód, 2017


Olga Pelipas, carnival, 2017


                       Ewelina Kołakowska, bodytemple, 2017 
                       za mroczność i połączenie technik 


Bartosz Pszon, bez tytułu, 2017



Mural skończony, więc można było udać się do Składu butelek i prowadzić dysputy artystyczne do rana, nie polecam w niedzielę, bo może artyści mają wolne poniedziałki, ale takie szaraczki jak ja, jednak muszą wcześnie wstać ;-) 
Ale dla tego chłopaka, co to nam grał przez ponad godzinę warto było. 


Dodam od siebie na zakończenie, że w najbliższy czwartek, jeśli macie chwilę zajrzyjcie do Pragalerii na 15 aukcję Sztuki Młodej oraz do galerii Wejście przez sklep z platerami na wernisaż Michała Mroczki.  

dała Ci kosza idź na koszyki

dała Ci kosza idź na koszyki


Dobrze widzicie, to jest potrójny zestaw McD, 
po wydarzeniach w Funkcjonalnej przeszłam na ciemną stronę mocy... 

ostatni raz jadłam coś takiego rok temu w drodze do Gdyni, gdzie to założyłam się z Szymonem, że przez rok nie jemy produktów owej restauracji, a równowartość pieniędzy jaką byśmy przez ten rok wydali przeznaczymy na winyle. W połowie zakładu zakupiłam adapter i pierwszą płytę do kolekcji, jakaś marchewka musi być ;-) Lista naleśników wydłuża się sukcesywnie... zakład obrasta w legendę przekazywaną z ust do ust, wzbudza różne uczucia od euforii po stan ziejącej nienawiści. 
Ogólnie jest zabawnie.
Do momentu w którym okazuje się, że na polu walki pozostałam sama. A tak w niego wierzyłam... 

Zwieńczeniem zakładu jest owa uczta ku pamięci 
 dołożyliśmy do tego lody te większe, więc możecie sobie wyobrazić naszą trójkę turlającą się do auta... umieraliśmy, ale było warto ;-D 
Kolejne takie szaleństwo za rok ;-)   



Ostatnio bywam na urodzinach to będzie fotka tortu, a co :-D 
Znam autora powyższego, więc jakby ktoś był zainteresowany namiarami na dobrego cukiernika to piszcie maile. 


 WINTER IS COMING 

- tego nie trzeba komentować ;-)
Tak samo jak wypadu na koszyki - to miejsce wpisało się tak bardzo w miejski klimat, że czasami mam wrażenie, jakby było tu od zawsze, a dobrze pamiętam, jak hala wyglądała wcześniej. Nie wiem, dlaczego, ale byłam święcie przekonana, że mają tu naleśnikarnię, która dała nam kosza, więc... 

Tak mamy listopada, a tu już lampeczki i choinka 



Żeby było śmieszniej MANGO razy 3
talerz mango z mango i piwo mango, ale po kolei

piwo fenomen dnia - kto pilnie śledzi moje poczynania wie, że jestem miłośnikiem piw rzemieślniczych. Mam swój zaprzyjaźniony browar, ulubione gatunki piw, daleko mi do piwnego geeka, ale jak mi coś smakuje to daję znać ;-) 

W pierwszym kontakcie to piwo jest jak kiepski pocałunek - gorzki, że cholera, zastanawiasz się, co jest... ale z każdym łykiem jest coraz lepiej. Dlatego nie oceniamy piwa po pierwszym pocałunku, tfu łyku. 

To mnie zawsze fascynuje w piwach -  ledwo wyczuwalna nuta ustępującą goryczce na rzecz mango. 
Jak dla mnie bajer. 


jeśli chodzi o talerz mango najadłam się i to tak na maksa, ostatnim falafelem musiałam się podzielić - dzisiaj mam jakieś zdecydowanie mniejsze siły przerobowe, jeśli chodzi o jedzenie. Ogólnie jest do dobre danie, które polecam. Mango znam i bywałam wcześniej jak nie jadłam mięsa, więc to taki sprawdzony pewniak, ale... chodzi bardziej o podanie, a nie same danie. Jak się na to patrzy zanim się zacznie konsumować jest cacy, ale sos pikantny powinien być podany z boku, bo nie każdy lubi zmieszanego mango z granatem i sosem pikantnym - jak dla mnie mieszanka wybuchowa. 
Hummus jest bardzo wyrazisty. Zwiększyłabym proporcje dodałabym więcej mango i granatu, bo przecież to TALERZ MANGO, sos na bok i jest idealnie. 
Sami popatrzcie... im dłużej patrzę na falafele tym spokojniej stwierdzam, że są DUŻE, a w większości knajp są takie mini-mini. Jednak rozmiar czasem ma znaczenie, zwłaszcza, jeśli chodzi o jedzenie ;-) 




Kuchnia Fu*kcjonalna

Kuchnia Fu*kcjonalna



Pewne miejsca i ludzi wyprzedza sława. Tyle się o nich słyszy, że nie ma mowy, żeby się tam nie wybrać albo chcieć ich poznać. Problem polega na tym, że jak się już człowiek osłucha o nich to wyrabia sobie pewne wyobrażenia, które musi zmierzyć z rzeczywistością.
Czasem brutalną, jak się okazuje. 

O Kuchni Funkcjonalnej Michael opowiadał mi przez wieki obiecując, że wreszcie mnie tam zabierze, BO MUSZĘ TAM ZJEŚĆ, JEST TAK WYBORNIE, TAK, że PO PROSTU MUSISZ tam zjeść. Tyle mi naopowiadał, że na samo wspomnienie leciała mi ślinka. Życie bywa przewrotne, o czym ostatnio dowiaduję się na każdym kroku. 
Pierwsze wrażenie - mhm. Architektura pycha, otoczenie, galerie - każda komórka mego ciała piszczała czemu my tu nie przyszliśmy wcześniej, CZEMUUUUUU. 



 A no czasem trafiamy na pewnych ludzi i do pewnych miejsc w takim, a nie innym czasie. Wystrój lokalu moje klimaciki, spójnie zgrana koncepcja tego, co na zewnątrz z tym, co w środku. I na tym dobre się kończy. Pan, który nas obsługiwał zaczął czarną serię wydarzeń. Pytamy o menu.
- Menu? - zawiesza się na ułamek sekundy - jest w drukarni.
- A co mnie to obchodzi?!!! myślę, ale grzecznie odpowiadam - To znaczy, że Pan będzie naszym żywym menu? - uśmiecham się ślicznie żartując. - Pan się krzywi. - Oj nie załapał żarciku, oj światełko mi się zapala, a z każdym krokiem zaczyna wyć syrena ostrzegawcza chodu, w nogi. Ale tak bardzo chciałam tu z nim zjeść... jak bardzo się czegoś chce to właśnie coś takiego wychodzi. Człowiek materia uparta chce postawić na swoim, a czasem lepiej odpuścić i zobaczyć, co się samo zadzieje.


Nagle spod ziemi wykopano dla nas jakieś prowizoryczne menu - a ponoć w druku jest, o co chodzi? Jakaś dziwna gra wstępna, gdybym miała na jej podstawie oceniać, dałabym drapaka. Dania są fikuśne dla przykładu w konsternację wprawiła mnie zupa z żołędzi - nie ryzykuję mimo kiełkującej się kusząco myśli. Ale nie odmawiam sobie i wypytuję Pana Szanownego Obrażonego Na Cały Świat o co kaman z zupą, niewinnie zaczynając, że mnie zaintrygowali tym swoim wyszukanym, w kosmos wystrzelonym MENU.

Biorę  pięć bardzo głębokich oddechów.
Idę w coś, co lubię - BLINY z szyjkami raka (no ciekawość mnie zżera). Michael decyduje się na lunch - zupa ogórkowa oraz bitki, jak się okazało nie z tego mięsa, co trzeba, ale  CZEPIAM SIĘ... Wredny babsztyl ze mnie wychodzi, jak nic. 



 Jeśli to są BLINY to ja jestem primabalerina u Bolszoja - smakowało jak PAPRYKARZ SZCZECIŃSKI. Takie rarytasy to ja sama mogę sobie serwować, ale z szacunku do własnej osoby, bym tego nie poczyniła. Chyba mają w Funkcjonalnej ludzi za debili - serio. To nie głęboki PRL, nie obrażając nikogo, gdzie człowiek mógł nie wiedzieć jak smakuje kawior, bo nosa poza Sosnowiec nie wychylił. Krewetki z rakiem ni jak nie pomylę. Chyba, że ja się już całkiem uwsteczniłam i RAK to teraz KREWETKA, a krewetka to rak wspak. Do tego PLACKI BYŁY ZIMNE!!!!!! ZIMNE!!!!!!

Zjadłam, ponieważ byłam głodna, bardzo GŁODNA. Jak sięgnę pamięcią wstecz, nie pamiętam, kiedy było aż tak kiepsko.
DNO I WODOROSTY. 



Na - Jak Państwu smakowało? - odezwał się we mnie zew a'la Magda Gessler. Miałam ochotę rozwalić talerz o głowę kelnera oraz kucharza - Wasz kucharz blin na oczy nie widział!!! - Żeby rozładować atmosferę na linii frontu, rzucam zalotnie, trzepocąc niewinnie rzęsami, tekst proszę się nie stresować, piszę o jedzeniu - a w myślach zjadę was jak burą sukę. - Pan zrobił minę na styku zdegustowania i zniesmaczenia. Po raz pierwszy w mojej karierze miałam ochotę nie płacić za to, co dostałam. Serio powinni mi zwrócić pieniądze z oficjalnymi przeprosinami. 

Podsumowując: ograniczcie sprzedaż do lemoniady, ktoś ma bardzo dobry gust muzyczny,
a Michaela nie oddam, bo uratował swoim towarzystwem sytuację, ale płakać mi się chciało wychodząc. 

A teraz cofnijcie się do początku - tam zobaczycie w jakim stanie byłam ;-D  
KUCHNIĘ FUNKCJONALNĄ OMIJAMY SZEROKIM ŁUKIEM 
ja tam nie wrócę



Na otarcie łez wykonałam kryzysowy telefon, ponieważ Pragi aż tak dobrze nie znam, ale na szczęście mam na ośce swoje mordeczki. Udaliśmy się do Saska Cafe na ciacho szukając Sasanki... może nie będę komentować. TE CIACHA ZREKOMPENSOWAŁY mi wszystko. Michael musiał mi wydzierać siłą talerz z tiramisu, ponieważ próbując prawie pochłonęłam 3/4 porcji. A beza... nie jestem miłośniczką tego ciasta, ale czasami nachodzi mnie na nie ochota, a ta wersja była o tyle kusząca, że nie była jej klasycznym wydaniem tylko z ciemnym wsadem rozpływającym się w ustach... tylko ja pozbyłabym się suszonych owoców, ale Michael był ukontentowany, bo mi z lubością je wyjadał, więc wszyscy byli szczęśliwi. 
ponoć mają jeszcze pyszne brownie.

Jak masz doła wstąp do Saska Cafe ul. Saska 5
sami zobaczcie jak to wygląda 




Copyright © 2014 bite me Martha , Blogger