podcierasz mi skrzydła - Saudade Fajto

podcierasz mi skrzydła - Saudade Fajto



Baltazar Fajto
SAUDADE

Podróż można odbywać na wiele sposobów. Palcem po mapie, marząc o dalekich wyprawach i przygodach. Szukając własnych korzeni, żeby budować swoją tożsamość. Można wybrać się w podróż sentymentalną, taką jak moja przy okazji wyprawy na koncert Mikromusic do Konstancina - przemierzałam dobrze sobie znane ścieżki parku Zdrojowego, gdzie stawiałam pierwsze kroki, uczyłam się jeździć na rowerze, gdzie spotykałam się ze znajomymi - chłopakami, karmiłam kaczki na moście z babcią witając wiosnę (zamiast palić Marzannę). To w Hugonówce narodziła się moja miłość do kina. Mieszkając rzut beretem od parku, spędziłam w nim znaczną część dzieciństwa, wydeptując swoje pierwsze ścieżki. Może stąd te moje zamiłowanie do natury i włóczykijostwa, które najlepiej koi moje skołatane serce. 


W podróż ruszamy też za każdym razem, kiedy wyznaczamy sobie cele. Im robię się starsza, tym bardziej przekonuję się, że nie sam cel jest ważny, lecz droga, która do niego prowadzi. Ostatnio pewnej bliskiej mi osobie zadałam pytanie: czego brakuje jej do szczęścia? 
Teraz wyobraźcie sobie taką sytuację. Siedzę na koncercie, jak vip w drugim rzędzie, a Grosiak mówi, przez ostatnie lata rozmyślam o tym czym jest szczęście. - Tu wyobraźcie sobie moją minę.
- I doszłam niedawno do tego, że to stan umysłu. To umiejętność cieszenia się z tego, co mamy, a nie z tego czego nie mamy. Docenienie tych małych chwil z których składa się życie.
Na to szczęście składają się trzy umiejętności:
odpuszczanie, wybaczanie i czekanie
i o tym jest kolejna piosenka. Jak jej słuchałam to miałam takiego banana, że hej.  

Im dłużej o tym myślę, nucąc sobie pod nosem mimochodem piosenki, myślę, że to mądra kobieta, która ma rację.
W trakcie podróży cel może całkiem się zmienić. Czasem możemy ponieść porażkę, która jest wpisana w życie. 
Czyż na niej nie uczymy się najwięcej? 
Co ważniejsze możemy trafić tam, gdzie nie myśleliśmy, że się znajdziemy, a co nada naszemu życiu całkiem inny wymiar, ale do tego potrzeba cierpliwości. 
Co najzabawniejsze zazwyczaj, jak sobie odpuszczamy przychodzi właśnie to, 
co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi. 
Ot, psikus losu. 



W podróż można też wyruszyć wyznaczając najdalsze punkty na mapie Europy. 
Wyprawa w nieznane może zmienić wszystko, a przede wszystkim nas. W taką wyprawę udał się Baltazar Fajto, który dzieli się z nami swoimi intymnymi przemyśleniami z owej tułaczki strudzonego wędrowca, nie tylko za pośrednictwem obrazu, które jak sam autor podkreśla powinno mówić samo za siebie, ale również zapiskami zebranymi w książce fotograficznej. I tak przemierzamy wraz z nim Cabo da Roca, Nordkapp, Gavdos, Stambuł oraz Workutę. Tak odmienne, tak różne, a jednak... Ta włóczęga to swoista próba, wyjście ze strefy komfortu. Niczym mistyczny rytuał przejścia stanowi próbę weryfikacji wewnętrznych filtrów nakładanych na postrzeganie otaczającej rzeczywistości. To czas próby dookreślenia i oddzielenia siebie od tego, co moje, prawdziwe, a co cudze - inne - narzucone. 




by Katarzyna Kowalska 




Baltazar Fajto, Agnieszka Jachym kuratorka wystawy oraz przyjaciele
by Katarzyna Kowalska



W obiektywie Katarzyny Kowalskiej.
Przyłapana.
Tylko ja potrafię na wernisażu znaleźć kąt, porwać książkę i zanurzyć się, izolując się od ludzkiego gwaru.




Katarzyna Kowalska i Marti van K.

z pamiętnika artysty...
miejsce akcji: #CH25 tzw. afterparty
czyli najfajniejsza sprawa, bo to właśnie w oparach absurdu toczą się najciekawsze dywagacje życiowo-artystyczne.
Nie pytajcie, jak to się zaczęło, jakim cudem zeszła rozmowa na fekalia. Pada koncept nowej wystawy. 
Zdjęcia toalety i zawartości... "prawdziwa głębia artysty"... "naga prawda"...
nagle słyszę: NUUUUUDA , to się nie sprzeda, to już było.
Czując wewnętrzny opór mówię: nie podcinaj mi skrzydeł. 
- Chyba nie podcieraj mi skrzydeł - padliśmy i do dzisiaj powstać nie możemy.
I za to ich kocham...

Tu podrzucam wam link do strony artysty, a jego prace możecie oglądać w Galerii "Wejście przez sklep z platerami" Ogrodowa 7
http://fajto.pl/
Wilczy głód

Wilczy głód


Robię się sentymentalna. Siedziałam dzisiaj na murku na placu Politechniki, promienie słoneczne grzały mi plecy, było mi dobrze, a ja wpatrywałam się w budynek, którego progi przekroczyłam cztery lata temu, co jak się później okazało, odmieniło moją ścieżkę zawodową. 


Znalazłam ostatnio takie wdzięczne zdanie, które się we mnie wgryzło. Autorce zazdroszczę do najmłodszych lat umiejętności władania słowem. Ona jest Osiecką mojego pokolenia. Wiedza przychodzi do człowieka dokładnie wtedy, kiedy jest gotów ją przyswoić*. Czasami lubię myśleć, że jednak to było po coś. Może mam ostatnio w sobie potrzebę znajdowania sensu w tym, co się dzieje, a może już tak mam z wrześniem i jesienią, że wtedy dzieją się przełomowe rzeczy w moim życiu...

Lubię czasami nie mieć planu. Niby jakiś pomysł był, ale czasem lubię dać się ponieść i wtedy życie mnie najlepiej zaskakuje prowadząc właśnie tam, gdzie miało w planach zaprowadzić. Bez planu, bez spiny znaleźliśmy się na Wilczej. Znaczący afisz przykuł mój wzrok i już wiedziałam, że nawet jak zrobimy kółko po dzielni to i tak tam wrócimy. Na szczęście kółko ograniczyło się do pięciu kroków i cofnięcia się, tam gdzie mieliśmy od początku trafić. 


Zamówiliśmy mieszankę lunchy w wersji wege i mięsnej. Ja skusiłam się na krem z buraków do tego klopsiki w sosie pomidorowym, które były wyborne. Rozkoszowałam się każdym kęsem. Kotlet towarzysza był niezły, ale jednak moje danie bardziej mi przypadło do serca. Poza tym niczym Sherlock rozgryzałam tajemniczy składnik kompotu. Musiałam poznać rozwiązanie. 




Za dwudaniowy lunch zapłaciliśmy po 18 złotych, co jest rozsądną ceną, jak na warszawskie standardy. Obsługa przesympatyczna, serwis sprawny i szybki. Do tego kompot zagwozdka, czego chcieć więcej? Lodów naturalnych albo tajskich... a tak na serio, przeszliśmy pół miasta w poszukiwaniu słodkości, które by nas oczarowały - wiecie miłość od pierwszego wejrzenia do ciastka. Znam takie jedne, którym nie umiałabym się oprzeć, ale na moje szczęście są we Wrocławiu. Jak na złość nic nas nie powaliło na kolana, a poza tym ja i tak nie dałabym rady... a wciskać na siłę nie lubię. 

Jeśli Wilczy Głód poszerzy swoje menu o czekoladową eksplozję rozkoszy kupili mnie całkiem.



A sam lokal chociaż nie jest duży, przepraszam jest dwupoziomowy (patrz zdjęcie powyżej - zrobione w "piwnicy"), to przestrzeń dobrze zagospodarowana i urządzona minimalistycznie, tak jak lubię. Jak się okazało działają już od pięciu lat, a ja do nich dopiero trafiłam, co jest przekomiczne, ale lepiej późno niż wcale ;-)  


Wilczy głód zaspokojony ;-)
BYŁO WARTO 




Powiem wam coś zabawnego, jeśli chodzi o moje sentymenty. Na Wilczej znajduje się hostel Emma od którego wszystko się zaczęło. Siedem lat temu za sprawą wywiadu z założycielami spółdzielni socjalnej Warszawa zaczęła się moja przygoda z tematem spółdzielczości. 
Jakbym zatoczyła kółko ;-) 

A tu brama do squotu, gdzie znajduje się JADŁODZIELNIA - w lodówce można zostawić jedzenie. 



Temu facetowi pozwalam zabrać się do takich miejsc - żadnemu innemu nie pozwalam ciągać się po ciemnych zaułkach warszawskich kamienic. 
A tam takie cudeńka :-D 




 A teraz będzie PS.
 Nigdy nie zapomnę jak od Maćka, zresztą fantastycznego człowieka, który kończył ze mną studia, a ja go poznałam dopiero o ironio na warsztatach, usłyszałam "długo nie popracujesz w.... z takim podejściem...". Od tamtego czasu minęły cztery lata, nic nie wskazuje, żebym miała zmieniać fach ;-) Jak mi mówią, że się nie da to, jak mówię: ok może systemowo się nie da, ale to nie oznacza, że nie mogę po swojemu, co zresztą robię. Anja Rubik zamieszała
i niech miesza dalej, bo dzięki swojej pozycji może zrobić wiele, a takie żuczki jak ja mogą to wykorzystywać
i pokazywać komu trzeba. Kupujcie, czytajcie, polecajcie, bo warto - seks jest nieodłącznym elementem naszego życia. I fajnie jak mamy fajny seks, jak mamy z kim o nim rozmawiać, a przede wszystkim mamy wiedzę.





Wilczy Głód ul. Wilcza 29A
29 albo 30 września jest święto ulicy Wilczej ;-D

cytat autorstwa Nosowskiej, A ja żem jej powiedziała, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2018.  

Grzegórzka

Grzegórzka


Ja mam w sobie jakiś niepokój, nosi mnie lub najzwyczajniej na świecie nie umiem usiedzieć na dupsku w jednym miejscu i od czasu do czasu muszę się przemieszczać. Zapowiada się, że teraz niczym muł rzeczny osiądę na dnie, ale udało się wyskoczyć jeszcze do starodawnego grodu, powłóczyć nogami, a przede wszystkim pobalansować trochę w takt muzyki pewnego 47-letniego ciacha. 


Kto tu bywa i trochę lepiej mnie zna wie, że to już naturalny odruch bezwarunkowy, jak szlajam się po mieście znajdę jakieś takie fajne kwiatki ;-) 




Albo kamienica jakaś zatrzyma mnie na chwilę, a jak się okaże, że tam lokal w ogródku jest to ja już szczęśliwsza się robię. 


Kraków można zwiedzać na wiele sposobów, w jeden dzień, a nawet kilka godzin, jak ktoś się uprze. Moim stałym
i obowiązkowym punktem jest Kazimierz. Dopiero pisząc do was znalazłam fajny wpis ukazujący kilka nieodkrytych przeze mnie perełek, więc kto wie może za jakiś czas znowu ruszę w trasę. Tu też zawędrowałam poszukując miejsca, gdzie zjem. Próbowałam odtworzyć z zakamarków pamięci miejsce, którym się podczas ostatniej wyprawy zachwycałam, ale już go nie ma. Nic nie trwa wiecznie chciałoby się rzec... lubmy miejsca, tak szybko odchodzą... 
Za to mój nos czasem mnie nie zawodzi i jak już coś przykuje mą uwagę to zazwyczaj słucham siebie i wracam tam, gdzie instynkt podpowiada: idź. Sama wiesz, gdzie ;-) 


Tak trafiłam do WARSZTATU, który od razu przypomniał mi o Wrocławiu za którym lekko zatęskniłam. Chciałam powiedzieć, że ten ZBÓJ, którego widzicie na talerzu, mnie pokonał, ale nie taki próbował i nie dał rady. 
Rozmiar słuszny, chociaż nie zawsze o niego chodzi. Panierka zmyślna, chociaż czasami uważam, że w prostocie tkwi piękno i nie należy wydziwiać nadmiernie, ale nie będę się czepiać. 
Ogólnie dobre polskie jedzenie i tanie. Obsługa sympatyczna, lokal klimatyczny, więc czego więcej chcieć. Wyturlałam się z lokalu i poszłam spalać kalorie.  

Czasem w życiu musimy na coś poczekać... czyż nie doceniamy tego bardziej jak już przyjdzie?
Na nich czekałam jakieś 12 lat, to 20 minut wydawało się niczym mrugnięcie. W moim pierwszym miejscu pracy, które ukształtowało we mnie obraz człowieka jakim chciałabym być zawodowo, z ówczesną szefową słuchałyśmy ich na cały regulator. A teraz w Tauron Arena przeżyłam szok z którego nie mogę wyjść do dnia dzisiejszego. Chyba dla takich chwil każdy artysta żyje, to go napędza i sprawia, że wie, dlaczego zdecydował się pójść tą drogą. Tego nie da się opisać. Życzę sobie i każdemu z osobna, choć raz w życiu poczuć coś tak wspaniałego z powodu tego, co robi. 

Tu należą się specjalne podziękowania dla Zebry <3



Warsztat Izaaka 3 Kraków
3City w pigułce

3City w pigułce

Jedno dobrze zadane pytanie zasadza się w nas i nie daje spokoju, dopóki nie znajdziemy odpowiedzi. 

Czego Ci brakuje do szczęści? 


 Los bywa przewrotny. W tym roku miałam pod górkę ze swoimi planami. W pewnym momencie postanowiłam przestać się z tym siłować. Dobra, zobacz, gdzie cię to zaprowadzi. Wreszcie zasiadłam dupskiem na plaży i miałam czas pomyśleć o życiu, o tym, gdzie chciałam iść, co wydarzyło się po drodze i dokąd zmierzam. Patrząc wstecz miałam różne pomysły, które krystalizowały się pod wpływem wydarzeń i stawały się częścią mojego planu. Po drodze, tak jakoś przypadkiem, wszystko potoczyło się całkiem inaczej niż planowałam. Jak na to patrzę z boku to cieszę się, że jestem tu, gdzie jestem, ponieważ lubię to miejsce i pewnie nie bez powodu jestem właśnie tu, gdzie jestem. Nie zmienia to faktu, że jestem ciekawa, gdzie mnie to dalej zaprowadzi, bo to nie koniec. 



















Zdradzę wam mały sekret. Są takie momenty, że nie lubię podróżować sama, bo zastanawiam się, co ja do cholery będę robić. Umrę z nudów, a chwilę później okazuje się, że mogę robić, co mi się żywnie spodoba, nie mam żadnych ograniczeń. Chyba, że te we własnej głowie.  I spędzam czas tak jak mnie się najbardziej podoba i robię to, co sprawia, że jestem szczęśliwa. 

Mój trójmiejski przepis na szczęście ma kilka składników: jedzenie, (wiadomo, chociaż buble zdarzają się nawet mnie), odpoczynek (po to człowiek wyjeżdża), sztuka i dobra zabawa. 

Sztuka to przede wszystkim ZASPA, którą uwielbiam - osiedle z unikatową kolekcją graffiti artystów
z całego świata, które można zwiedzać z przewodnikiem za darmo lub samemu. W ogóle w Trójmieście znajdziecie mnóstwo graffiti. To sama frajda chodzić na spacery i ich wypatrywać. 





 Nie miała baba pomysłu na jedzenie to znalazła MANDU. Widząc ilość gości byłam pełna nadziei, która bywa jednak zgubna. Zdecydowałam się na Biryani, z ręką na sercu, to była jedna z tańszych opcji w menu, którego ceny były mocno wyśrubowane, bardziej niż w stolicy. Już nie miałam siły szukać innego miejsca w tej pustyni restauracyjnej. Wspomnę o doborze dań w karcie od sasa do lasa, restauracja indyjska, a serwowała też dania kuchni chińskiej i tajskiej. Czemu, grzecznie się pytam. Miszmasz totalny. Proporcja ryżu basmati do mięsa była przegięciem. Nie mówiąc już o bukiecie warzyw, który składał się z kilku plasterków marchewki i jednej niepełnej różdżki brokułu, ledwo zauważalnego w tej zalewie ryżu. Ogólnie porażka. 


Sopot 1965 tam wszystko się zaczęło, więc sami rozumiecie
Komeda i ja w Sopocie... inaczej być nie mogło.
Tak mnie wzięło, a los okazał się łaskawy, że nawet koncert jazzowy zaliczyłam, więc jestem ukontentowana.  
 Z premedytacją czytałam na raty. Jak skończyłam w pociągu, uderzyło mnie ponure, jak tu dalej żyć. 
Piasek między kartkami pozostał. 


Nie tylko jedzeniem, dobrą literaturą i koncertami człowiek żyje. Ja czasem mam w sobie coś takiego, że mnie ciągnie do lasu. Od dziecka po lasach chodziłam, więc znalazłam sobie taki z PACHOŁKIEM, gdzie panoramę podziwiać można, a potem w ten las ruszyłam, żeby myśli zbierać dalej, niczym grzyby po deszczu. 
Zresztą grzybów nigdy nie lubiłam. 



Ową wieżę widokową zwaną PACHOŁKIEM znajdziecie w Oliwie. Niedaleko archikatedry, gdzie warto wybrać się na koncert muzyki organowej. 



Mam słabość do industrialnej przestrzeni, a ta stoczniowa to już w ogóle jakoś na mnie działa dziwnie, więc jak tylko znalazłam 100cznię i jej zakątek kulinarno- artystyczny to przepadłam. Do tego na Elektryków odbywa się Octopus Film Festiwal dla mnie jak zebranie wszystkiego, co dobre w jednym miejscu. 



MORZE PASTA - wybierasz gotowca lub sam komponujesz swój zestaw pasty i dodatków. Zdecydowałam się na klopsiki, młody szpinak, sos śmietankowy i mozzarellę. Fajnie podane, szybko, dobrze smakuje i miła obsługa. Makaron pappardelle mógłby być bardziej al dente. Mam też zastrzeżenia do wielkości klopsików. Mogłyby być ciut większe. Jednak rozmiar czasem ma znaczenie.  




Śniadanie mistrzów serwuje Billy's które znajdujące się w Forum Gdańsk.
Zamawiasz kawę, a w cenie masz śniadania do wyboru. Zaskoczyło mnie wiaderko popcornu jako aperitif serwowany przed kawą, którego nawet nie ruszyłam. Za to śniadanie na wypasie, ledwo skubnęłam kilka frytek po takich grzankach. 




Copyright © 2014 bite me Martha , Blogger