Colberg - tyle masz, na ile zgodzisz się

Colberg - tyle masz, na ile zgodzisz się



    Miała być Portugalia
    Miał być Bornholm 
    Ostał się Kołobrzeg 

    Mogłam się uprzeć, zaprzeć, potuptać nóżkami, wypiąć na ten cały covid+ i polecieć hen hen daleko. 
    oderwać się, rozerwać się, zapomnieć.
    no mogłam, 
    ale tego nie zrobiłam 
    chyba z poczucia wewnętrznej odpowiedzialności.   
    albo cholera wie czego. 
    
    I tak znaleźliśmy się w Colbergu 
    o perypetiach z PKP należałoby napisać oddzielne wiekopomne dzieło, które w swej wielkości         
    zmieniłoby losy milionów. 
    marzenia ściętej głowy, no nie. 


Tak, mieliśmy opóźnienie. 
Tak, nikogo w tym kraju nie powinno to dziwić. 
Przecież do Pragi jechaliśmy prawie 12 godzin, teraz tylko lekko ponad 9. 
Trzeba się cieszyć, że tak mało. Przecież mogło być gorzej, no nie.
Tylko czemu pies tego nie pojmuje, że nie może już wysiąść, kiedy ma dość stukotu ociężałej maszyny o szyny. 

Odnaleźliśmy w miarę sprawie nasze lokum usytuowane w sąsiedztwie Kormorana. Kocham modernistyczną architekturę. Przyjechaliśmy na tyle późno, że mieliśmy nie za wiele czasu na przewieszkę. Trzeba było ruszyć w miasto w poszukiwaniu strawy. Powiem wam, że pierwszy strzał stanowił zapowiedź dobrego początku. Jednocześnie jest czyhające niebezpieczeństwo zaczynać z tak wysokiego C, upadek z wysokiego konia bywa bolesny. Kiedy zajęliśmy miejsca po chwili uderzyło mnie znajome uczucie. Istne déjà vu - przez chwilę poczułam się jakbym cofnęła czas i znalazła się w Gruzji. Dokładnie rok wcześniej siedzieliśmy w podobnej knajpie w ogródku, gdzie wokół nas wiła się winorośl, a w tle było słychać miejski gwar. Zaczęłam śmiać się do rozpuku. Tęskno mi za tym miejscem, więc dostałam namiastkę. 

W związku z tym, że było już lekko chłodno i po trudach podróży zamówiłam grzane wino, zupę solankę - rosyjską wariację na temat zupy rybnej z łososiem, dorszem, pomidorkami, cebulą, oliwkami, kiszonym ogórkiem, a na drugie danie moskiewską zapiekankę - filet z sandacza z ziemniakami, cebulą, pieczarkami, sosem śmietankowym oraz serem żółtym. I już było mi dobrze. Po takiej uczcie byłam skora przymknąć oko na fakt, że nie jestem w drodze na Bornholm. Jeśli nie wiecie, to zaraz się dowiecie, że z Kołobrzegu pływają promy, które uaktywnili w ostatni dzień naszego pobytu. Jednodniowa wyprawa ze zwiedzaniem kosztowała 700 zł. 


Ta zupa sprawiła, że postanowiłam urządzić konkurs na najlepszą zupę rybną nad morzem. Konkurencja była zaciekła do ostatniego dnia. Przez rok mogę nie jeść zupy rybnej :-) 


wiecie będąc nad morzem nie jeść ryb to jak świętokradztwo z kategorii dolewania soku malinowego
do piwa... kraftowego, o zgrozo, dlatego dominować będą dary morza. 




jak wygląda bloger każdy widzi i wie 

wakacje w Polsce zwłaszcza nad polskim morzem są jak gra w rosyjską ruletkę 
nigdy nie wiesz jak to się skończy 
ale któż z nas nie lubi odrobiny ryzyka i nieprzewidywalności w życiu
wystawiania się na próbę, badanie granic cierpliwości nadaje mu kolorytu

przy odrobinie szczęścia przeżyjesz i dostaniesz kilka dni w słońcu w pakiecie - to wersja dla optymistów. Jak masz pecha przez dwa dni będziesz ścigać się z deszczem, który udowodni ci, że przegrasz z kretesem. Straty są niczym Titanic: po 48 godzinach toniesz w strugach deszczu i wcale nie chcesz nucić deszczowych piosenek. Moje trampki nadawały się na śmietnik, do tego przemoczone wszelkie ilości spodni w jakie się zaopatrzyłam, a nie było ich za wiele. Ostatnio w nowe ciuchy zaopatrywałam się odwiedzając Szczecin. I skończysz człowieku z przeziębieniem, które dopadnie cię tuż po tym jak zasiądziesz i umościsz się w pociągu, który w okolicach trójmiasta zaludni się po brzegi, więc zachodzisz w skołowaną głowę, gdzie te zasady bezpieczeństwa i dystansu społecznego w przedziałach, mhm PKP? 


przynajmniej ta typiara była PRZESZCZĘŚLIWA. 

chociaż pierwszy kontakt z plażą i morzem miała w styczniu
to dopiero teraz mogła odkrywać bezmiar piasku i psiego szczęścia w postaci przyjemności kopania. 
tak ten york nigdy wcześniej nie czuł w sobie potrzeby kopania dołów, a nawet dołków, nie wspominając o dołeczkach. 
tu poszła na żywioł. 
próbując zrobić podkop do Australii, tfu Szwecji. 

znalazła nawet swój skarg, co odpokutowała trzydniowym leczeniem u weta po powrocie z dożylną terapią zaprzyjaźniając się z kroplówką. 
                                                                  niech żyje psia przygoda. 


nocowanie w hotelach ma ten plus, że masz dostęp do śniadań, ale ja nie jestem typem, który na wczasy jedzie do hotelu. jeszcze kilka lat temu rozbijałam się po wybrzeżu w akademikach, tudzież historycznej bursie szkolnej. nie zaliczyłam jeszcze namiotu i chyba tak pozostanie. 
od jakiegoś roku z hakiem sprawdzam airbnb i całkiem nieźle mi to wychodzi. mam już swoje ulubione lokalizacje w północnej i południowej części Polski. Hotele są o tyle skomplikowane, że nie wszystkie są zwierzolubne, a my ostatnio nie chcąc nadwyrężyć niani jeździmy w pakiecie. 

pierwszego dnia okazało się, że oferta śniadaniowa w nadmorskim kurorcie pozostawia wiele do życzenia zwłaszcza po przejściu połowy miasta. 
sprawę uratowało so!coffe 

to już spaczenie zaczynam oceniać posiłki na podstawie porcelany na której są serwowane dania.
to śniadanie nie było takie złe, znaleźliśmy później gorsze. myślałam, że tylko ja mam takie umiejętności kulinarne. Zjedzenie przesmażonej jajecznicy zmienia ludzką optykę. 





wobec morza oprócz pogody było jedno fundamentalne oczekiwanie, które jest stosowane podczas każdego wyjazdu: lokalne browary. ku wielkiemu zdziwieniu 
nie znaleźliśmy PORTERA BAŁTYCKIEGO nigdzie! 
poczujcie to. 
jesteśmy nad morzem Bałtyckim, mekka portera, którego tu nie uświadczysz. 
no szok w trampkach. 

odkryliśmy ciemne kołobrzeskie lekko karmelowe. bardzo sympatyczne. 


typiara i morze 


Do tego miejsca trafiliśmy z polecenia i jeśli mam być szczera jedno z najsłabszych miejsc z całego wyjazdu. Fishka&Fishka miała piękną porcelanę, ale zupa rybna była płynną wodą w której gotowano rybę. zjadłam, ponieważ potrzebowałam się rozgrzać. Zaskoczyła mnie reakcja obsługi, która na pytanie czy smakowała dostała szczerą odpowiedź, że nie do końca. Pani wróciła z kuchni z komentarzem, że mogłam sobie doprawić zupę. Zatkało mnie, serio. moja odpowiedź była oczywista - pani sobie chyba żartuje? trzeba było przygotować dobrze zupę, a nie kazać mi ją sobie doprawić do smaku, serio? 

Nadrobili drugim daniem, które było jednym z lepszych, ale niesmak pozostał. Do nich już bym nie wróciła nawet dla siekanego steku z sarniny z kopytkami, kapustą modrą, która była najlepszą kapustą jaką jadłam w życiu oraz grillowanymi warzywami. Jeśli kiedykolwiek tam będziecie idźcie na stek, resztę odradzam.  


zresztą sami zobaczcie jak się cudnie prezentuje 
idzie to w parze ze smakiem 
jak popracują nad zupą może, może wrócę... :-D 


ten automat mnie miło zaskoczył szkoda, że nie widuję więcej takich w miastach 

na dole tyle dobrego z pewnej knajpy śniadaniowej, tej od nieudanej jajecznicy. była po sąsiedzku, więc leniwe buły stwierdziły, że idą próbować. 
 mieli tak imponującą ilość rodzajów kaw od których można było dostać zawrotu głowy. 
chyba czasami jestem zwolennikiem minimalizmu, 
 mniej znaczy lepiej  
ale koktajle owocowe pierwsza klasa. 
narodził się we mnie chwilowy zryw, że będę takie w domu robić. 
na szczęście to tylko chwilowy zryw, niepoczytalność umysłu. 


nieszczęsna jajecznica, która podniosła mnie na duchu 
można gotować gorzej ode mnie ;-) 



przepis na dni zapowiadające się burzliwie w waszym życiu 
spacer po marinie i podziwianie łódek 


ta mała wpadła na trop 

zawędrowaliśmy do starej wieży ciśnień w której urządzono restaurację z browarem COLBERG 
oczywiście bez portera bałtyckiego, ale mają bardzo zacną pszenicę, którą raczyłam się, gdzie się dało i  tak często jak się dało. 


zupy rybnej nie było, więc wjechał klasyk-klasyków POMIDOROWA 
gęsta, ciepła, pyszna - czuć było świeże pomidory, więc byłam content. 
spokojnie golonka flambirowana w piwie nie była moja, ja czekałam na placek po węgiersku. 




uwielbiam takie klimaty
zaadoptowanie wieży ciśnień na potrzeby restauracji, czerwona cegła, dobre piwo i mocne brzmienie w tle - czego więcej potrzeba. 

w moich rodzinnych okolicach też jest wieża ciśnień w której mieszkała pierwsza żona Żeromskiego. gminna legenda donosi, że zrobiła to z premedytacją. Po drugiej stronie mieści się dom w którym zamieszkał Żeromski z żoną i córką Moniką. 



po dwóch dniach odnaleźliśmy miejsce godne naszego wysublimowanego podniebienia śniadaniowego. Wichłacz Bistro-Bar serwuje śniadania a'la Aioli, więc mieliśmy namiastkę domu. Przez kilka dni królowało śniadanie brytyjskie, potem zielona shakshuka (patrz zdjęcie powyżej), co było dla mnie nowością, a na końcu Mr. PanKejk :-P 


odrobina sztuki 


siedząc dupskiem na plaży masz człowieku czasem ochotę coś poskubać 
poczułam się niczym doktor Ania 
szokującym odkryciem jest dla mnie fakt, że komuś przyszło do głowy dosładzanie żurawiny 
zero logiki i sensu ma dla mnie ten zabieg,
a zaczął się koszmar poszukiwania żurawiny na wagę, która nie jest dosładzana 
NIE MA TAKIEJ przynajmniej w sklepach. 
czasem niewiedza jest błogosławieństwem hehehe 
tak pożegnałam się z jedzeniem żurawiny 


to ma radość, kiedy mogę iść 
iść przed siebie bezkresną plażą 
jestem człowiekiem morza 
ono sprawia, że odzyskuję rezonans 
było ze mną w najtrudniejszych momentach 
kiedy siedziałam i zapadałam się w sobie ono mi w tle szumiało i przywracało do życia 

MORZE 
moje morze  

jest i teraz 
w skrytości ducha marzy mi się domek typu bungalow z widokiem na morze i rozbijające się o brzeg fale 

dużo nie myśląc zajrzałam do wujka Googla i poszukałam. 
oczywiście, że znalazłam wymarzony domek w Stegnach nieopodal lasu 800m do morza 
oczywiście, że nazajutrz zadzwoniłam 
wiadomo, że ktoś już go kupił 

był smutek 
ale potem doszłam do myśli, że ja na przestrzeni niespełna dwóch lat mijam się z fajnymi ofertami
i powtarzam sobie, że to oznacza tylko jedno 
 czeka na mnie coś wyjątkowego
jeszcze zobaczycie, że na starość będę mieszkać nad morzem, 
będę mieć przeszklone patio z pracownią ceramiczną, a w tle szum uderzających o klif fal


bywało pięknie, więc zabraliśmy psa na 10km spacer do Dźwirzyna 
jakie tam są piękne plaże po drodze.  

żeby nie było za dobrze zaczęło padać, więc przez las, teren hotelu do miasteczka i do pierwszej lepszej restauracji i znowu trafienie w punkt.

właściciel, który krążył rozbrajał mnie swoim podejściem "mnie się nigdzie nie spieszy"
i uderzyło mnie, że mnie też. przecież jestem na wczasach. 


oczywiście, że była grana zupa rybna, która zdobyła laur pierwszeństwa w wyścigach 
była lekko pikantna, ale byłam w stanie to przeżyć i wybaczyć

do tego dostałam piwną lemoniadę, którą kosztowałam pierwszy raz 
zaszalałam po takim spacerze i zażyczyłam sobie kawę lodową 




to był sandacz, który też zebrał złoty laur tych wczasów 
delikatnie rozpływająca się rozkosznie w ustach ryba. 

nie przyznałam się wam do czegoś. w dzieciństwie jeździłam z rodzicami na wczasy po całej Polsce na jednym takim wypadzie omal nie zabiła mnie ość i doznałam traumy nie tykałam ryby latami. na stare lata mi się odmieniło, chociaż czasem boję się, żeby czegoś nie złapać
stanie mi w gardle i będzie finito



ostatni posiłek śniadaniowy ;-) 

Kormoran w całej klasie 



ostatni spacer 

Ostatnia wieczerza bez pieseła w Domu Kata, który wyjątkowo był pusty. dom na parterze przypomina prowansalski zakątek, piętro bardziej w stylu myśliwskich tudorów. Jedna z lepszych zup rybnych idzie łeb w łeb z dźwirzynowską do końca nie mogę się zdecydować. chyba pikantność zadecyduje o promilowej przewadze. 







a na deser pan gruszka 

anioł swą postawą oddaje bez słów mój pobyt na wczasach :-) 


Dom Kata ul Ratuszowa 1 
Pod Winogronami Towarowa 16 
Fishka&Fishka Solna 12 
Colberg Kołobrzeska Fabryka Piwa Budowlana 6
Wichłacz Bistro-Bar  Towarowa 14 
Stacja Bałtyk Wyzwolenia 40 Dźwirzyno 



 

Łucznica

Łucznica



Przyznać się z ręką na sercu kto w dzieciństwie bał się Buki? 
Ta tutaj wyłania się zza krzaka, co spotyka się z różnymi reakcjami mijających ją ludzi.
Mnie trochę bardziej przerażały hatifnatowie. 


Pałacyk skrywa siedzibę Stowarzyszenia Akademii Łucznica propagującej szeroko rozumianą sztukę o której wam opowiem. 

W dzieciństwie uchodziłam za bardzo spokojne dziecko, ponieważ ciągle byłam czymś pochłonięta, jak nie bazgrałam zamaszyście w zeszycie, to coś pisałam. Ogólnie mówiąc byłam bardzo zajętym dzieckiem dla którego świat zewnętrzny mógł czasem nie istnieć. Gdy wybierałam się do liceum miałam w miarę ukierunkowaną wizję swojej przyszłości ni jak miała się do tego rzeczywistość. 
Wiecie my możemy mieć swoje plany, a życie ma swój plan. 

Ogólnie przez większość swojego dotychczasowego życia żyłam w przeświadczeniu, że tworzenie jest zarezerwowane dla ludzi po akademii z dyplomem. Jakby tworzyłam nie mając go, więc nie pytajcie o tok mojego myślenia, czasem ja za nim nie nadążam. Nigdy nie wkroczyłam na oficjalną artystyczną ścieżkę edukacyjną, nie licząc kursu z fotografii, głównie chodziłam poboczem szukając kontaktu ze sztuką. Tworzenie w moim przypadku, bez znaczenia jaki obiera wymiar, działa jak wentyl bezpieczeństwa albo terapia. Mam odskocznię, która sprawia, 
że resetuję głowę. Utrzymuje się równowaga w przyrodzie, wszyscy są szczęśliwi. Covid i zamknięcie w domu mocno ją zaburzył, a niepewność, co do powrotu do pracowni generuje u mnie podskórny niepokój. 

Wiadomość od Moniki o kursie w Łucznicy była niczym zbawienie. Od ponad pół roku nie miałam gliny w ręce. Chyba nie miałam świadomość jak bardzo mi tego brakuje. Z lekką nutą zazdrości podglądałam szczęśliwych posiadaczy własnych pracowni, którzy mogli się tam zamykać i odcinać od świata. Rok temu dostałam propozycję dołączenia do nowej pracowni, ale czułam się za cienka w uszach. 

Łucznica oferuje różne kursy i warsztaty. Ich oferta jest bardzo bogata. Na dole podrzucę link. 
Mnie początkowo interesowałam wyłącznie ceramika. Covid sprawił, że wyjątkowo zajęcia odbywają się w wakacje. Przez tydzień w towarzystwie 11 kobiet uczyłam się o technikach lepienia, dekorowania, piecach, szkliwach i wielu innych rzeczach. Jednocześnie tworząc nowe prace i wciągając się jeszcze bardziej w ten świat. Glina daje tyle możliwości o których nie zdawałam sobie sprawy. Można połączyć rysowanie, malowanie, rzeźbienie, fotografię. To jest jedna z najbardziej multidyscyplinarnych dziedzin. 

Dodatkowo niesamowitym doświadczeniem było obcowanie z gronem z pozoru obcych kobiet, które dzieli nie tylko odległość zamieszkania, ale też wykształcenie czy doświadczenie, a glina nas połączyła. Niesamowitą frajdę sprawia doświadczania poczucia kobiecej wspólnoty. Jakby izolacja wzmogła we mnie tęsknotę za wspólnotowym dzieleniem pasji, obcowaniem z grupą i poznawaniem nowych ludzi. Tydzień okazał się bardzo wyczerpujący, intensywny pod względem napiętego programu i pod koniec jechałam na oparach, ale było warto i bardzo chętnie to powtórzę na kolejnych stopniach, jak również idąc na inne warsztaty m.in. sitodruk, mozaiki, batiku czy tkactwa. 

Ps. podczas kursu macie zapewniony nocleg, wyżywienie, dostęp do materiałów. 


Z gliną jest tak, że jak raz jej doświadczysz wżera się w ciebie i nie chce puścić. Mogę spokojnie powiedzieć, że nie wyobrażam sobie, żeby nie było jej w moim życiu.

U góry pracownia w środku, na dole widok z zewnątrz. 



przyłapana na ryciu, czyli jak powstaje płaskorzeźba 


Przygodę z gliną zaczęłam od rzeźby. Muszę przyznać, że stanowi największe wyzwanie przede mną, ale tym razem poznałam kilka ułatwiających życie trików, więc nie bolało tak jak wcześniej. 


W pracy doglądały nas koty, rezydenci Akademii, które znajdą sobie miejsce dosłownie wszędzie 


poznawanie sztuki wypału archeologicznego to dla mnie miodzio nad miodziami 
jest coś niesamowicie pociągającego w tych pierwotnych formach, minimalistycznych kształtach i ozdobach. 


nie samą gliną człowiek żyje 
tu piękne snopki 

zabytkowa alejka 

 

I główna atrakcja dąb Zosia na cześć pani Zofii Bisiak wieloletniej kierowniczki Akademii, która przyczyniła się do rozkwitu tego miejsca. 



Łucznica 10 
Pilawa 

Zostaw, to nie Twoje

Zostaw, to nie Twoje



Dzisiaj słuchałam Aleksandry Radomskiej opowiadającej o pędzeniu za celami-marzeniami, które jak czasami się zastanowimy nie do końca mogą być nasze. Czy wszyscy musimy chcieć i mieć to samo? Pandemia sprawiła, że usiadłam na dupie, bo okazało się, że nie wiem jak mam dostosować swoją pracę do zastanych realiów. To była dla mnie niezła lekcja pokory. Czy wyszłam z tego cało? Może lekko poobijana, bo z lekkim bólem pleców, ale okazało się, że nawet w takich ekstremalnych warunkach jestem w stanie zorganizować sobie siebie i swoją pracę. Przekroczenie murów modernistycznej budowli po kilku miesiącach nieobecności uświadomiło mi, że jednak wolę stacjonarnie, w gabinecie i że bez dzieci to nie to samo. Moja praca jednak opiera się na bezpośrednim kontakcie. Chcę powrotu do normalności i tylko tym tłumaczę sobie zachowanie ludzi, którzy lekko sobie odpuścili fakt, że pandemia trwa nadal. 

Zamknęłam pewien etap zawodowy - przypłaciłam go rozwolnieniem, ale ku mojemu zaskoczeniu wyszło lepiej niż zakładałam, co dało mi też mocno do myślenia. Ze stories Radomskiej zostało ze mną stwierdzenie zostaw, to nie Twoje. Wieki temu, jakieś dwadzieścia z górką, podjęłam decyzję nie do końca w oparciu o to, co sama chciałam. Byłam młoda, naiwna i zachłysnęłam się tym pomysłem jak indor. Wtedy wydawało mi się, że to jest moje, więc jak plan legł w gruzach, byłam zdruzgotana i nie wiedziałam, co dalej, bo planowi podporządkowałam wszystko i nie miałam w rękawie planu B. Nie przyszło mi wtedy do głowy: hej mała, możesz zrobić to sama, bo nie do końca byłam przekonana, że to MOJE nazwijcie to jak chcecie przeznaczenie, droga, misja. Może też za bardzo wzięłam sobie do serca życzliwe słowa. Może rzeczywiście trochę nie wierzyłam w siebie, a może tak po prostu od początku to nie było moje. Trafiłam w drugim semestrze na zajęcia, które wszystko odmieniły. I nawet wtedy jak już przeczuwałam, że to jest to, bałam się do tego przyznać na głos. Nadal nie wierzyłam, więc podejmowałam jakieś pochopne działania, żeby nie było, ale nadal z taką dozą nieśmiałości i niepewności. Jak się domyślacie zakończone fiaskiem. Mijają kolejne lata. Trafiam na studia doktoranckie, bo mi powiedziano proszę złożyć papiery, praca na uczelni to jest to, o dostała się Pani, a nie mówiłem, gratulacje :-) spędziłam na uczelni 8 lat. Miałam taki moment, że myślałam, co mogłabym zrobić przez te osiem długich lat. Już dawno miałabym to i tamto zrealizowane... koleżanki wychodzą za mąż, rodzą dzieci, a ja bujam się z doktoratem, którego końca nie widać... rzuć to w cholerę, nie oszukuj się to nie jest dla Ciebie. Byłoby z górki, ale jak to ja uważam, że nie ma nic bez przyczyny albo próbuję sobie tak tłumaczyć te swoje nieudolne odchodzenie i podejmowanie szybciej decyzji w osiem lat. Wiecie, ja do samego końca wierzyłam, że mi się uda. Praca naukowa miała być połączeniem przekazywania i dzielenia się wiedzą i doświadczeniem oraz możliwością pisania - jak dla mnie miodzio, poza tym wyryłabym sobie na nagrobku dr, ale... Wszystko pięknie, ale nie kosztem siebie. Do tego, żebym powiedziała sobie zostaw, to nie Twoje trzeba było dojrzewać, długo dojrzewać niczym te sery długo dojrzewające. Śmierdzą niemiłosiernie, ale smaczne są, więc człowiek je trzyma dalej. 
Czy żałuję tych lat? Nie, choć czasem jak chcę sobie dowalić to wyrzucam sobie, że mogłabym wcześniej zebrać dupę w troki. Pewnie i bym mogła, ale z jakiś mnie tylko znanych powodów nie zrobiłam tego i to jest w porządku, 
nie kop leżącego i kwiczącego, dobra. Tak naprawdę to jestem jedyną osobą, która może i ma prawo to oceniać.

Z pisaniem było podobnie, bo ja mam niezłe zapędy, zwłaszcza na początku. Wiecie widzę oczami wyobraźni te tłumy, tysiące lików, jak już rzucam pracę na etacie i odrywam kupony szczęścia, a później dupa z tego wychodzi, 
to się niby boczę, to się niby obrażam, ale lubię pisać nawet jak nie mam fanów i zasięgów wystrzelonych w kosmos. Wydam sobie siebie samą, a bloga będę jeszcze pisać póki gdzieś jeszcze bywam i mogę się tym dzielić. 

Zastój tu nastał z oczywistych powodów - nastała pandemia. Przestawiliśmy się na jedzenie domowe lub z dowozu jako przodująca leniwa buła, która jednak chciała wesprzeć kilka knajp, zwłaszcza tych bliższych serduchu. W między czasie podjęliśmy życiowo ważną decyzję o przeprowadzeniu się, co w odstępie i na skutek pewnych wydarzeń
w moim przypadku na przestrzeni roku następuje już drugi raz. Oczyszczanie mieszkania, remont, mierzenie się
z dziwnie pączkującą stertą kartonów to moja rzeczywistość od początku roku. Ale finalnie udało się i jesteśmy na swoim, co wiąże się nomen-omen z eksplorowaniem starej-nowej przestrzeni życiowej.
Zaraz przejdziemy do smaczków, bo przecież tylko na nie czekacie. 
Przebieracie nóżkami, a ja sadzę egzystencjonalne pierdy. 

Pandemia wywróciła życie do góry nogami wszystkich, nawet jak się do tego nie przyznają. Człowiek musiał zrezygnować z wielu rzeczy, musiał przełożyć i odłożyć na nie wiem kiedy wiele planów. Mam momenty, kiedy widzę, co kto robi, jak robi, gdzie robi i już się wyrywam, już podwijam kiecę i lecę... Ale może teraz będę miała w sobie - zostaw, to nie Twoje. Ty masz swoje i zobacz, doceń to, co masz. Resztę zrealizuję z lekkim opóźnieniem po swojemu i w swoim czasie. 

Po tak długim wstępie czas na to, co was najbardziej interesuje. 
Przenieśliśmy się na obrzeża stolicy, w okolice mocno industrialne Starej Papierni.
. Odzwyczaiłam się od przenikającej szpik kości ciszy, kumkania żab i chmary krwiożerczych komarów. 

Po moim przypłaconym rewolucją żołądkową zmaganiu wybraliśmy się na obiado-kolację do Szmaciarni, powszechnie znanej jako Centrum Handlowe Stara Papiernia. Ale do pożaru w 1984 roku mieściła się tu szmaciarnia, czyli budynek produkcji papierni górnej. Pożoga sprawiła, że przez lata budynek stał w ruinie odłogiem aż znalazł się prywatny inwestor, który zachowując jej pierwotny charakter wkomponował współczesne elementy. W samym centrum nie ma za wielkiego wyboru, jeśli chodzi o jedzenie - mamy ofertę śniadaniową, sushi oraz kawiarnię, więc wybór był prosty. 

Pomidoro oferuje specjały kuchni włoskiej, a ja kocham pasty, wszelkie twory z nadmiarem glutenu, ciągnące sery, soczyste pomidory, oliwy, bazylię. 

Na przystawkę zdecydowaliśmy się na caprese, bo jestem miłośnikiem mozarelli, bazylii, pesto i pomidorów. Zresztą w prostocie tego dania tkwi całe piękno. Nie wspominając o kolorystyce nawiązującej do włoskiej flagi. 
(patrz pierwsze zdjęcie). 



Na danie główne poszło spaghetti alla carbonara oryginalnie przyrządzana bez śmietany oraz pierś z kurczaka zagrodowego na liściach szpinaku podawana z frytkami z batatów. Sami rozumiecie szpinak i frytki z batatów. Powiem tak moje danie było dobre, delikatne mięso idealnie komponujący się szpinak ze słodkością rozpływającej się bataty. Ale makaron z boczkiem i jajkiem jakoś nie zachwycił. Parmezan podano później. 

Wprawiony czytelnik wyczuje... ale czające się niemiłosiernie za rogiem. Wystój lokalu cieszy oko, bo nawiązuje do charakteru budynku, poza tym mam słabość do piękna surowej cegły. Osobiście czułam się tam lekko sztywnie, jakby pretendowano tu do miana pięciogwiazdkowej restauracji, a mnie lokale włoskie kojarzą się z gwarem, gościnnością, rodziną atmosferą rodem z ochockiego Non Solo, gdzie od progu wita mnie gospodarz z włoskim zaśpiewem 
w głosie i od razu czuję się jakbym przeniosła się do małej Italii, a tu sztywność i ą ę bułkę przez bibułkę. 

Obsługa jest przesympatyczna, dbająca o klienta, co mnie też nie dziwi jak na dzień dobry dowiadujesz się, że do każdego rachunku bez względu na ilość gości dolicza się 10% za obsługę. Szczerze, chciałam wyjść, ale świadomość, że w pobliżu nie ma alternatywy usadziło mnie skutecznie na tyłku. Jednak moje główne ale dotyczy tak naprawdę cen, które są tak mocno zaporowe, że z wrażenia na ich widok mnie zatkało. Nawet warszawka tak nie daje po kieszeni. Moje danie główne było najtańsze 59zł, choć nie z tego powodu je wybrałam, świętowałam, więc mogłam sobie pozwolić na wybór tego na co miałam ochotę. Cena za spaghetti 39zł - za makaron z jajkiem i boczkiem. Do tego picie oraz wspomniane 10% za obsługę... Napomnę, że nie mają dużego wyboru, jeśli chodzi o wina. Na sali było bardzo mało gości, co można tłumaczyć pandemią, ale... na deser już się nie skusiłam. Czy wrócę? Raczej nie, bo z dowozu mam najlepszą włoską pizzę od Inferno tak niepozornego lokalu ukrytego w zaułku, że przechodząc koło niego nawet nie zwróciłabym na niego uwagi. I nie dają tak po kieszeni, a z ręką na sercu nigdy nie jadałam pizzy z dowodu na tak idealnie kruchym cieście (zdjęcie poniżej). 



O to ona bohaterka konstancińskiej sceny gastronomicznej pizza od Trattorii Inferno 
w wersji parmeńskiej z szynką, pomidorkami koktajlowymi, parmezanem, rukolą. 
To jest najlepsza pizza jaką jadłam z dowozu. 
Cienkie ciasto, które zachowuje swoją chrupkość do ostatniego kęsa. W niczym nie przypomina tych gumowych wersji, które miałam rzekomą przyjemność kosztować podczas dłużącej się pandemii, więc jeśli kiedyś będziecie przejazdem to gorąco polecam. 



Żeby nie było tak smętnie i ponuro. Gaja zatruła się jedząc coś w ciemnościach podczas wieczornego spaceru w parku w którym latarnie nie działają, może oszczędzają na prądzie, co skończyło się reperkusjami, gorączką i serią niechcianych zastrzyków. Przy okazji sprawdzaliśmy klinikę weterynaryjną w okolicy, a wracając odkryliśmy mały lokalik, który okazał się dopiero, co otwartym showroomem i to nie byle jakim, ponieważ kawy z mieszczącą się na tyłach w części magazynowej palarnią. 

Wiecie serce się raduje, bo do pełni szczęścia brakuje craftów, których nie uraczysz w tych okolicach hehehe Dostaliśmy zaproszenie na sobotnią degustację kaw. Na takie zaproszenie dwa razy mnie namawiać nie trzeba. 

Dwóch uroczych brodaczy wraz ze swoją rodziną od 2016 prowadzi Bearded Coffe oferujące kawę i akcesoria. 
W konstancińskim lokalu obok czarnego naparu pojawi się kolekcja rękodzieła ceramiki, szkła oraz kowalstwa artystycznego. Degustowaliśmy słodkości, ale oczywiście najbardziej skupiliśmy się na piciu kawy. Mnie najbardziej zachwyciła nitrowana. Mam słabość do nitrowanego piwa z Wrocławia, co to skradło mi serce, a teraz jeszcze kawa macerowana na zimno z azotem. Chyba już wiem, co chcę dostać na gwiazdkę :-D 



Sami zaopatrzyliśmy się w Royal Blue Mountain Honduras - arabika z przyjemną nutką słodyczy orzecha, czekolady dopełnioną nutą cytrusa. 






całkowitym zaskoczeniem i nowością było dla mnie skosztowanie naparu z suszonych owoców kawowca, czyli cascary. Początkowo efekt uboczny produkcji kawy, który zyskał drugie życie, choć farmerzy z Jemenu i Etiopii, których nie było stać na picie kawy raczyli się właśnie naparem przyrządzanym z cascary. Przygotowuje się ją jak herbatę, ale jest też idealna na cold brew, ma piękny intensywny owocowy zapach, a w smaku jest lekko kwaskowata, ale z domieszką kofeinowego kopa.   


Bearded Coffe znajdziecie przy wjeździe do Konstancina przy ulicy Warszawska 60 
Trattoria Inferno Warszawska 33
Pomidoro Centrum Handlowe Stara Papiernia Al. Wojska Polskiego 3 


SHUK pod górkę

SHUK pod górkę


Zepsuła się lodówka. 

Zapytacie, co w tym takiego niezwykłego? Pewnie nic - chciałoby się rzec. Sprawa komplikuje się, bo nowa przyjdzie dopiero w sobotę. Dzisiaj mamy wtorek. Jedzenie, które było w lodówce zepsuło się. Trzeba było je wyrzucić, a ja nie lubię marnować jedzenia. To chyba społeczne namaszczenie. 
Jak przez mgłę pamiętam czasy kolejek PRLu, bo byłam małym wypierdkiem. Pamiętam za to historie o owych kolejkach jak rodzice stali w dwóch, żeby coś w ogóle kupić na kartki. O graniczących z cudem zakupach mleka 
w proszku, bo innego nie mogłam pić - chyba z Peweksu. Pół swojego życia mieszkałam z babuszką mistrzem fotografem, która przeżyła wojnę, pamięć głodu w niej została i zawsze miała jakieś zapasy na wszelki wypadek. 
Teraz rozumiecie, że to nie jest zwykły brak lodówki. 

Nie masz lodówki, co przekłada się na to, że musisz zacząć organizować sobie:
a. jedzenie na mieście
b. jedzenie, które przeżyje bez lodówki 
zaczyna się kombinowanie. 

Mieszkam w bloku zaprojektowanym przez Hansenów na słynnym Rakowcu, zarządzanym przez Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową. Przyznam się, że czasem zaglądam wieczorem sąsiadom w okna sprawdzając w ilu mieszkaniach zachowano oryginalną postać mieszkania zaprojektowaną przez parę architektów. Istny relikt ten Rakowiec, który jest tak zaprojektowany, że mamy dla siebie małą infrastrukturę, która pozwala na zaspokojenie twoich podstawowych potrzeb w obrębie jednego osiedla, co w takich sytuacjach okazuje się wybawieniem. 

Zazwyczaj odwiedzam miejsca, gdzieś na mieście, ale teraz trzeba było wybrać coś, co jest bliżej i nie zburzy rytmu dnia. Padło na Shukę, która przyciąga wzrok swoim afiszem. 

O Mezze barze mieszczącym się na rogu Puławskiej i Różanej już kiedyś pisałam w kontekście tego, jak mało do szczęścia potrzeba. Właściciele po sukcesie Mezze zdecydowali się otworzenie nowego lokalu właśnie przy Grójeckiej. 


Lemoniada różana i kawa. 


Restauracja serwuje śniadania tylko w weekend. W ramach naszego śniadania należało zdecydować się na coś pożywnego, sycącego, co nam dostarczy energii na pół dnia, co okazało się wyzwaniem dla jednej strony lubiącej mięsne akcenty potraw. 

Zdecydował się na pide, którą można określić rodzajem tureckiej wariacji na temat pizzy o charakterystycznym kształcie łódki wypełnionej jajkiem poche, karmelizowaną cebulką, grzybami portobelo i wędzoną papryką z sosem holenderskim. Samo danie dla mnie przyniosło skojarzenia z Gruzją i chaczapuri, ale jak się okazało łączy je tylko łódkowy kształt. Smak produktów jest całkiem odmienny.   



Powyżej mój wybór klasycznego śniadania festiwalowego zwłaszcza, kiedy bywam w Katowicach. 
SHAKSHUKA poprosiłam o dodanie jajka do wersji z bakłażanem, duszonymi pomidorami, papryką i cebulą. Podawana z pitą oraz hummusem. 

Porcja mniejsza niż w aioli, ale równie smaczna. Moje jedyne ale to zbyt duża ilość oleju w której wszystko tonęło i musiałam lekko odsączać. Ale może to moja fanaberia. Innym może to nie przeszkadzać. 

Lokal świecił pustkami z wiadomych przyczyn. Było kilkoro gości. Wystrój i klimat bardzo przypomina mi ailioli oraz Berka chyba ze względu na kafelki. Jest przytulnie, obsługa miła. Jedzenie w porządku. Myślę, że to miejsce na ciekawe spotkanie dla wielbicieli wegańskiej i wegetariańskiej kuchni wschodu. Jeśli miałabym porównać z Mezze to mija się to z celem, ponieważ pierwsza z nich jest małą klimatyczną knajpką do której wpadasz na szybki lunch czy spotkanie. Tu już jest rozmach i ambicja na coś więcej. A ja czasem skłaniam się ku temu małemu, lokalnemu lokalowi. 




Ten ogródek z palmami tak bardzo przypomina mi o Katowicach i aioli... nie mogę wyzbyć się tych porównań.


Copyright © 2014 bite me Martha , Blogger