#MarszGodnosci

#MarszGodnosci







Kreskę Marty Frej wyłapię wszędzie :-) 



















Wybrałam się na #MarszGodności z kilku powodów. Po pierwsze: słuszność głoszonych postulatów z perspektywy kobiety, która nie zgadza się z poglądem, że faceci pod krawatem lub w koloratce mają decydować za mnie. Po drugie: próba zmierzenia się z reportażem ulicznym. Czy uda mi się za pomocą obrazu przekazać to co widziałam? Czy jestem w stanie uchwycić ducha marszu, zbiorowego ruszenia?  Po trzecie maszerując razem z tłumem zastanawiałam się jakie pobudki kierują ludźmi/ warszawiakami, którzy ruszyli na ulicę? Czy to moda na marsze - notoryczne strzelanie selfie i na fb ląduje info jak to się angażujemy społecznie w słusznej sprawie. Okazja do pokazania się? Ile z tych osób na co dzień pomaga ludziom, walczy w słusznej sprawie zmian także dla kobiet? Czy to tylko jednorazowy zryw solidarności. Uporczywie nie dawały mi spokoju natarczywe myśli. 

WI-aterek latający pies

WI-aterek latający pies


Czasem życie mnie zaskakuje kiedy obdarowuje mnie czymś pięknym, a potem dostaję sierpowym od ludzi i stoję zadziwiona, bo sama nie byłabym do takich zachowań zdolna. A drugi człowiek potrafi, oj potrafi.   


Z każdego doświadczenia próbuję coś wyciągnąć dla siebie nawet jak to jest coś złego uparcie próbuję przekuć to w coś dobrego. Próbuję robić coś dobrego dla innych, żeby to dobro wracało.  


W tym tygodniu zaczęłam z grubej rury... potem były już tylko łzy szczęścia, wzruszenia i piękno słów, które sprawiają, że nawet jak jest beznadziejnie, jak wątpisz i masz wątpliwości czy dobrze wybrałeś okazuje się, że TAK :-)


A najlepszą oprawą do ostatnich wydarzeń okazała się knajpka, która mieści się tuż za rogiem mojej pracy i od razu się w niej zakochałam. Byłam tam trzy razy i uparcie próbuję nowości. Oczywiście świat mi coś pokazuje - znowu kuchnia - TAJSKA w której się zakochałam, chociaż nie jestem zwolenniczką ostrej kuchni, bo mam wrażliwe podniebienie, ale uwielbiam kuchnie tajską. Definitywnie stwierdzam, że jest to moja kuchnia numer uno bije o włos włoską. Już w mojej małej główce zrodził się pomysł na wyprawę do Tajlandii, Wietnamu, Japonii, Chin... gdzie zawsze chciałam pojechać (jak byłam mała)... a że piątek pokazał, że marzenia z dzieciństwa się spełniają, wiec kto wiem... może za rok w wakacje pojadę, a co. Kto mi zabroni? 


Ale schodząc na ziemię...
jedzenie, bo ono nadal jest najważniejsze.... żebym ja tylko potrafiła powtórzyć te wszystkie wymyślne nazwy to byłaby połowa sukcesu. Wybierając danie kieruję się doborem warzyw im więcej tym lepiej. Wyjątkowo wybieram opcje z kurczakiem, a potem lecę kolorowo i coś nowego... pierwsze danie było lekko za ostre dla moich kupek smakowych, ale dałam radę. Może to kwestia przyzwyczajenia... Ominęłam curry chociaż kocham... chciałam eksperymentować i jak na razie się udaje.  





Wczoraj był mecz, a ja późno wróciłam i zabrałam psa w teczkę, kocyk, "Podręczny atlas kobiet", który jakoś dziwnie wciąga mnie w szemrany świat Ochoty odkrywając ją przede mną kawałek po kawałku... a ja daję się wciągnąć... leżąc tak w najlepsze wdychając magnolie wpadłam na pomysł spacerniaka po lekturze, żeby tak inaczej popatrzeć na ten świat. A potem wyprawa na Nowolipki po obejrzeniu "Dziewczyn z Nowolipek". 


Wiaterek i deszczyk
stop
tramwaje
piły w ruch
para buch



@bigbookfestival and Gaja łowca autografów

@bigbookfestival and Gaja łowca autografów



Nie mogło nas tam zabraknąć z kilku powodów (patrz niżej). Poza tym po zacnej imprezie urodzinowej, dyżurze w pracy coś się człowiekowi od życia należy. Gaja w teczkę i jedziemy. 



Nie udało się dotrzeć na bicie rekordów w czytaniu pod chmurką, ale za to na kolejkę do Yasmina Khadra, a i owszem. 



Jestem pełna podziwu, że Martin Caprrós rozdawał autografy cierpliwie przez ponad 1,5 godz. Zważywszy na opasłość tomiszcza oraz tematykę należy się szacun. 



Gaja po raz pierwszy uczestniczyła w +BigBookFestival i może poszczycić się zdobyciem autografów od Martina Caparrós'a autora "Głodu" oraz Borysa Akunina - jej ulubionego autora przygód Erasta Pietrowiczowa Fandorina,  


Dysputy na trawie z Dmitrijem Bykowem to dopiero intelektualne igraszki wyższych lotów.



 O ironio, słuchając wykładu o GŁODZIE zgłodniałam, więc wypuściłam swój przenośny radar na jedzenie o napędzie na cztery łapy, obeszłam Pałac Szusta , który nota bene jest urokliwie urzekający, osiągając prędkość światła i natrafiłam na mini kolejkę przy @KUKBUK [stoisko z kukurydzą], a do tego mobilną TAJSKĄ KUCHNIAĘ od której ostatnio nie mogę się odpędzić ;-) Czas oczekiwania dłużył się niemiłosiernie, co potęgowało uporczywe poczucie głodu i skrętu kiszek grających marsza pogrzebowego. Wydanie ekspresowe, ale pan młodszy powinien częściej zmieniać rękawiczki, które mają kontakt z jedzeniem, a potem z terminalem/ taśmą [akcja higienistka i do czegoś przecież muszę się przyczepić, żeby nie było]. Przez moment obawiałam się o pomyślność akcji i nawet przez głowę przeszła mi myśl uciekaj stąd, bo się dłuuuuży, a na dodatek panowie mieli problemy z komunikacją odnośnie realizacji zamówień. 

ale, ale ... 1:0 dla TUK TUK. PAD THAI z krewetkami, które pałaszowałam aż uszy się trzęsły, a mała ze mną zagryzając to fasolą mung same za siebie mówią. 





Gajek tak był zachwycony, że dobierał się do pudełka ku uciesze tłumu przez dobrych piętnaście minut :-) po konsumpcji.







powtórka z Wi-TAnia

powtórka z Wi-TAnia


Dotrzymuję słowa :-) a jak się zakocham to już w ogóle. Zdarza się bardzo, ale to BARDZO rzadko, żebym wracała do jakiejś knajpy 3 razy w ciągu tygodnia, więc pomyślcie co to musi oznaczać? :-) uszczupliłam portfel... :-D ale jaka jestem szczęśliwa? do końca miesiąca będę jechała na zupkach chińskich :-D 


A teraz na serio. Jak ktoś jest dla Ciebie ważny to chcesz się z nim dzielić tym co najlepsze, więc wiadomo było, gdzie się wybierzemy... a że okazja wzniosła (już mi niosą suknię z welonem... wyszłam za mąż zaraz wracam... wyskoczyłam na chińczyka... ). Panowie spokojna głowa ta panna jest JESZCZE WOLNA, ale los płata figle, więc radzę się sprężać, bo zaraz może być inaczej :-) Byłam tak konsekwentna w swojej konsekwencji, że broniłam się ręcami i nogami przez zjedzeniem nieziemskiego żółtego curry i co mi po tym? a to, że zmierzyłam się z potrawą pyszną, ale tak SŁODKĄ, że każda moja komórka jest przesłodzona do końca miesiąca, więc ja już nie muszę. Ale spróbowałam coś nowego i wiem, że już tego nie zamówię, bo nie powiem, że nie jest dobre, ale ulewało mi się od tej słodkości, że nie wiedziałam czy pociągnę do końca spotkania i dania. 




Za to dzisiejsze podejście nr 3 było wyborne :-)
aura prawie taka sama,,,, w kocykach na świeżym powietrzu z gackiem na kolanach...
ale moje kotleciki zawijane w liście pieprzowca i makaron ryżowy i sos słodko- kwaśny.. no po raz kolejny umarłam i trafiłam do nieba. cudnie, bajka i nie dziwię się, że takie tłumy walą oknami i drzwiami. Nawet w poniedziałek są tłumy... wrócę zapewniam, bo jest jeszcze kilka dań, które chciałabym spróbować, żeby rzucić wyzwanie swoim kupkom smakowym.  



Kapcie Zygmunta - Mroza i widmo klątwy

Kapcie Zygmunta - Mroza i widmo klątwy


Mój pies postanowił mi przypomnieć, że w życiu istnieją pewne priorytety i nadrabianie ostatniej części Parabellum Mroza ni jak się ma do jej osoby. Czytaniu, a raczej notorycznych prób czytania, przerywał sadzany na tom szczur - obecny ulubieniec Gai z którym zasypia, jak widać poniżej. 



KAPCIE ZYGMUNTA spełniły swoje zadanie przykuły moją uwagę. pofatygowałam się. przeczytałam i zaśmiałam. Dzisiaj z racji ostatniego dnia szkolenia poszłyśmy na łatwiznę i zawitałyśmy znowu w ZAPIECKU. Tym razem na stół zdominowały PIEROGI. Nadal padło stwierdzenie BIEDRONKOWE SĄ LEPSZE. Nie, mamusia robi najlepsze... A ja szczerze powiem, że zamówiłam z łososiem, a sera camembert nie poczułam. A potem mi się odbijało przez połowę szkolenia i zaczęłam się obawiać, że klątwa zapiecka powróci.




Najważniejsze :-) udało się na sam koniec wybrać z Blairczyta na lody włoskie, ale z braku czasu i w pośpiechu nie mogłyśmy wybrać się tam gdzie są sprawdzone i najlepsze i tutaj jednogłośnie padło BLEEEE to smakuje jak produkt czekoladopodobny... kto pamięta tamte czasy ma wyobrażenie co przeżywałyśmy. Byłam rozczarowana, a do tego jeszcze wafel był przystary. Było mi smutno i obiecałam sobie, że nigdy więcej  nie pójdę do niesprawdzonych miejsc (jeśli chodzi o lody). Zatęskniłam za wrocławskimi... oj tęskno mi, oj tęskno... coś z tą tęsknotą trzeba zrobić... 


A na koniec próba uchwycenia Gai i trylogii Parabellum. Śmieję się, że w moim przypadku bardzo istotne jest od czego zaczęłam serie autorstwa Remigiusza Mroza. Urzekł mnie, jestem kupiona. Uwielbiam literaturę osadzoną w czasach II Wojny Światowej. Nie mogę się oderwać od losów bohaterów, śledzę je z zapartym tchem i chcę jeszcze i jeszcze... Jeśli mam podejście do lektury jak do narkotyku to chyba najlepsza rekomendacja. <3 

Copyright © 2014 bite me Martha , Blogger