Nawki wołanie

Najgorsze, co może Ci się przytrafić to spełnienie marzenia. Tego najgłębiej skrywanego w zakamarkach duszy i lekko bijącego serca. Póki się nie udaje możesz podtrzymać się na duchu, że w skrytości kwilisz cichutko w kąciku z ulgą modlisz się, żeby się nie spełniło, ale do tego nikomu się nie przyznajesz. Niczym młody Werter cierpisz katusze nieszczęśnika, który tylko podziwia tęsknym wzrokiem tych, którym los sprzyjał w niesieniu swoich historii ku pokrzepieniu serc narodów. Każde niepowodzenie, każda nieudana próba podtrzymuje dystans od tego, co nieuniknione. Pewnego parnego czerwcowego poranka uświadamiasz sobie, że nie wyobrażasz sobie dźwignięcia tego syzyfowego zadania, które musiałabyś powtarzać raz po raz. Jeden sukces pociąga za sobą oczekiwanie kolejnego. I zanim się obejrzysz zapędzasz się w kozi róg. Z kpiącym uśmiechem przekonujesz się, że może pośmiertnie niech ktoś znajdzie zapiski z miejskiej saragossy. Póki się nie udaje cierpisz przez chwilę katusze udawane, poużalasz się nad sobą, odegrasz rolę udręczonej duszy miotającej się, niby pragnie znaleźć się na piedestale, ale po chwili macha ręką i wraca do spokojnej egzystencji. Otulasz się niczym starym wysłużonym kocem zmarznięte dygocące ciało, pocieszając je, że tak jest lepiej, to nam wyjdzie na zdrowie. Zanim się zorientujesz włosy łapią siwiznę, ledwo łapiesz oddech. Wtedy już nawet sama nie będziesz sobie wypominać grzechów ojców niespełnionych. Przechodząc koło małego porośniętego dzikim winem lokaliku zatrzymujesz się na myśli ile razy wyobrażałaś sobie, że tu otworzysz własną pracownię ceramiczną, będziesz w środku toczyć wazony, wypalać raku, popijać z własnej czarki herbaty łyk, ogrzewać się kawą z pobliskiej palarni. Zaczytujesz się jeźdząc metrem "w linii M", uśmiechasz się do dziewczęcej myśli o własnej kawiarni, którą pielęgnowałaś z takim pietyzmem i przekonaniem tak pewnym jak każdy kolejny poranek. Aż poświęciłaś tej myśli powieść o matce i córce, których los splata się z żywotem kawiarni. Marzyłaś o tych leniwie rozciągniętych porankach przy kawiarnianym stoliku, z notesem, papierosem i filiżankami kawy odmierzających czas myślenia nad kolejnym słowem lub słodko-gorzkim zawieszeniem nad pustą kartką. Jako pisarz mogłabyś tak bez żalu i pretencji spędzić dobę lub całe życie artyście zostaje wybaczone zmarnowanie życia na poszukiwanie sensu w kawiarnianym zgiełku. Nikt nie raczyłby cię pytaniem o sens działania, kobiece oczekiwania. Ale byłaś kobietą, więc życie przyniosło odpowiedzialność. Marzyłaś też o małym domku nad morzem, za każdym razem, kiedy bałwany zalewały ci nogawki podwiniętych spodni, wpuszczając ziarenka piasku do środka. Małe ziarenka, które zdecydowały wybrać się na przejażdżkę do miejsca tobie znanego, do którego zawsze wracałaś po podróży. Domu. Zatęskniłaś. Idą w ostatnim tygodniu doskwierającego czerwca na przystanek, w skrytości ducha modląc się o działający nawiew w autobusie, w cieniu stojąc, czekając, bo przecież zawsze wychodzisz wcześniej na przystanek, mijając niedoszłą pracownię, w oczekiwaniu zatęskniłaś. Za pisaniem, toczeniem, dotykiem gliny pod palcami, trzaskiem migawki, trzymaniem ołówka w ręce i szumem grafitu o papier. Zatęskniłaś. Za tym momentem w którym czas umyka, a materializuje się w kresce, obrazie czy słowie. Ktoś obdarzy cię zachwytem, a ty wpadasz w panikę. Siedzisz po turecku na podłodze w salonie, w tle szum klimatyzatora, a ty studzisz płomień. W obawie, że mógłby wybuchnąć zbyt intensywnie, zdusiłaś go w zarodku, zanim jeszcze miał szansę cokolwiek rozpalić w twym sercu. Ktoś drażnił strunę zawieszoną w trzewiach pudła rezonansowego umiejętnie skrywanego przez lata. Zduszasz jej melodię wypychając ją wełną mineralną, tłumiąc najdrobniejszy dźwięk. Niezniosłabyś kolejnej porażki, nieudanej próby, kolejnego zmierzenia się ze spróbuję, ocierania łez nic się nie stało. Chcesz ominąć znajomy smak porażki. Wszak znasz tylko ją. Podlewasz iskierkę niczym zapomnianą roślinę, która od nadmiaru wody umiera w katuszach łapiąc ostatni oddech. Wolisz przemilczeć swoje działanie. Wolisz podtrzymać wzdychanie do innego życia, które zostało przypisane innym. Nie masz odwagi ani po nie sięgnać ani się o nie upomnieć. Wolisz podtrzymać status quo. Nie masz instrukcji obsługi do uznania, docenienia i życia z zachwytem, nad tą wersją, która mogłaby stać się twoim udziałem. Wolisz przesiedzieć na podłodze pokoju zastanawiając się jakby to było. Rozwiewasz tą myśl niczym natrętną muchę. Wolisz wczuwając się w rytm sztucznego powietrza z klimatyzatora śledzić myśli za truchłami zwierząt mijanych na autostradzie. Wnosisz nieme modły do starych bogów, żeby czuwały nad nimi w tym piekielnym oddechu szatana przypominającym jak łatwo nas zdmuchnąć z tego świata. Raz ci się udało. I ten jeden raz nieśmiało, w oszołomieniu wygranej sprawia, że nie chcesz próbować, bo masz coś cenniejszego niż uznanie, nagrody, poklaski. Trzymasz to w dłoniach skryte niczym nowo wyklute piskle. Tak delikatne, że obawiasz się potłuc to co dostałaś. W darze, w prezencie. Kiedy się leczysz przychodzą wrony i kraczą stare pieśni. Wprowadzają zamęt. Trwogę w duszy. Ty już wygrałaś. Masz co chciałaś. Ale czy spróbujesz jeszcze raz zamknąć w butelce słowa z morza zaczerpnięte. 

Co z marzeniem zapomnianym, które zatarł nieubłagany bieg czasu, pamięć wyparła, bo wydawały się fatamorganą dziecka, mieszkańca blokowego brutalizmu. Świata w którym nic nie było, a miało się wszystko. Postać mityczna, figura ojcowska, niczym Odyseusz powrócony zza świata. Obdarował próbując nadrabiać czas ustracony, w obliczu wyciągniętej pożądliwie dłoni Nawki, sięgającej ku tobie. 

Kiedy w cieniu minimalistycznego ogrodu miejskiego dobiega do ciebie wezwanie ze studni. Echo tego dawnego, niechcianego, odrzucanego z powodu własnego lęku, wołania szeptem odbijającym się od igieł wypielęgnowanych sosen. Ktoś znowu zawołał, wprowadził w drganie strunę o której istnieniu zapomniałam. Czyż w tej opowieści znajdziesz dla siebie coś wędrowcze? Skryjesz się w cieniu parasola, odnajdziesz życzliwość ludzką w drobnym geście, złapiesz się nadziei, która woła cię od dawna. W powietrzu unosi się zapach wiśni. Życie woła. Odpowiesz?  

Brak komentarzy:

Copyright © 2014 bite me Martha , Blogger