Przegląd

Przegląd


Moja praca sprawia ostatnimi czasy, że nie ogarniam lekko tego i owego, czyli zaniedbuję pisanie. Będąc 100% kobietą popadam w zakłopotanie, zadręczają mnie wyrzuty sumienia. W wolnej chwili siadam i nadrabiam zaległości robiąc przyspieszony przegląd najciekawszych miejsc z ostatniego kwartału. Jak na kobietę przystało nienawidzę zakupów - szerokim łukiem unikam wszelkich molochów. Ale jest taki jeden co to mnie jakoś nie odstrasza, ale pochłania czas niezmiernie, więc wybierając się do niego muszę mieć spory zapas czasu, czytaj najlepiej cały dzień. IKEA - nie zdarzyło się, żebym opuszczała ją z pustymi rękami... ale tym razem poszerzyłam swoje rewiry zakupowe o kuchnię IKEI, sprawdzając serwowane przez nich jedzenia. Skusiły mnie pulpeciki wegetariańskie - mega warzywne w sosie pomidorowym podawane z puree. Na deser galaretka cytrynowa i kawa z dolewką. Za obiad zapłaciłam niecałe 20 złotych, więc warto przy okazji zakupów zajrzeć do nich na jedzenie. Już nie dziwią mnie dzikie tłumy. Jedyny mankament, jak dla mnie za daleko... ale czego się nie robi dla jedzenia... i zakupów.

Wykorzystując piękną pogodę po pracy człowiek w weekend nie pędzi na złamanie karku do domu tylko zaszywa się w parku na terenie rozległych Fortów Bema i leżakuje grając w gry planszowe, popijając lemoniadę tudzież piwo. W drodze powrotnej może wstąpić na wega przekąskę i chill w pełni słońca. A tuż pod domem znajduje cudeńko, które śni się po nocach, więc przeznacza słoik na pomarańczowe cacko, co to nie daje o sobie zapomnieć.




Kiedy wiadomo, że mamy przerwę, ale musimy wrócić do pracy namierzamy najbliższy lokal, żeby nie tracić czasu i zamawiamy pełny obiad, żeby dotrwać do końca dnia. Tym razem padło na DRUKARNIĘ, co to po sąsiedzku serwuje niezłe zestawy obiadowe iście domowe.


A tutaj gratka dla miłośników fotografii :-)


Na koniec... KROWARZYWA ma nową lokalizację - lemoniada skrywa ją :-) a ja po raz kolejny wszamałam CIECIOREXA i byłam mega zadowolona :-)


Aniele...

Aniele...


W związku z Bożym Ciałem... Maryjka odkryta jak zwykle przypadkiem, dzięki mojemu wścibskiemu zaglądaniu
w jakieś dziwne zakamarki :-)



Te cuda można było podziwiać w niedzielę w okolicach Kinoteki, gdzie powędrowałam z okazji Dnia Dziecka :-)




Na patelni stoją dwie atrakcyjne, ale nie rzucające się w oczy kobiety po 30, co to dewagują w najlepsze, kiedy znienacka wyrasta koło nich gość po 40/50 i przeprasza, że przerywa, ale musi coś powiedzieć. Skinieniem panie przyzwoliły, jak to na dobrze wychowane panie przystało dają panu prawo wypowiedzenia się. Wtem słyszą, że "pan chyba znalazł się w niebie, bo widzi anioły". Panie zdezorientowane milczą. Pan rzuca im promienny uśmiech, życzy udanego weekendu, co to w środę się zaczyna i oddala się powłóczystym krokiem pozostawiając za sobą dwie skonsternowane panie na środku placu, jakby nigdy nic. Jak długo żyję, nie myślałam, że dożyję dnia w którym ktoś mnie uraczy szlagierem miejskich amantów rodem z dyskotek lat 90. Chyba się starzeję. Do tego szanowny dżentelmen był w tyci przyciasnych leginsach do biegania... po tym nie pozostało nam nic jak udać się na jednego do Kufle&Kapsle, bo na trzeźwo tego nie ogarnę. A poza tym jak słusznie pan szacowny zauważył, weekend zaczął się w środę :-)



Pielgrzymując ostatnimi czasy między wegetariańskimi knajpami zaprowadziły mnie nogi do Jamniczka, który niestety remontuje się, ale dzięki temu sąsiedzi zyskali nowego klienta i to nie tylko zasługa przeuroczego kelnera, ale przede wszystkim pyszneeeeeeego jedzenia. Ostatnio mam problemy z jedzeniem wegańskim i jego odmianami. Ale tutaj byłam mile zaskoczona jedząc SABICH tofu z bakłażana oraz falafele w picie :-) do tego chillowe pigwa z szyszka chmielu dla relaksu :-)





Ostatnio poluję na substytut wrocławskich lodów naturalnych, więc niczym z radarem w oczach wypatruję knajpek specjalizujących się w sprzedaży mega porcji lodów. Fabryka Lodów na Marszałkowskiej nie jest zła, ale... Właśnie jak jest ale... to ja już wolę wybrać się w okolice Placu Zbawiciela i tam postać w kolejce, bo jednak lepsze. Chociaż sorbet z mango był niezły.





Jeśli w najbliższy czasie nie będę się odzywać oznacza to, że wsadzili mnie za zwinięcie stolika z wysuwanym koszem
z Kufli&Kapsli, gdzie odkryłam mekkę niszowych piw :-)

Idź za marzeniami

Idź za marzeniami


Sztuka współczesna jednych zachwyca, innych przyprawia o mdłości. Do niedawna zaliczałam się do tych drugich.
Z ręką na sercu byłam naczelnym ignorantem nie dostrzegającym piękna bohomazów, które przecież sama byłabym w stanie napaćkać albo wynająć do tego jakiegoś trzylatka. Tak było do dnia, kiedy wybrałam się na wernisaż, a raczej finisaż (dla tych mniej ogarniętych - wernisaż zamykający cykl wystawy) młodej artystki. Pierwszy raz doświadczyłam tak intensywnych uczuć wywołanych interakcją z płótnami stanowiącymi przekaz artysty. Pobudzanie moich wyobrażeń, skojarzeń, zmuszenie mnie do refleksji, zatrzymania się w czasie i intensywnego budowania narracji wobec tego co doświadczam, jest mega wyczynem. Wszak nie łatwo pobudzić blondynkę do tak intensywnej pracy umysłowej. Jednakowoż mogłabym przecież wlepiać się w płótna wydając dziwne dźwięki ku radości współtowarzyszy dla podkreślenia mej zadumy nad wielkością dzieł, które mnie otaczały. Mogłabym wysilać się dobierając wyszukanych słów mających oddać głębię przekazu, żeby dobrze wypaść w oczach ludzi sztuki, co to liczą na darmowe wino oraz przekąski. Popijając białe wino wdawać się w dywagacje o wyższości sztuki nad innymi... plepleple. Mogłabym, także wydymać usta i mrugać rzęsami, gdybym tylko chciała. Ale nie to mnie urzekło.


Olśnienia doświadczyłam następnego dnia. Dotarło do mnie, że artystka zrobiła o wiele więcej niż przykuła moją rozbieganą, egocentryczną, spaczoną uwagę. Ona zasiała ziarno... okazało się, że malarka miała odwagę słuchać głosu swego serca i podążać swoją drogą. Skończyła prestiżowe studia prawnicze, a jednak wybrała drogę w zgodzie z samą sobą. Chwała jej za to, bo to co robi zasługuje na miejsce w MoM, a nie tylko na zdobienie skromnych ścian galeryjki Napiórkowskiej schowanej w zakamarkach multipleksu, którego strzegą dwa lwy.





Oczywiście możecie sobie myśleć co chcecie, ale ja mam nosa do talentów i jeśli macie chociaż krztynę oleju w głowie zainwestujecie w sztukę artystki, która za kilka lat będzie wystawiać swoje prace w najlepszych galeriach współczesnej sztuki, ponieważ oprócz talentu w jej pracach jest odwaga i żar serca, który wkłada w każde pociągnięcie pędzlem.




Katarzyna Kowalska


Vega czy nie-vega

Vega czy nie-vega




Po lekturze Karen Duve "Jeść przyzwoicie" miałam ochotę podjąć strajk głodowy, co w obecnym czasie politycznych rozstrzygnięć mógłby zostać omylnie odebrany. Przedwczesne realizowanie postanowień noworocznych przerodziło się w eksperyment na sobie. Duve dzielnie przebrnęła przez wszystkie rodzaje żywienia wykluczającego ze swojej diety mięsiwo wszelkiej maści, okraszając swoje zmagania epizodami z piekła rodem - rzeczywistość uciekających kurczaków stanęła mi przed oczami. Czytając fragmenty poświęcone warunkom hodowli czy pseudohumanitarnego uśmiercania zwierząt, dzięki mojej nad wyraz wybujałej wyobraźni nabawiłam się spazmów. Byłam gotowa zaprzestać jeść, w ogóle, zacząć się biczować w poczuciu klęski naszego gatunku, który dla własnej przyjemności ma krew niewinnych zwierząt na rękach i śpi spokojnie... W desperackim przypływie utożsamiania się z autorką rzuciłam się pomiędzy regały supermarketów i zbladłam. Przy swojej skromnej pensji taniej byłoby kupić kawał ziemi i samej wszystko hodować, nie żyjąc w poczuciu wyrządzania krzywdy nikomu. Szkoda, że nikt jeszcze nie wpadł na pomysł napisania powieści w której to światem rządziłyby zwierzęta, a ludzie stanowiliby ich główne źródło pokarmu... A propos pamiętam z dzieciństwa swoją fascynację "Folwarkiem zwierzęcym", kiedy to byłam na tyle mała, niewinna i nieświadoma szerszego kontekstu... mam jeszcze adaptację na VHS w wersji animowanej :-)
Ale miało być o jedzeniu... chciałam zacząć produkować wszystko sama, samiusieńka, ale nie daję rady. BIO jedzenie jest mega drogie i jak dla mnie przeznaczone dla określonej grupy społecznej. Lubuję się w chodzeniu po knajpach, ostatnimi czasami coraz częściej odwiedzam te wegetariańskie, ale MIĘSO KOCHAM i ukrzyżujcie mnie, ale nie przestanę go jeść :-) Trzeba mnie pokochać taką jaka jestem :-)
Nie dajcie się modzie. Czytajcie, ale nie dajcie się zwariować. We wszystkim co robicie zachowajcie siebie :-)
A VEGE, które ukrywa się w labiryncie miejskich uliczek po sąsiedzku do Feminy raczyło mnie dzisiaj potrawami, których nazw nie pamiętam. Jestem pierożkożercą - pochłonęłam coś na podobieństwo wyrośniętego pieroga ze szpinakiem i suszonymi pomidorami. Ciasto mnie zaskoczyło, ale jak dla mnie było za suche. Cieciorka? taka sobie, może domowa będzie lepsza. Gdybym miała po tym zestawie przejść na wegetarianizm to pewnie bym kiepsko skończyła :-) Ale na szczęście w Warszawie rosną jak po deszczu knajpy, więc nie umrę z głodu, bo gotować nie będę :-)


część, która tęskni za tobą...

część, która tęskni za tobą...



Nikt nie mówił, że żyć będzie łatwiej
kiedy ty nie wiesz, że...
 ta lwia część, która tęskni za tobą
która we mnie jest
a we mnie ta lwia część
która myśli za tobą
jak to jest możliwe

kruk i dym
zgasł kruk*



















* LemOn Lwia część
bo słów mi brak



Galerii NEY przy Spokojnej 7/2
podstawowy zarzut ekspozycji - odbijające się przedmioty, ludzie, cokolwiek znajdzie się w zasięgu oka niedopuszczalne jeśli chodzi o czołowe nazwiska, jak również galerię, która pretenduje do miana kultowej
zestawienie fotografii Niemena autorstwa czołowych fotografów stanowi niezłą gratkę dla fanów tego charyzmatycznego wokalisty, kompozytora, ikony polskiej muzyki


Copyright © 2014 bite me Martha , Blogger