Hekate. Pozwól mi płakać

Hekate. Pozwól mi płakać

Nie napisałam nic od półtora roku, zgodnie z doniesieniami statystyk bloggera. Taki zapis może być niepokojąco onieśmielający. Nawet dla takiej wytrwałej w swoich poczynaniach istotce jak ja. Jak to mówią dobrymi chęciami piekło wybrukowane. Usiadłam w rogu pokoju zaanektowanego kącika do posiadania, którego tak zaciekle namawiała Wirginia Woolf. Lubię mieć swój kąt. Mam z niego widok na ścianę zieleni z drzew, które towarzyszyły mi we wzrastaniu oraz widok na ścianę dzikiego wina, którą zasialiśmy sami. Przed nią byli inni, taki chmiel japoński na przykład, ale nie dali rady tej patelni polskiego lata. Zasiadam, więc przy dużym drewnianym stole odziedziczonym po ciotecznej ciotce ze strony ojca o który moja mama pieczołowicie dbała, a który przywodzi mi wspomnienia wspólnych obiadów z babcią Halinką. Ściana przylegająca do owego stołu zdobi obraz Katarzyny Kowalskiej Flying away, 2011, akryl na papierze naklejony na piankę PCV. Ma w sobie coś co nie pozwala mi odciągnąć wzroku, zatracam przy nim tak lekko poczucie upływającego czasu. Przestała malować. Jest pierwszym, który powstał po długiej przerwie, po stracie. Moszczę się w biurowym krześle, komplecie do wąskiego biurka stanowiącego ramę mojej mikroskopijnej przestrzeni. Kiedyś lubiłam oglądać pracownie pisarzy, Kapuścińskiego, Eco, Tokarczuk. Ich sanktuaria. Ich całe pokoje nasiąknięte gonitwą myśli, wypełnione stukiem maszyny do pisania. Z ukosa spogląda na mnie ze swojego portretu z 1925 roku pędzla M.H, Chrzanowskiego, Leonard Lewandowski, którego babcia Halinka chciała przemycić przez granicę do Kanady. Na moje szczęście, została zatrzymana przez strażników na lotnisku i tak stałam się dziedziczką portretu, któremu towarzyszy czarno-biała fotografia w złotej ramie prababci Ludwiki z domu Radlińskiej, która zmarła kilka miesięcy po drugim porodzie w 1922 roku. Trzy lata wcześniej urodziła się moja babcia, która miała jeszcze przyrodnie rodzeństwo z poprzedniego małżeństwa swojej mamy. Portret pradziadka wyszedł z ramy przy okazji konserwacji i od dłuższego czasu domaga się nowej ramy. M.E. Chrzanowski to prawdopodobnie Antoni Chrzanowski, krakowski malarz akwarelista, uczeń Leona Wyczółkowskiego i Alfreda Terleckiego, przynajmniej tak twierdzi AI. To zabawne, że artystów zawsze podaje się w kontekście ich nauczycieli, mistrzów. Jakby bez nich nie mieli racji bycia. W 1925 roku Leonard Lewandowski jest już warszawskim urzędnikiem, awansował z zecera pracującego i mieszkającego na warszawskiej Woli, najpierw przy Nowo-Wolskiej, a później Staszica. W tym momencie stać go było na swój portret. Ma niebieskie oczy. Chciałam o niego zadbać zanim sama odejdę w niepamięć. Póki nie ma ramy, ja jestem. Wpatruję się w ekran. Powietrze wypełnia woń polnych kwiatów podarowanych mi przez sąsiadkę, która z płatków tworzy kolaże. W podzięce podarowałam jej akwarelkę. Nic szczególnego, jej kwiaty uwiecznione na papierze. Nie można się skupić. Mucha bzyczy. Monstera, której rozmiary przeszły wszelkie wyobrażenia mieszkańców lokalu na byłym osiedlu fabrycznym, rzuca duży cień na blat. Za oknem nagle się ściemnia, dochodzi do uszu dźwięk wzmagającego się deszczu. Niebo przeszywa pierwsza błyskawica. Gaja zaczyna chować się po kątach, jej kątach. Komputer wydaje z siebie niepokojące dźwięki, buczenie z każdą minutą nasila się przyprawiając mnie o palpitację serca, pohukiwanie świadczy o niezwłocznej potrzebie wymiany wentylatora. Otworzyłam stronę z zamiarem, że coś napiszę i... skończyło się, jak zwykle. Wlepiam się w tą przestrzeń wokół kącika. 

CO było DALEJ - zapytacie. Mrugasz niespełna trzy razy i dopada cię przejmująca myśl, ale o czym masz pisać? Zawieszasz się na tej myśli. Boisz się jej. Straciłaś poczucie, że jeszcze masz coś do powiedzenia. Coraz bardziej czujesz, że straciłaś własny głos, zdarłaś struny powtarzając, krzycząc, nawołując niczym Kasandra. A oni nie słuchają, są głusi. Nie opuszcza cię wrażenie, że ludzkość woli dać zalać się szybko znikającym seriom kolorowych obrazków, a ty już nie stanowisz wyjątku w tej masie. Widząc poszukiwania chwili oderwania w coraz to krótszych momentach chwilowego uniesienia emocjonalnego, które obecnie przybrało postać małej brzydkiej pluszowej zabawki, zapadasz się w sobie. Chwytają się namiastki kontroli, którą pozornie mogą jeszcze sprawować. Oddajesz się fantazjom wyrwania się z tej szarości, zapamiętanej z czasów dzieciństwa w postsocjalistycznej betonowej klatce otoczonej szczelnym murem żelaznej kurtyny. Twój organizm nie przetwarza już od czasu pandemii, nieprzewidywalności, zagrożenia chorobą, śmierci wpełzającej każdym porem. Kiedy udaje ci się osadzić w tym zamęcie, niczym w grze komputerowej przechodzisz na poziom wyżej, obok wybucha wojna. Podskórnie uciekasz, żeby nie spotkać się z cieniem lęku użycia broni atomowej, który dopada cię w kinie po wyjściu z seansu Barbie Oppenheimera. Oglądasz relacje na żywo z bombardowanego ukraińskiego miasta, kadry lasu przygranicznego z Białorusią. Oglądasz live'y z miasta z którego powoli opada kurz ukazując w całej okazałości zniszczenia i skalę ludobójstwa, przeplatanych doniesieniami o możliwości zakupu nieruchomości na ludzkich szczątkach. To się nie śniło producentom Big Brothera, który miał nad nami czuwać, ale najwidoczniej przestał. Porzucił nas jak dobry ojciec, który został przyłapany na koncercie na zdradzie. Nie możesz patrzeć na obrazki udostępniane przez koleżankę z pracowni, której mąż uciekł z krainy wiecznego piasku. Klikasz coraz bardziej świadomie to, co pozwoli oszukać algorytm, będący brzytwą na twojej tonącej tratwie. Klip kilkuletniego dziecka, którego układ nerwowy nie jest w stanie pomieścić tego co doświadczył, nie rozczula cię, pozornie. Nieświadomie zawieszasz go na swojej ścianie. Paraliżuje cię wspomnienie pani z wycieczki z mocnym czarnym tapirem włosów, które jeszcze jej zostały, na której buciki małych hiroszimskich dzieci nie zrobiły wrażenia. Zabrała wnusię na wycieczkę. Opuszczając tłum zwiedzających miasto pokoju wykrzyczała ci przez zaciśnięte usta do ucha - Oświęcił to była tragedia. A nie to. Co to ma być. Raz i już. Wielkie mi ci hallo. U NAS latami, U NAS latami cierpieli. - Tak? - odpowiedziałam zdziwiona. - Nie widziałam. - Namalowane na jej wypudrowanym obrysowanym ciężkim czarnym konturem lico wyraziło więcej niż tysiąc słów. Mogłam poczuć ciężar zdrady narodowej. - Nigdy tam nie byłam. - zrobiłam znaczącą przerwę. - Tam zginęła moja rodzina.
Kurtyna opadła. 
 
Próbujesz wrócić do nawyków codzienności, zatracić się w rutynie. Pod koniec roku szkolnego, na końcówce czerwca rozmawiałam ze studentką pedagogiki o moich doświadczenia z czasu pandemii. Wróciłam do zdjęć z tamtego czasu. Zawsze coś dokumentuję. Może to rodzinne. Próbuję coś zatrzymać, jak ten obraz pradziadka. Siedzę na nich głównie na podłodze lub na łóżku w sypialni, obok Gaja, w drugim pokoju odbywa się korpo życie zdalne. Siedzę owinięta w koc. Jeden w serduszka, drugi w kotki. Puszyście miękki, z home&you. Taki sam podarowany mamie, oddałam po jej śmierci koleżance, która kocha koty, ale to dopiero jak się przeprowadzimy z ochockiego postmodernistycznego raju otulonego zielenią. Jeszcze nie teraz. Podświadomie chroniłam się dodatkową warstwą koca przed tym, co moje ciało nie umiało już w sobie pomieścić. Moja skóra wydawała się zbyt cienka, zbyt przepuszczalna. 

Chcesz przechytrzyć algorytm. Przechytrzyć życie, żeby podsyłał ci tylko określone treści. Karmił tylko tym, co przyjemne, kolorowe, tysiącem obrazków kotków czy uratowanych zwierząt. Zwierząt uratowanych przez ludzi na dowód tego, że jest w nas jeszcze cząsteczka człowieczeństwa. A potem dziwisz się swemu odrętwieniu na kanapie, po pracy, po życiu. Niemocy twórczej, która dotychczas była niczym panaceum, lek na całe zło. Pisanie uratowało cię, pomogło przetrwać pandemię, która wydawała się najgorszym, co spotkało cię w życiu. Poszerzając dotychczasowy repertuar spierdoliny. Może dlatego tak trudno sprzedać mit spółdzielczości, bo nie dojrzałaś do tego, żeby głośno przyznać sama przed sobą, że pisanie uratowało ci życie. Przetrwałaś dzięki niemu. Stratę, żałobę, zagrożenie pandemią, chorobą, śmiercią. Byłaś zajęta remontem, przeprowadzką. Pakowałaś w pudła matkę, pakowałaś życie. A życie wprowadziło klocki domina w ruch i nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa.  

Tym razem czujesz, że to za dużo. Tak łatwo nie przekroczysz rubikonu. Nie tym razem. I tak kończysz z pustką kartką. Następnym razem na samą myśl nawet nie podejdziesz do komputera. To uczucie już znasz z czasów doktoranckich, rozpoznajesz jego metaliczny smak, gorycz jaka mu towarzyszy, więc zajmiesz się bardziej atrakcyjnym sprzątaniem, które o dziwo w stanie permanentnego zmęczenia jakiego doświadczasz po raz pierwszy, nie okaże się lekiem na całe zło. Nie tym razem. Wołami nie zaciągną cię przed komputer. Będziesz orbitować między podłogą, a kanapą. Omijając szerokim łukiem stół z komputerem łypiącym na ciebie z wyrzutem sumienia, który na siebie projektujesz. Nawet nie spojrzysz w jego kierunku. Odwracasz wzrok. Więc odpuszczasz. Myślisz, że masz to pod kontrolą. Ale to roznosi się jak pleśń w porzuconym mieszkaniu. Zauważysz, że nie chodzisz do pracowni. Odgonisz tą myśl niczym upierdliwą muchę. Zlekceważysz. Zapuszczasz korzenie, głównie w kanapę. Kursujesz jedynie między znanymi punktami, stabilnymi, przewidywalnymi. Dom - praca - dom. Zapytacie, jak przystało na inteligentnych czytelników albo słuchaczy w tym przypadku. To jak się tu znalazłaś, mimo wszystko. Wakacje. Wyczekiwane. Pozamykane wszelkie plany, działania z listu to do. NIC. Masz oddać się NICZEMU. Żeby móc wrócić do siebie, żeby zrobić przestrzeń na spotkanie się z tym, co w dalszym rozpędzie może wepchnąć cię ponownie do szpitala, a tego nie chcesz. Tego nie potrzebujesz. Więc niespiesznie przysiadasz sobie na krawędzi krzesła. Masz przed sobą zieleń konarów liści i dzikiego wina. Do Polski przyjeżdża Gabore. Najpierw się na niego boczysz, bo nie możesz go zobaczyć na żywo. Tupiesz nóżką jak smarkata pięciolatka, że tylko wybrańcy, czytasz z wypiekami doniesienia o jego plugawościach. Aż wysłuchasz jego rozmowy z Paciorkiem. 

Człowiek ma wybór. 

W każdej chwili, nie tylko w chwili swojej śmierci, może zadać sobie pytanie: 
po której stronie historii stanęłaś?
Co zrobiłaś w swoim życiu kiedy cały świat odwracał wzrok? 

A no wsiadłam do pociągu i pojechałam do Wrocławia. Wyszłam na dworcu, złapałam kilka kadrów żółtka elewacji, a potem ruszyłam znanymi ścieżkami z plecakiem, który przysporzył wiele uciechy, przed siebie, na rynek. Po drodze kupiłam pocztówki i znaczki. Wyposażyłam się w wejściówkę do muzeum. Skorzystałam z toalety w piwnicy kamienicy do której prowadziły wyszukane schody. Usiadłam na ławce przed. I czekałam. Przeszedł protest wobec działalności banku wspierającego zakup broni, który wzbudził chwilowe zaciekawienie, jako źródło hałasu. I tak jak się pojawił, tak szybko stał się wspomnieniem o którym mało kto będzie chciał opowiadać przy niedzielnym obiedzie. Życie miejskie zakłócone na chwilę odgniotło się i powróciło do swojej poprzedniej formy. W tle było słychać robotników ustawiających scenę kina letniego, na ławce obok panowie konsumowali alpagę popychając ją na wskroś francuską bagietą, przetykaną śmiechem młodzieży, płaczem dziecka domagającego się zakupu jakiegoś plastikowego badziewia, a może uciekł mu balonik? Po rozmowę w średnim wieku yappie. Stukot obcasów, odgłos spustu migawki. Wykrzywione gęby gombrowiczowskiego niezadowolenia - zrób jeszcze jedno, wyglądam grubo, tym razem postaraj się lepiej - napomniała dziecko matka, wijąca się w dziwnych pozach obejmując starszą córkę na tle kamienicy. Seria beznamiętnych pstryknięć. Bezzębny młodziak nadgryziony zębem czasu przysiadł się obok pytając CO TU SIĘ DZIEJE, szczerząc się jak głupi do sera. Też chciałabym wiedzieć - jakbym przypominała wyrocznię co mu udzieli pokrętnej odpowiedzi na nie właściwie zadane pytanie lub da ciasteczko z  wróżbą na pocieszenie,  które nada sens jego egzystencji do kolejnej butelki taniego wina z żabki. 

Wreszcie zostałam sama. 

Ale mój mózg nie mógł sobie z tym zagięciem czasu i przestrzeni poradzić, więc zanim się spostrzegłam wyrwał mnie z tego stanu zawieszenia i wprowadził w pewne niesforne napięcie, które sprawiło, że wiedziona wewnętrznym niepokojem nie potrafiąc określić gdzie jestem i ile czasu spędziłam w zawieszeniu. Chcąc strzepnąć z siebie to odrętwienie, odruchowo chwyciłam za telefon
i zadzwoniłam, żeby usłyszeć głos, który mnie zakotwiczy w otaczającej mnie rzeczywistości. 

Już byłam ze sobą. Odnalazłam siebie nad talerzem wdzięcznego chłodnika w różowej krowie. 

Ostatnio postanowiłam przeprowadzić na sobie eksperyment, eksperyment na żywym organizmie. Usiadłam do pustego notesu, na szczęście mam ich wiele na podorędziu i wróciłam do pisania. Odręcznego pisania. Ponoć lepiej robi na mózg. Przynajmniej tak donoszą na instagramie lub na tik - toku. Naszkicowałam sobie linię własnego życia. Wróciłam do przeszłości próbując spojrzeć na wszystkie swoje doświadczenia wymuskując z nich to co pomogło mi przetrwać. Dokonywałam wiwisekcji na żywym organizmie, przypierając się do muru i nie odpuszczając sobie. Tam musi coś być. Coś sprawiło, że trwam, żyję, jestem. Co jest tą siłą, która nadal utrzymuje mnie na powierzchni. 

Jedno z założeń terapeutycznych zakłada poszukiwanie potencjału i/lub zasobu/zasobów ludzkich, które pomagają nam przeżyć. Szukałam, więc punktów na mapie swego życia, żeby móc połączyć kropki. Spojrzeć na siebie jakbym widziała się po raz pierwszy próbując uniknąć tego nieznośnego schematycznego spojrzenia, co było niczym pojedynek don kichota z wiatrakami. Strasznie oporny ze mnie wiatrak. Czuję się ostatnio jak Weronika ze swoim podwójnym życiem. Realizowałam jakąś wizję społecznie akceptowalną po podjęciu jakiś nietrafnych w swojej ocenie decyzji w które brnęłam próbując ratować twarz sama przed sobą, próbując jakoś wybrną z tego całego ambarasu w jaki się wpakowałam na własne życzenie, a jednocześnie wydreptywałam drugą ścieżkę. Aż zmiotło mnie z szachownicy życia. Przyświecała mi idea dania rady. Jako dziecko straciłam osobę, która stanowiła epicentrum mojego jestestwa. Byłyśmy swoimi oczkami w głowach. Dorośli się rozpadli, dziecko rozsypało się i nie miał kto tego zebrać do kupy. Wytworzyła się funkcja przetrwania, dawania rady, która niebotycznie rozciągnęła się niespiesznie na ponad dwadzieścia lat. Aż pękła po upływie czasu przydatności.   

Ale wróćmy do Adamczyk. 

Bo przecież przez nią ten cały ambaras. 

Wystawa zorganizowana w filii Ossolineum zestawiła ze sobą twórczość Adamczyk i Wróblewskiej, dwóch artystek, które życie poprzetykane jest cierpieniem, bólem, w tym egzystencjonalnym, stratą i śmiercią. Każda na swój sposób próbuje poradzić sobie z niepokojem jaki pozostaje w człowieku, który go gniecie, choćby podskórnie, wwierca się w niego i nie daje pozornie spokoju póki nie znajdziesz dla niego ukojenia. Mimo odmiennych losów czy stosowanych technik, ich prace przeplatają się ze sobą niczym dwa żywe organizmy w symbiozie. Zmuszają odbiorców do spotkania się z tym co trudne, niewygodne, drażniące, niechciane. Z cieniem ludzkiej egzystencji. Nikt z nas nie chce doświadczać śmierci, cierpienia, bólu, rozłąki, samotności. Paradoksalnie to one uczą nas najwięcej o życiu. To w nich możemy szukać sensu, jeśli ono przyniesie nam ukojenie lub poszukiwać spokoju w braku sensu. Adamczyk rzuca światło na przemilczane, pomijane, zapominane ofiary krwawych zbrodni. Chce żebyśmy patrzyli, żebyśmy, nie odwracali wzroku - nie tylko od ofiar, ale też od tego co trudne. Wszakże możemy patrzeć nie widząc. A jednak chodzi nam wszystkim o zobaczenie.  






Adamczyk sięga do symboliki rodzinnej, na tyle uniwersalnej, że dla większości polskiego społeczeństwa można w nich odnaleźć wyniesione ze swoich rodzinnych domów doświadczenia. Splata za nas warkocze, plecie wyniesione ołtarze łącząc życie ze śmiercią nierozerwalnym węzłem.


Od wieków próbujemy oswoić śmierć i stratę. Obdarci obecnie ze wspólnot, nastawieni na bycie własnym sterem i okrętem patrzymy na stratę jak na chorobę, na którą możesz wziąć krótkie L4. Ale nie obnoś się zbyt ostentacyjnie ze swoim bólem i cierpieniem, bo wprowadzasz tym innych w niepokój. Niezręczność przeradzającą się w społeczną trędowatość czy izolację. 

Nikt nie chce spotkać się z Hekate. 

Przecież w życiu chodzi o przyjemną lekkość bytu. Znośność. Przewrotnie odsuwając się, sami pozornie próbujemy uchronić się przed czymś co jest nieuchronne. WSZYSCY UMRZEMY. Do tej pory pamiętam słowa koleżanki rzucone zza lady sklepu siedliska konsumpcjonistycznego raju w którym przyszło nam dzieciom prekariatu pracować, a raczej utrzymywać się na powierzchni życia. Dorosłe dzieci mają żal. WSZYSCY UMRZEMY. Przy odrobinie szczęścia sami pochowamy naszych rodziców. A nie na odwrót. A my pędzimy przez życie w poczuciu nieśmiertelności i niezwyciężenia, próbujemy wystrychną na dudka własną śmierć. Wszystko ma swój początek i koniec. Śmierć jest wpisana w życie, rodzimy się z datą przydatności. Niektórym brutalnie się o tym przypomni. Co zrobią z tą wiedzą tajemną, to wybór przed którym stają. Ograbiono nas ze wspólnotowego wsparcia i oswajania z bólem, chronimy dzieci przez upadkiem, nie dając im doświadczyć siły wstawania, nie chcemy cierpieć, więc mamy coraz więcej pigułek na życie. Ograbiono nas z łez. I z przeżywania. 


Adamczyk w zależności od scenerii miejsca w którym wystawia, niczym w życiu dostosowuje swoje dzieło do przestrzeni pokazując zmienność, brak stałości. Wreszcie obrazy przekraczają granicę ściany. Wchodzą w przestrzeń, interakcję z obserwatorem. Dzisiejszy odbiór dzieła, jak i życia, jest jedyny niepowtarzalny, bo jutra nie ma, a wczoraj jest wspomnieniem. Jest dzisiaj. 


Człowiek bez doświadczeń nie rozwija się, nie przystosowuje się, nie przetrwa. W drodze do domu rozmawiałyśmy z Adamczyk o śmierci, stracie, o przeżywaniu własnych doświadczeń z nimi związanymi. O tym, że każdego z nas spotyka coś, co może odmienić jego życie, spojrzenie na świat. Zastanawiałyśmy się czy byłybyśmy tymi samymi osobami, gdybyśmy nie doświadczyły tego, co nam życie dało. Czy to był dar czy przekleństwo? Czy bez tego Adamczyk mogłaby tworzyć? Czy mogłaby stworzyć przestrzeń dla tych, które zostały pominięte, zapomniane. Czy mogłaby być pomostem dla ludzi, którzy przeżywają stratę. Czy Kammbach by pisała? Czy poszukiwałaby siebie w tych kadrach, grudce gliny? Czy sięgnęłaby po aparat, gdyby nie babcia Halinka, która pod koniec 1945 zdobywała papiery mistrzowskie w fotografii. Poszłaby do tej samej szkoły fotografii, co jej matka? 



cienie. 



Pisząc w słuchawkach wsłuchuję się w Changes w wykonaniu Dom'a Richarda Harrisona, znanego jako Yungblud. Bardzo chciałam polecieć na ostatni pożegnalny koncert Black Sabbath nawet byłam chyba 1666 w kolejce do biletu. W domu dziecięcym rozbrzmiewały nuty Mama I'm comming home. Więc chciałam pojechać z Ozzim, żeby mógł zobaczyć na własne oczy swojego idola po raz pierwszy i ostatni. Wykon Yunbluda poruszył jakąś strunę... jakby wyśpiewywał to wszystko, co nieuniknione, co nadchodzi. Co jest we mnie. Nawet próbowałam ubrać to w słowa, ale wciąż nieudolnie... Jakby osoba, która dotknęła objęć Morfeusza wyczuwała, co nadchodzi. Niektóre momenty w moim życiu wiążą się z piosenką, niczym w Ally McBeal. W niektórych momentach przychodzą książki, jakby same mnie szukały. Tym razem przyszedł Gabore i jakby kolejny puzzel wskoczył na swoje miejsce, jakby nagle okazało się jasne to, co wydawało się ciemne, rozmyte, niewyraźne. Nie chciane zostało dostrzeżone. 

22 lipca 2025 roku dowiedzieliśmy się wszyscy o śmierci Ozziego. Siedziałam na kanapie i coś oglądałam, jakiś serial. Może Anielę kpiącą ze wszystkiego i wszystkich. I zdławiłam łzy. Następnego dnia czując jakiś niepokój, nie mogłam skupić się na nadrabianych treściach z kursu. Nie mogłam skupić się na pisaniu. Nie mogłam być. Chwyciłam bezwiednie, odruchowo, za telefon. No stał się, niepokojąco telefon stał się pomocnikiem kojenia nerwów. A on zalał mnie. Nie byłam w stanie znieść kolejnego zalewu. 
I wtedy przyszła do mnie ona. 
myśl. 

Pozwól sobie płakać. 

Koncert Ozziego był triumfem ducha nad ciałem, które pokazuje nam nieubłaganie o swojej przydatności, przemijaniu. Najpiękniejszą formą pożegnania artysty za jego życia. Zagranie ostatni raz. Bycie w miejscu, które stanowiło esencję życia, które uratowało go te 50 lat wcześniej. O mały włos nie mielibyśmy War Pigs, Zakk Wylde, Metallicy, Gun's and Roses, Nuno Bettencourt, Yungbluda i wielu innych. Jedna decyzja, jeden wybór... Ciało dało radę, zniosło, doniosło. A później zaczęło odpuszczać, puszczać. Patrzymy jak idole odchodzą, bogowie zstępują z olimpu. Anna Ciarkowska w Splotach swoją osiemdziesięcioletnią wersją staruszki pisarki wyplata nam sploty pokazując jak ważne jest spotykanie się z własną starością, odchodzeniem, śmiercią. Jaką mamy potrzebę pozostawienia po sobie śladu. Mnie od dziecka nawiedza silny impuls pozostawienia czegoś po sobie. Może to dziedzictwo po babci, oprócz zielonych oczu z pomarańczową plamą w lewym, której od dziecka towarzyszy śmierć - matkę zabrały czarne diabły, powstanie miłość życia, ocaliła ją uroda oraz perfekcyjna znajomość niemieckiego przechowując niewygodny ludzki materiał w czasie wojny w piwnicy swojego zakładu fotograficznego nad którym mieszkała na nowym świecie zakupionego przez ukochanego ojca Leonarda. Odwiedzał ją Blikle z cukierni mieszczącej się na skos od jej atelier. Uciekła. Widziała po prawej stronie płonącą Warszawę. Może dlatego tak łatwo pakowała walizki, zabierała dzieci i zaczynała od nowa. Raz po raz. Może dlatego ja, oczko w jej głowie, noszę się po świecie, bo inaczej nie potrafię usiedzieć w miejscu, na tyłku. Może dlatego moje życie wypełnione jest działaniem, próbowaniem, smakowaniem, żeby nie musieć mieć do końca swych dni zapasów puszek w kuchni. Bo w środku wiem od dziecka, że jutra może nie być. I mnie też. 

Tylko (nie) pozwól mi płakać. 






w tle: 
Flying away Katarzyna Kowalska 
https://katarzyna-kowalska.com/

pozostałe projekty Justyny Adamczyk 
https://justynaadamczyk.com/

a jak nie chcesz czytać to możesz posłuchać 
podcast A Kammbach powiedziała 
Nie wiem, czyli jak nie zostałam zupką chińską

Nie wiem, czyli jak nie zostałam zupką chińską


Przestałam pisać.
W planach, a raczej w głowie, miałam tak, że roczny urlop wykorzystam bardzo produktywnie. Zaczęło mi to przypominać czasy covida i pandemii wtedy też obserwując głównie na instagramie poczynania innych ludzi miałam w głowie, że ten czas przymusowego osadzenia w domu powinnam dobrze, czytaj nadprodukcyjnie wykorzystać, skończyć co najmniej z doktoratem jak nie habilitacją. Tylko wróć, rok wcześniej pożegnałam się z doktoratem. I tu znowu słyszałam, że coś powinnam robić, bo jak to siedzieć przez rok i nic nie robić. Toż to w naszej konsumpcyjnej kulturze nadprodukcji nie mieści się w głowie. To było jak młyn na moją wodę. Jak mam coś robić to pakujmy się i jeźdźmy w świat. Przecież naoglądałam się tych wszystkich ludzi z insta, co to pakują się jadą i są zajebiście szczęśliwi, też tak chcę. Taka okazja może się szybko nie powtórzyć... taaa, jakoś nie spotkało się to z entuzjazmem. Więc jak nie podróż to co, to pisanie. Chciałam sięgnąć po coś co mnie uratowało podczas pandemii. Zdjęcia z początków pandemii wyglądają tak jak to powyżej - jestem zawinięta w koc i nagrywam dzień w dzień krótkie filmiki na FB zespołu pp dla dzieciaków. Ten koc jest znamienny to dodatkowa warstwa, która ma mnie ochronić przed tym co przyszykował nam świat zewnętrzy, a z którym radziłam sobie różnie. Zmiany możemy postrzegać różnie tak samo jak kryzysy. Tylko czy bez zmian nie ma zmiany w nas. Miałam ambitny roczny plan pisania, bo świat podesłał mi wydarzenie, które wolałabym, żeby się nie wydarzyło, a jednak doszło do niego, cała Polska usłyszała o chłopcu z miasta czarnej madonny. A we mnie zasiało się ziarno. Przecież pisałaś o tym magisterkę, przecież wiesz, że za wiele się nie zmieniło, żeby doszło do zmiany społecznej pokolenie musi poznać źródło. Więc chciałam napisać o praźródle przemocy, o dzieciństwie i do tego połączyć to z nadzieją jaką upatruję w terapii systemowej, która sięga po traumy transgeneracyjne niesione przez pokolenia. Taki był plan, ambitny plan. Ale kto chce słyszeć prawdę? Nie powiem kilka razy robiłam podejścia do komputera, do lektury, coś tam poprawiałam, kreśliłam, zarysowywałam koncepcję. A potem nie byłam w stanie pisać. Było nawet gorzej niż za czasów pisania doktoratu. Ale wspomniałam wam, że pisanie mnie uratowało. Podczas pandemii znalazłam w sobie siłę, żeby całą swoją energię spożytkować w dokończenie czegoś, pozostawienie czegoś po sobie, jakiegoś śladu, czegoś co przetrwa. Czegoś namacalnego, czegoś czego można się trzymać, do czego można wracać. Niczym liny, którą rzuca się tonącemu rozbitkowie. Albo kompasu, który wskaże kierunek, kiedy nie wiemy dokąd płyniemy. I już rozumiem niektórych pisarzy/pisarki jak mówią, że po napisaniu jest odcięcie. Cieszysz się, ale masz poczucie, że zrobiłeś swoje, koniec tematu. Tym razem nie pchnęłam tego dalej, bo nałożyło się na to za wiele warstw. Jedną z nich było nie wiem.  

Niedawno miałam urodziny takie znamienne, co to po nich już z górki. Lubię w sobie to, że od dziecka robię zdjęcia. Taka namiastka kontynuacji rodzinnej tradycji, one, w sensie moja babcia i mama, z tego żyły, ja robię zdjęcia przez całe życie. Przed osiemnastką bardzo poważnym rokiem w życiu każdego człowieka, zebrałam do kupy swoje życie w jeden album. Teraz przed czterdziestką wypadałoby poczynić podobne kroki, ale skończyło się na przeglądaniu zdjęć i robieniu podsumowania dotychczasowego życia. Zastanawiania się co dalej. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że przez cały rok moim głównym towarzyszem było nie wiem. Ostatnio przeczytałam tekst Sabiny Sadeckiej o nie wiem. Można mieć pozorne przeczucie, że mamy wiedzieć - kim chcemy być, co chcemy robić, dokąd iść, po to co chcemy jeść, jakiego partnera szukamy w życiu. A co jak nie wiemy? Czy w ogóle możemy pozwolić sobie na niewiedzę?
 
Pamiętam taki moment, przełomowy z perspektywy czasu, w mojej pracy, kiedy przyznawałam się, ja dorosła młodzieży z którą rozmawiałam do tego, że czegoś nie wiem, ale że mogę sprawdzić, możemy razem dowiedzieć się, poszukać. Ogólnie napawałam się i rozkoszowałam się tym, że nie wiem. Jeszcze lepiej, że w ogóle mogę nie wiedzieć. Kluczowe było dla mnie przyzwolenie sobie na niewiedzę, że ja jako specjalistka, której samo to miano narzuca wiedzę, a przynajmniej stwarzanie pozoru wiedzy jednocześnie może czegoś nie wiedzieć. Jak to w życiu wszystko ma dwie strony. I tak jak możemy pobyć z tą niewiedzą, która jest w porządku, bo stajemy w prawdzie, że nie ogarniam umysłem wszechwiedzy tajemnej, pamiętacie z Indiana Jonesa radziecką naukowczynię, która dzięki obcym posiadła wiedzę absolutną i prawie eksplodowała. Więc chyba nie chciałabym wiedzieć wszystkiego, mogę coś wiedzieć. A może bardziej pociąga mnie stan zaciekawienia i możliwość stworzenia sobie przestrzeni na dowiedzenie się, sprawdzenie czy coś jest moje czy nie. Na perspektywę, że nie muszę wiedzieć. Nawet jako specjalista nie zjadłam wszystkich rozumów. Mój zawód z założenia zakłada uczenie się przez całe życie, bo tyle się dzieje. Z drugiej stron nie wiem można też użyć do tego, żeby więcej nie robić, żeby nie wiedzieć. Może być wymówką. Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Kuszące. Tylko wydaje mi się, że w dłuższej perspektywie wyobrażam sobie spadanie w jakieś mroczne miejsce niewiedzy, która odcina mnie od światła, od życia. Bo dla mnie najciekawsza jest ta przestrzeń pomiędzy. Gdzie pozwalamy sobie być w tym nie wiem. Bywa niewygodnie, onieśmielająco, drażniąco, ale jak się tam rozsiądziemy to bywa, że doznamy spokoju niewiedzy. 
 



Co chcę Wam powiedzieć. Chcę się podzielić swoim stanem, którego doświadczyłam. W ostateczności w tym znamiennym roku pojechaliśmy w moją pierwszą offroadową podróż po Gruzji. Nie wiem czy mam odwagę pisać, co tam się działo. Może bardziej Anna Dziewitt-Miller i Marcin Miller piękniej opowiadają o Gruzji. Ale tak doświadczyłam tego, co oni wiele razy. Pojechaliśmy też pod namiot, który bardziej zasługuje na miano hangaru, nad Balaton. I tam doznałam czegoś jeszcze silniejszego. Obserwowałam ludzi w różnym wieku, różnych narodowości, którzy jak to na kampingach żyją swoim rytmem. Czytają książki, rozwiązują krzyżówki, słuchają muzyki, grają w karty, grają w gry, wspólnie przygotowują posiłki, czasem pójdą nad jezioro, czasem na spacer do pobliskiego miasteczka lub na wycieczkę do stolicy, ale przez większą część czasu robią nic. 

Tak bardzo potrzebowałam tego doświadczyć. Tak bardzo wyjazd, wspólny urlop jest nacechowanych dużo-dużo, więcej więcej, wyciśnij ile się da. A tu polako polako - po woli, nie spieszy się, nie musisz. Musiałam pozbyć się tego wewnętrznego rozedrgania, napięcia, które wymuszało na mnie pośpiech, działanie i ruch. Mogłam zasiąść w krzesełku i przez cały dzień czytać lub rozwiązywać krzyżówki jak emeryt albo nie robić nic. Bardzo chciałabym być na emeryturze. I to doświadczenie ze mną zostało. Do niego chcę dążyć, chcę żeby się rozgościło we mnie na dobre. Niepośpiesznie, w swoim tempie. Mieszczące w sobie wszelkie stany od nie wiem, po nic. Bo jak mówię dzieciakom nie jesteśmy zupką chińską, zalejesz odczekasz trzy minuty i gotowe. Nasza współczesna kultura zapierdolu, konsumpcji do tego nas od lat sprowadza. Ale może czas na zwrot, bo życie mamy jedno. Bo jednak potrzeba czasu na dowiedzenie się, że czegoś nie wiem, a coś wiem, co lubię, a co nie jest dla mnie. 



Jak patrzę wstecz widzę młodą dziewczynkę, która spędzała czas z dzieciakami z podwórka, co było fajne, ale też znajdowała czas na siedzenie cicho rysując, z czasem pojawiały się pierwsze słowa, które próbowała sklejać w jakieś sensy. Młodą dziewuchę, która miewała szalone pomysły pisała do Pałacu Buckingham, bo chciała poćwiczyć angielski. Która marzyłam o projektowaniu i szyciu ubiorów, wystawach w Luwrze. Która mimo, że się bała to od dziecka spinała się w sobie i robiła coś, co w jej oczach przekraczało jej wszelkie możliwości, a jednak udawało się jej próbować. Która idąc do liceum jak nie dostała się do plastyka najpierw obraziła się na cały świat, podważyła swoje umiejętności rysowania, a później zapisała się do nowopowstałego domu kultury na zajęcia z rysunku. Która wsiadając do busiku w samodzielną podróż do Belgii marzyła o zostaniu Indianą Jonsem w spódnicy, chociaż bała się pająków i węży. Potem przeżyła największą stratę w swoim życiu i nie podniosła się z tego tak łatwo. Wegetowała. Potknęła się, mocno poobijała. Straciła z widoku sympatię, nie miała siły na powrót. Aż do momentu kiedy opieprzyła ją wychowawczyni od polskiego, bo gadała z kolegą z ławki zamiast jej słuchać, a ona mówiła, że jako jedyna z klasy przejawiam jakieś przebłyski literackie. Mówiła to w momencie kiedy groziła jej niedostateczna ocena z polskiego, każda jej praca miała więcej czerwonego w sobie niż maki na Monte Casino, więc możecie sobie wyobrazić jej zdziwienie, jak jej powtórzono co powiedziała polonistka. To pisanie znowu przywróciło ją do życia. Zaczęła jeszcze więcej czytać, pisać i próbować nowych form. Oczami naiwnego dziecka widziała siebie jak jeździ po całej Polsce w trasy promocyjne, ba po co się ograniczać jeździła po świecie... kiedy wysyłała pierwsze teksty na konkursy. Moja naiwność nie znała granic, co jest urocze, bo marzyłam i spełniałam swoje marzenia. Chociaż jak widać świat nie odpowiadał na nie tak jak oczekiwałam. 



Dużo działo się po drodze zanim dotarłam do punktu w którym jestem. Czy jestem mądrzejsza? Nie sądzę. Może mam trochę więcej wiedzy, więcej doświadczeń z których staram się coś wyciągnąć dla siebie. Zawsze jak czegoś doświadczałam myślałam inni mają gorzej, trudniej, głodują, umierają, nie mają dachu nad głową. Od dziecka byłam idealistką, która nie miała w sobie zgody na ludzką krzywdę. Nie umiałam pojąć jak dzieci w Afryce głodują czy chorują na AIDS jak można do tego doprowadzać, jak można na to pozwalać. Te niezgody na ludzkie krzywdy są ze mną - czy to dotyczy dziecka przypalanego o kaflowy piec, ludobójstwa wobec cywilów w tym dzieci, gwałtów w centrum miasta, nienawiści wobec gejów, zakazu aborcji czy bombardowaniu Ukraińców. Aż przyszedł moment w którym życie wyciągnęło asa z rękawa i powiedziało sprawdzam. A ja nie wiedziałam co będzie, jak będzie i czy w ogóle będzie. I to wywróciło wszystko do góry nogami, bo nie umiem udawać, że nic się nie stało, że jest po staremu. Bo we mnie zaszła za duża zmiana. Jakby tym ostatnim życie przelało czarę goryczy. I może dlatego tym razem trudno sięgnąć po coś co jak patrzę na lata swojego życia ratowało mi tyłek, mimo braku spektakularnych sukcesów. Może jestem w takim momencie, że nie wiem jest na tyle mocno osadzone, że nawet pisanie nie pomaga. 
A jednak tu jestem. Dlaczego? Wywróciło mnie dzisiaj na lewą stronę i usiadłam do pisania...  





















Teraz pozwolicie uronię łezkę. Jestem wdzięczna, że przez te wszystkie lata próbowałam, potykałam się, wstawałam i szukałam swojej drogi. Czasem próbowałam się wpasować, spełnić czyjeś oczekiwania, aż skręcałam i wracałam na swoją ścieżkę. Gdzie mnie zaprowadzi nie wiem, ale chętnie sprawdzę. 


 

Harda, ale...

Harda, ale...



Ten tekst miał zacząć się inaczej, ale życie jak to życie najpierw sprawiło, że zaczęłam odkładać go w nieskończoność, co tylko potęgowało trud powrotu do pisania, a dodatkowo sprawiło, że czasem nie widzę sensu w niektórych działaniach, a co dopiero w pisaniu. Może mam przesyt, może czas się skończył, może ja się skończyłam, a wraz z tym moje "pisanie". A może tak wielu mówi, więc co można jeszcze powiedzieć. Albo dręczy mnie to co i jak trzeba powiedzieć, żeby cię usłyszano. I to mnie jeszcze bardziej zniechęca. Na szczęście lub nieszczęście, działam czasem pod wpływem impulsu, nękana przez jakąś niewidzialną siłę... Daleko mi do Remigiusza Mroza, którego cudnie słuchało się w rozmowie z Justyną Mazur-Kudelską, obydwoje mają tak kojące głosy. Zresztą słuchanie ich okazało się błogą prokrastynacją tuż po otworzeniu strony bloggera. Na godzinę odwrócili moją uwagę, potem poszukiwanie materiałów do wyrobu świec i termofarb... nie pytajcie. A jednak silna potrzeba przelania, a raczej wylania z siebie tego, co się we mnie kisi... chyba zwyciężyła... dzięki błogosławionemu poczuciu, że i tak nikt tego nie czyta, więc co mi szkodzi. 

Podróżując komunikacją miejską można mnie zobaczyć ostatnio z nosem w książce, jakby ktoś jeszcze o tym nie wiedział. Obecnie zanurzam się w biografii Joan Didion Tracy Daugherty, jak ona do mnie trafiła nadaje się na oddzielną historię.... Może trochę zuchwale próbuję uczyć się od najlepszych, a może podświadomie oddalam sobie moment zmierzenia się z samą sobą. 

Jestem dzieckiem komuny. Może dlatego wyjeżdżając do Gruzji czy innych krajów bloku wschodniego coś we mnie się odzywa, czego początkowo nie umiem nazwać. Teraz myślę, że to słodkogorzka połączenie deja vu z flashbackiem postraumatycznym przywodzącym obrazy z dobrze znanej mi rzeczywistości. Może wyjeżdżając w duchu dziękuję, że bliżej nam do zachodu, który nas pociągnął, ale jednocześnie jesteśmy w rozkroku szukając siebie, swojej tożsamości niczym nastolatek czy osoba po przejściach traumatycznych, która jeszcze nie wie kim jest, co przeżyła i dokąd zmierza, więc miota się to w prawo to w lewo. 

Chciałam powiedzieć, że jestem dzieckiem komuny. Moje dzieciństwo przypada na schyłek lat 80 i 90 XX wieku. Będąc w środku nie umiałam spojrzeń z dystansu na zmiany jakie następowały tuż obok. A może nie chciałam ich widzieć, bo niektóre brutalnie mnie dotykały. Czasem wolałam nie wyostrzać obrazu. Poza tym byłam dzieckiem. 

W 1999 roku dwie kobiety podjęły decyzję o niespodziance dla mnie z okazji dostania się do liceum. Wyruszyłam małym busem z Dworca Zachodniego do krainy sikającego chłopca i najlepszego piwa z nowym numerem Perspektyw opisującym zawód archeologa. Tak miałam zostać Indie Jonsem, sorry Harrison Ford namieszał mi nieźle w głowie.... Moją pierwszą wyprawą zagraniczną były kolonie organizowane przez zakład pracy na Węgry, więc nadal wschód. Teraz miałam zderzyć się z całkiem innym światem. Prawie ćwierćwiecze później dociera do mnie jak znacząca była to podróż. Nie jechałam tam na suksy jak Chomotowska, której dziennik ostatnio dorwałam i czytałam przypominając sobie znajomą krainę. Uprzywilejowanie wynikające z doświadczenia innego życia zaowocowało tym, że powrót do domu zasiał nadzieję na to, że można inaczej. Że jest coś poza betonozą. Jak mawiała moja mama ile zobaczysz to Twoje, nikt ci tego nie zabierze. I ostatnio o tym rozmawiałyśmy jak taki drobiazg jak pomysł dwóch kobiet, które jadły z jednej miski w dzieciństwie siłą rozpędu wpłynął na losy niczego nieświadomej małej dziewczynki. Zostałam ostatnio zapytana czy się nie bałam. Nie, strach pojawił się dopiero z czasem, z wiekiem. Wtedy byłam jeszcze obdarzona dziecięcą ufnością. Jak już byłam dorosła i trochę się poturbowałam w życiu cień trwogi odzywał się czasem z wzmożoną siłą. A jednak wsiadałam w pociąg, do autokaru czy samolotu i jechałam. Będąc na miejscu po kilku dniach siedząc na łóżku w wynajętym pokoju z butelką wina sięgałam za słuchawkę i ryczałam mamie, że co ja robię najlepszego, po co mi to.... Ale potrzeba bycia w drodze, zmienienia miejsca, zobaczenia czegoś z oddali, nabrania dystansu wiązała się z podróżą i ruchem. Może mam w genach nomadyczność, włóczęgę, wygnanie, zmianę.  Może mam w sobie niepokój ludzi, którzy musieli uciekać z własnych domów, żeby przeżyć. Może mam niepokój połączony z nadzieją na lepsze jutro. Jadąc gdziekolwiek mam poczucie, że żyję. Tylko żeby to wiedzieć muszę czasem się zatrzymać.  


Ten tekst będzie podziękowaniem dla tych kobiet, które zaszczepiły w tej małej dziewczynce ciekawość, ufność, wiarę i miłość do podróży, a tym samym do życia. I dla tych kobiet, które poznałam dzięki tej podróży. 


Zastanawiałam się, dlaczego miałam w sobie tyle oporu z tym tekstem. Może chciałam zbyt bardzo, zbyt mocno, zbyt intelektualnie zamiast instynktownie i intuicyjnie. Moja wyprawa do Gruzji była moją silną potrzebą, jak wszystkie podróże na przestrzeni ostatniego roku, udowodnienia sobie, że jeszcze mogę, że jeszcze dam radę. Równocześnie nie znajdowałam słów na opisanie tego, co czuję po powrocie. Teraz przyszła do mnie myśl, że to podobne uczucie do powrotu z imprezy. Słyszysz różne historie, widzisz różne rzeczy w sieci, głównie tragedie, i cieszysz się, że to nie twoja historia. Gruzja mnie pociąga, bo ma coś w sobie czego nie umiem opisać słowami. Szukam ich czytając opowieści Marcina Mellera, Anny Dziewit-Meller czy Katarzyny Pakosińskiej-Basilashvili. 

Znalezienie odpowiednich słów, żeby opisać ten kraj wymaga więcej niż tylko wpis na blogu. Do tego potrzeba co najmniej eseju lub reportażu i to nie po dwóch wizytach. Może stąd mam w sobie pewną trudność, żeby opisać to, co czuję po powrocie. Z szacunku dla miejsc, własnych doświadczeń, a przede wszystkim napotkanych na swej drodze ludzi chciałabym oddać to, co się we mnie nie mieści i co pozornie wydaje się niemożliwe do oddania. A może właśnie stykam się ze ścianą własnych niedoskonałości i niemożności osoby piszącej, bo daleka jestem od określania siebie pisarką. Choć słowo pisane przewija się w moim życiu. Może jakbym oddała to Kapuścińskiemu, Stasiukowi lub Mellerowi... a najlepiej Didion albo Arendt. Ubraliby w słowa niuanse, gesty, codzienność, ulotność, piękno, ludzi... 

A może pod tym kryje się obawa przed zmierzeniem z prawdą z którą obcowałam po części przemierzając tysiące kilometrów przewijających się za szybką mknącego auta. Jakie mam prawo do wyrażanie prawdy będąc tam przejazdem, zewnętrznym obserwatorem. A może przeraziło mnie to, co widzę. Moje pierwsze odurzenie Gruzją wiązało się z wizytą w Batumi. Miastem na wskroś europejskim z domieszką wschodnią w której łatwiej odnaleźć się europejczykowi. Tym razem miałam zanurzyć się w całkiem innym obrazie. Mocno kontrastującym, którego przedsmak miałam w nadmorskim kurorcie, ale byłam zbyt odurzona efektem pierwszego zauroczenia. Z powrotami do krajów jest jak ze związkami. Najpierw bujasz w obłokach i nie możesz się nadziwić. Z biegiem czasu ekstaza opada ukazując prawdę, której nie zawsze chcemy doświadczać. Gruzja tak jak jest onieśmielająco piękna ma też twarz konserwatyzmu, czarno-białego podziału, ale też biedy widocznej na każdym kroku, jeśli tylko opuścimy miejskie aglomeracje. Czy właśnie zderzenie z nią wzbudza we mnie taki dysonans i niepokój. Bo oczami wyobraźni widzę, że tak mogła wyglądać Polska. Przecież wjeżdżam na tereny postkomunistycznej krainy, kolejnej do której zapędy ma czerwony wódź z imperialnymi zapędami. Może to pozwala zobaczyć jakie sami mieliśmy szczęście, które trudno nam na co dzień docenić, bo zerkamy w kierunku zachodu i namiętnie taplamy się w błocie własnej spierdoliny. Jednocześnie uderza mnie i rozczula gruzińska serdeczność, życzliwość, gościnność. I co najważniejsze, nam całkiem obce, nie-narzekanie. Życie w swoim tempie, po swojemu, mimo przeciwności i podobnych przeżyć, a jednak tak odmienne reakcje. My zapętlamy się w sączeniu jadu. Nawet nasz język przesiąknięty jest biadoleniem i życzeniem każdemu upadku. Jak się komuś udało to pewnie dzięki znajomościom albo ukradł, zakombinował. Przepychanki i radości z czyjegoś nieszczęścia, bo cieszyć się bezinteresownie nie umiemy. 


Więc w Gruzji coś działa, ale nie do końca... ale jest coś w tym przyciągającego. Może ten pierwiastek współdzielonych doświadczeń, a może tęsknota za pięknem płynący z prostoty i mądrości życia. A może wpadłam w kolejną fazę zauroczenia, gdzie przez palce widzę to co chcę widzieć. Więc nie słuchajcie wynurzeń odurzonej osoby, bo bredzi niczym lunatyk błąkający się po bezkresnych stepach. 




A teraz na mniej poważnie pokonaliśmy ponad tysiąc kilometrów zwiedzając wschodnio-południową część Gruzji zaliczając większość granic. Na górze stacja paliw wraz z mini centrum odpoczynkowym dla pasażerów, gdzie znajdziecie place zabaw dla dzieci, kawiarnie i restauracje oraz sklepy. 


Gruzja słynie z wyrobu win od prawie 8 tysięcy lat w charakterystycznych glinianych kwewri, sami rozumiecie gliniane, ręcznie robione dzbany na wina spotkacie prawie we wszystkich regionach. Największe mają pojemność 1,5 tys. litrów. Wiele rodzin ma własne winogrona z których robi wino. Z ręką na sercu przyznaję spróbowałam najlepszego wina jakie przyszło mi w życiu skosztować. A dzięki uprzejmości gospodarza dostaliśmy jeszcze trochę na drogę, więc mogłam rozkoszować się tym płynnym złotem o pięknej karmazynowej barwie jeszcze przez chwilę. W Tbilisi nie mogłam sobie odmówić lodów o smaku wina. Doświadczenie gruzińskiej gościnności mieszkając nad domem rodziny to coś niesamowitego, co urzekło i skradło moje serce. 



Do stolicy wrócę. Wiem to po krótkim spacerze, bo to miasto ma wiele do zaoferowania, a my nie mieliśmy okazji zostać tam dłużej, bo plan wycieczki obejmował tylko krótkie postoje. Żeby nie było tak cudnie dojeżdżamy ok 22 do hotelu w którym mamy rezerwację, a na miejscu dowiaduję się, że nie ma takiej rezerwacji w systemie i wygląda na to, że ktoś nas oszukał, bo osoba u której dokonywałam rezerwacji tu nie pracuje i w ogóle nie mamy pana płaszcza i co pan nam zrobisz... Ciśnienie mi podskoczyło równocześnie z odpływem krwi z całego ciała, bo na pokładzie mamy dzieci, jeszcze nie środek nocy, ale przed sobą perspektywę poszukiwania noclegu w stolicy, więc wiadomo jak może się to skończyć. No zbladłam. Mój mózg odmówił posługi, zapomniałam języka w gębie.... Po interwencji telefonicznej okazało się, że pan u którego dokonywałam rezerwacji za 10 minut znajdzie nam nocleg. Po 15 okazało się, że jednak pan pracuje tu, gdzie trafiliśmy tylko gruzińskim zwyczajem przez dwa-trzy tygodnie zapomniał im wspomnieć, że jest rezerwacja. To się nazywa powitanie w iście gruzińskim stylu, bo tu poczucie czasu jest całkiem inne. I dla niektórych to jest nie do przeskoczenia, a dla poniektórych to idealna lekcja pokory i spokoju, że wszechświat nie pozwoli nam spać pod mostem na ulicy albo w autach z dziećmi... Ale następnego dnia w całej stolicy nie było ciepłej wody.... 







Zajeżdżamy do Dedoplistskaro, gdzie znajduje się siedziba administracji parku narodowego Vashlovani. Tuż przy granicy z Azerbejdżanem znajduje się miejsce postojowe z domkami, które można wynająć, ale trzeba to zrobić wykupując pozwolenia na pobyt w parku, bo później nie da się przekupić pana pilnującego domków, co mu się chwali, ale.... A nie cofniecie się, uwierzcie mi. Najwięcej czasu zajęło nam dogadanie się na posterunku straży granicznej, bo nasz rosyjski kuleje u nas, u panów angielki nie istnieje... 

Co do dróg... jest taka jedna, którą zapamiętam na wieki wieków, bo może i za Stalina to ona była asfaltem wyłożona albo nawet i złotem... ale teraz doprowadziła mnie do choroby lokomocyjnej. A przez swoje gapiostwo musieliśmy ją pokonać dwa razy, żeby móc uzupełnić zakupy gazowe. 



Na drogach spotkacie owce, krowy, kozy, psy, czasem zdziwionych ludzi, jeśli im akurat ustępujecie, co wprowadza w osłupienie nawet policję.  


Widoki rekompensują każdą niedogodność. 
nawet tą żołądkową 



Moje ulubione zdjęcie, dopiero w Polsce zauważyłam, że w lusterku jest kawałek błota zaburzającego lekko perspektywę, ale... 


Słynne gruzińskie konie. Jeśli dobrze się zorganizujecie w kilku miejscach na szlaku można doświadczyć przejażdżki z przewodnikiem z zapierającymi dech widokami. 



jakość tego zdjęcia pozostawia wiele do życzenia, ale...  najważniejsze w nim jest to, że ta mała kropka to sęp, który krąży w powietrzu. W parku Vashlowi można spotkać wiele dzikich zwierząt. Na szczęście postanowiły sobie zrobić wolne i nie zainteresować się nami. 


poniżej jedno z moich ulubionych zdjęć. w tle sztuczny zbiornik wody. 



To co kocham w Gruzji to jedzenie. Do tego pieczywo, które można kupić w małych piekarniach, które znajdziecie w każdym zakątku tego raju. Wypiekane w specjalnych piecach na ścianach jest nieziemsko dobry. Trzeba uważać, bo jedzenie ciepłego chleba może zaszkodzić, ale zapach chrupkiego, ciepłego chleba to smak i zapach mojego dzieciństwa. Nie mogłam sobie odmówić. 


To jest najbardziej epicka toaleta z jakiej przyjdzie Wam w życiu skorzystać. I nie zawiedziecie się, ponieważ w środku jest porcelana do której przywykliśmy w naszej szerokości geograficznej. W Gruzji możecie doświadczyć tego, co na wyprawach na wschód, czyli korzystania z toalety w restauracjach na Małysza. Przy okazji ćwicząc różne partie mięśni. Równie imponujące są błotniste wulkany znajdujące się w sąsiedztwie ustronnego miejsca. Ziemia puszcza bąki... błotne pierdy. 

W oddali widać światła miasta, a na horyzoncie jak się później okazało widzieliśmy światła straży granicznej z którą koło 23 nie byliśmy się w stanie porozumieć. Google translate zwariował, a brak internetu w kubełkach nie pomagał. Wywieźli nas henhen, a my zastanawialiśmy się czy nie skończymy w środku nocy na jakimś posterunku z dwójką dzieci. Noc w areszcie byłaby dopiero przygodą jaka nie śniłaby się poetom. 




Do tego miejsca chciałam dotrzeć, bo już krążą o nim legendy ;-) 
Oasis Club prowadzą Polacy wraz z lokalnymi mieszkańcami, co dla mnie jeszcze bardziej podkręca klimat tego miejsca. Wśród niewzruszonych połaci stepów zbudowali sobie dom do którego zapraszają gości z całego świata. Po wyczekanym ciepłym prysznicu i sytej uczcie spędziliśmy czas jak najlepiej się dało grając z dzieciakami w karcianki. 


David Gareja Monastery tu omal nie skręciłam sobie nogi, ale... widok formacji skalnych oraz odwróconych do góry nogami warstw gleb prawdopodobnie w wyniku trzęsienia ziemi to gratka dla geologów i takich gapiów jak ja, co to siedząc na murku wznoszą modły do wszechświata, żebym jednak mogła chodzić. Pokarało mnie, bo nie weszłam do środka.... i poszłam na skróty, żeby cokolwiek zobaczyć. Bo wiecie w pewnych miejscach jako kobieta nie wejdę, jeśli nie mam czegoś na głowie, ale przede wszystkim nie jestem w czymś co przynajmniej przypomina spódnicę. Jakby bogom robiło to różnicę w co jestem odziana... ale szanując tradycję danego miejsca poszłam gdzie poszłam i zaszłam gdzie zaszłam. A przy okazji zaliczyłam zjazd na tyłku z kamiennego stopnia, bo mi się nóżka omsknęła na ostatnim. Jakby ja się sama ze sobą nie nudzę. To muszę przyznać. 



Vardzia Cave City 

obok parku Vashlovia jedno z najbardziej spektakularnych miejsc jakie zobaczyłam. Chyba większe wrażenie zrobiły na mnie dotychczas tylko Pompeje. A tu mamy okazję przechadzać się po całym kompleksie miasta wykutego w skale. Do tego mieliśmy okazję wejść do kościoła z pięknymi naściennymi malowidłami. Jedyne czego się bałam jak zaczął padać deszcz, że moja już nadwyrężona noga po takich wspinaczkach tracąca siłę z łatwością ześlizgnie się i dopiero wtedy dorobię się poważnej kontuzji, ale... chyba coś nade mną czuwa. Skończyło się nieziemskimi zakwasami. 


Gruzja ma wiele do zaoferowania dla odwiedzających. Nadal układa się we mnie nadmiar doznań, poślizgi na trasie w deszczu bez przyczepności, kontrasty, życzliwość, obezwładniające i zapierające dech widoki. Ostatnie dni miały być wizytą w gorących źródłach, ale nam drogę odcięło, znowu zaczęło padać... jak pięknie wchodzę w tryb narzekania... ale po tak intensywnym czasie zmęczenie powoduje, że człowiek wchodzi na inne obroty. A jak dodamy do tego napięcie związane z powrotem do domu to obraz staje się jaśniejszy. 

Chciałabym wrócić... bo jeszcze Kaukaz, bo jeszcze północny zachód, bo jeszcze wiele ma Gruzja do zaoferowania. Zachwycam się pięknem alfabetu, łamańcem jakiego się dopuszczam próbując mówić po gruzińsku i przyjmowaniem z życzliwością i uśmiechem słuchania tych moich wypocin. 





A wszystko zaczęło się od lunchu z Martyną. Właścicielką wypożyczalni aut terenowych. 
poniżej część mapy Gruzji obrazująca mniej więcej "odcinek" jaki pokonaliśmy. 




Marcin Meller i Anna Dziewit-Meller Gaumardżos!Opowieść z Gruzji 
Katarzyna Pakosińska Samaradiso. Arabeski na temat Gruzji
Ostatnia pieśń miłosna. Biografia Joan Didion Tracy DAugherty 
Martyna Kaczmarzyk - Martyna z Gruzji https://martynazgruzji.pl/
autorka Gruzja. Jak się żyje Polce w kraju wina. 



 

Copyright © 2014 bite me Martha , Blogger