Milczące matki

Milczące matki

Ten tekst miał być o czymś innym. Chciałam na koniec roku opowiedzieć o wspólnotowości, pomocy

 wzajemnej. Idei, która mnie zauroczyła jakieś czternaście lat temu. Po raz kolejny życie pokazało mi,

że ma swoje plany, nie do końca kompatybilne z moimi. Czasami myślę sobie, że dla postronnego

obserwatora wiodę fantastyczne życie, pełne pasji, podróży, przygód. Często nie zdajemy sobie sprawy

z tego, co stoi za czyimiś decyzjami czy wyborami. Mamy tylko swoje interpretacje, wyobrażenia,

myśli oraz wycinki z czyjegoś życia. A ja w ostatnim czasie mogę ograniczyć się do dwóch czynności 

i też bywa, że ledwo, ledwo. Nie mam już w sobie pojemności na trzy życia w jednym. Nie potrafię

ciągnąć pięciu srok za ogon. Dojrzałam do odpuszczania, wybierania, puszczania. Ze świadomością, że

coś się skończyło teraz, ale to nie znaczy, że na zawsze. Są pewne rzeczy, które są dla mnie ważne i bez

których nie wyobrażam sobie życia, ale na chwilę obecną coś innego wychodzi na prowadzenie. 

A moim zadaniem jest zadbanie o siebie, a nie tonięcie w odmętach wyrzutów sumienia, że już nie

umiem funkcjonować na tak samo wysokich obrotach jak wcześniej. Ja po prostu nie chcę

funkcjonować tak samo, bo wiem czym może skończyć się chichot losu. 


Czy tak wygląda zdrowienie?


Przed świętami dowiedziałam się, że osoba z mojego bliskiego otoczenia towarzyszy swojej mamie 

w odchodzeniu. Idylliczny powrót do domostwa na święta niczym niezmącony w momencie odebrania

telefonu, to zawsze jest telefon, kończy się dniami zlewającymi się ze sobą w szpitalu. Jakby w małej

salce zamknąć czasoprzestrzeń do której ogranicza się świat dwóch bytów. To przywołało pewne

wspomnienia. Odezwało się niczym trigger, pobudzając pewien nerw. Życie powiedziało

SPRAWDZAM. Jak sobie poradziłaś ze swoimi kawałkami puzzli. Zatrzymało mi dech na dosłownie

kilka niezauważalnych sekund. Następnie włączyłam dobrze znane mechanizmy, widzenia

przestrzennego, łączenia kropek, tak przydatnych w terapii. Tryb przetrwania wjechał w najlepsze.

Kierowałam się swoim odczuciem, doświadczeniem. Nawet jeśli ktoś nie mówi, nie chce być w tym

czasie sam. Chociaż przez pewne rzeczy musimy przejść sami. 


Doskonale pamiętam skurczenie swojego ponad trzydziestoletniego życia do dosłownie dziewięciu dni.

Jak byłam młodsza obracałam sobie w głowie pojęcie śmiertelności. Zapadałam się w sobie, bo

widziałam jakie spustoszenie siało w otoczeniu odejście ważnych osób. Dwadzieścia lat później

zostałam postawiona przed najtrudniejszym zadaniem w dotychczasowym życiu. Okazało się, że

personel medyczny nie poinformował mojej matki o jej kondycji, jej stanie zdrowia. Nie wyobrazicie

sobie tego. Zresztą po co byście mieli. Nikomu tego nie życzę. Myślałam, że mi to nie przejdzie przez

gardło.


Zabrakło słów.


Nie było słów na to, żeby powiedzieć własnej matce, że umiera.


Niczym posłaniec śmierci, który nagle zmaterializował się w postać jedynej córki, pozbawia cię

nadziei, odziera ze złudzeń, które jeszcze miałaś, którymi się karmiłaś, chociaż nic nie jadłaś.


Nanosekundy, które zmieniły wszystko.


Pozbawienie kogoś kogo się kocha nadziei, że ją podleczą i za kilka dni wróci do domu, jest

obezwładniające. Wręcz okrutne.


Wróciła.


Wróciła do domu, w czarnym worku.


Puste łóżko szpitalne.


Do wczoraj wypełnione…. mamą.


Bo to czarne worki z jej rzeczami pamiętam najlepiej.


I jak weszłam do pustej sali szpitalnej. Która wessała całe światło wszechświata. Wzrok skupiał się na

wirujących atomach kurzu. Przestałam oddychać.

To samo uczucie towarzyszyło mi kiedy z Gają szłyśmy korytarzem do pustego mieszkania. Kroki

dudniące w uszach, odbijające się o ściany długiego korytarza. Pomalowali ściany klatki na nowy kolor,

chciałam ci uprzejmie donieść, ale już tego nie zobaczysz. Nieświadomy niczego pies biegnie

przepełniony radością na spotkanie z ulubioną babcią.


Tym razem nikt nie otworzył drzwi i nie czekał w progu.

Nieuniknione nastąpiło.

To była najdłuższa droga do domu.

Nie chciałam przekraczać progu pustego domu, niemego świadka.

Domu w którym wszystko ją przypominało, domu w którym unosił się jej zapach.

Dałam się ponieść wielkiej wodzie zapomnienia. 

Tylko zapomnienie nie przyszło. Mieli rację telewizyjni szamani, że swoje bagienko niesiesz ze sobą

wszędzie. Wyjazd na Bali niczego nie zmieni, jeśli nie jesteś gotowa zmierzyć się z tym, co masz 

w środku. 


Byłam wściekła.


Na wszystkich. Na wszystko. 

Jak inni śmiali oddychać, kiedy ona walczyła o ostatni oddech.

Ale wszystko było niewypowiedziane. 

Bezsilność umierania pożarła wściekłość.  


Chociaż samej matce się dostało, dlaczego nie poszła do lekarza wcześniej, dlaczego zwlekała. Czy

miałam moralniaka? Jak można kłócić się z umierającą? A no można. Może nawet powinno się, żeby

nie sfermentowała złość, frustracja, zgnilizna, która sączyłaby się do twojego krwiobiegu. Robiąc 

z ciebie potwora. 


Jak przygotować się na wieść o własnej skończoności, własnym odejściu, własnej śmierci. Póki masz

resztki świadomości, którą zaraz zabierze ci niewyobrażalny ból. Ciało nie gra już z tobą do jednej

bramki.


A ty nie możesz patrzeć na jej cierpienie, na jej ból.


Chcesz, żeby się skończył.


Chcesz, żeby to się skończyło.


A jednocześnie chcesz, żeby trwało, bo ona wtedy trwa.


Jeszcze jeden dzień,


Daj mi jeszcze jeden dzień.


A jednocześnie rozpływająca się po ciele wściekłość, że miałam swoje plany i co ja teraz zrobię. Jak

ona może UMIERAĆ TERAZ, WŁAŚNIE TERAZ. Nie było tego w planach. Nie byłam gotowa, nie

byłam przygotowana. To miało być KIEDYŚ, znacznie później, ALE nie teraz. Niczym pięciolatka, 

której zabrano ulubioną zabawkę mam ochotę tuptać w szpitalne linoleum i wrzeszczeć ile sił 

w płucach. Ach być pięciolatką, nie musiałam martwić się o odchodzenie, śmierć, głód, bycie sierotą. 

Zasnąć beztrosko w ramionach mamy, która przenosi cię do łóżeczka. Czasem lubiłam udawać, że śpię, 

tylko po to, żeby mnie zabrała ze sobą. 


W ostatnich dniach dostaje dawki morfiny wprawiające nas w absurdalnie szampański nastrój.

Śmiejemy się do rozpuku, zrywamy boki z jej nadrabiania ćpania na ostatnią chwilę. Haj jest

przyjemny, mówi. Dawki, które mogłyby powalić słonia. Lubię słonie. Stadami słoni dowodzą samice.

W ostatnich dniach lewituje w niebycie. Znieczulona. Kontakt jest znikomy, szarpany, urywany. 

W uszach dźwięczy mi stukot metalowych kółek obijających się o szpitalne linoleum, zjechaliśmy do 

hadesu łącznikami na prześwietlenie. Jakby chcieli uchwycić śmierć na obrazku. Niczym plamy 

Roschacha. Jej wyniki są nieoczywiste. Jak ona sama.


Nie daję rady wysiedzieć w niewygodnym krześle. Czemu nikt nie zaprojektował tych foteli z myślą

o spędzeniu w nich rozciągniętych w nieskończoność godzin. Jakby w kraju nad Wisłą nie dość znęcali

się nad człowiekiem. Musisz cierpieć. Niczym Chrystus. Musi być bez znieczulenia. Ból jest dobry, 

ból jest potrzebny. Póki czujesz, że boli to żyjesz. Cholerny naród wybranych, ta Polska. O eutanazji 

zapomnij. Zawieszeni w niebycie oczekiwania na ostateczne rozwiązanie. Człowiek umiera powoli. 

Miraż filmowych aktów ulatnia się wraz z odciskami na pośladkach. Zaczyna mnie nosić, w tej małej 

sali. A jednocześnie przykuwam się do siedziska. Próbuję czytać. Literki rozmywają się, słowa nie 

mają sensu. Czytam wielokrotnie to samo zdanie, które nie ma znaczenia ani sensu. Przerzucam się na 

krzyżówki, które tak namiętnie rozwiązywała w słonecznych promieniach na balkonie z widokiem na 

zieleń pobliskich wierzb. Nie znajduję w tym wszystkim sensu. Do szpiku kości przenika mnie 

paraliżujący lęk nieuniknionego końca. Niewyobrażalne zmaterializowało się, stało się ciałem 

i zamieszkało między nami. Kończę lampiąc się jak sroka w gnat, jak baba w obraz, jak dziad 

babę, w milczącą matkę, przykutą do szpitalnego łoża.



                                                                 MATKA MILCZĄCĄ.



Nie powiedziała, że coś ją boli, zresztą nie pierwszy raz. Znosiła ból, jakby był jej obowiązkiem, zbroją,

murem za którym się kryła. Jakby czuła się w obowiązku chronić innych przed tym co wewnątrz, 

w trzewiach. Moja babcia miała podobnie. Może to rodzinne, przekazywane wraz z mlekiem matki. 

Kraj wysłany cierpiącymi w milczeniu matkami, które nie powiedzą dzieciom, mężom, że mają raka, że

mają operację, że mają przerzuty, że umierają.


A potem dziecię wylane z kąpieli.


Emocjonalna mieszanka wybuchowa, którą musi jakoś w sobie pomieścić, koktajl mołotowa, który

musisz stłamsić w sobie, żeby nie ugasić tego morzem wody ognistej. 

W środku i na zewnątrz masz ochotę wyć, byle nie do księżyca. To takie cliche. Passe. 


Pozbawiono nas instrukcji. Instrukcji umierania, instrukcji życia. 


Nikt i nic mnie do tego nie przygotował. Śmierć przeniesiona do szpitala, wydaleni z własnych 

wiosek, pozbawieni starszyzny i jej mądrości, błądzimy po omacku. Kto przeprowadzi cię na drugą

stronę mostu. Jesteś sam(a). Szukam pocieszenia w googlu.


Wyszukuję łapczywie haseł pięć kroków po śmierci. 


Życie samo wystawia cię na próby, na gorąco, AD HOT.


Czy w ogóle można przygotować się do życia?


Do śmierci?


Przejście.


Gdzie jest kur*wa moje przejście?


woodoo people woodoo, szaman za siedmiu mórz.  


Uczucie nieznośnego zapadania się w sobie.


Na które z pozoru byłam przygotowana, spisałam listę rzeczy. Krok po kroku. Punkt po punkcie, co 

miałam zrobić. Miałam zadanie do wykonania. W tym byłam dobra. Co zrobić z planami wiedziałam,

rozplanowałam, rozpisałam. Musiała potowarzyszyć jej w tych ostatnich drogach jakie były przed nią. 

Ale JAK? Na to nie było odpowiedzi.


I wiecie co zrobiłam?


Milczałam.


Stałam się własną wersją milczącej matki.


Nikomu nie powiedziałam.


Do tej pory pamiętam zdziwienie mojej koleżanki z zespołu i mojej pracodawczyni, że nic nie

powiedziała. To było takie heroiczne. Prawda?


Milczeć.


Jakbym wypowiedziała chociaż słowo, to bym się rozpadła.


A słowo ciałem się stało.


I zamieszkało między nami.


A ja nie chciałam, żeby mi umarła.


A ona i tak umierała mi na moich oczach.


Próbuję odtworzyć te dziewięć dni w których skurczyło się moje życie.


Nie potrafię.


To zbyt intymne.


Nasze.


Nasze ostatnie chwile.


Nasze opowieści.


Ostatnia.


Nasz ostatni korowód uczuć.


Później już są tylko moje opowieści o niej, o nas.


Snucie nici wspólnych historii, tkanie wspólnego życia, wspólnej opowieści w odniesieniu do niej


 z przeszłości. Teraźniejszości już nie ma. Nie ma przyszłości, której nie zobaczy.


Nikt cię nie przygotuje na identyfikację ciała.

Pewnie z obcym ciałem bywa łatwiej.

Ale zobaczenie po raz pierwszy trupa.

Trupa matki…

Na to nie byłam gotowa. 


To za wiele?


Ale nie ma nikogo innego kto to zrobi. Za Ciebie.

Więc musisz.

Musisz.

Musisz zidentyfikować ciało.

Nie zemdlałam.

Mało brakowało.

Poczułam rozlewające się po ciele ciepło, przytłaczające. Nogi zaczęły się pode mną uginać. Niczym

nóżki w galarecie trząść niepokojąco w rytm bijącego serca, które nagle przestało wybijać rytm na

widok jej spokojnej twarzy. Musiałam usiąść. Żeby nie upaść. Zamknęłam oczy. Nie mogłam na nią

patrzeć. Wmawiałam sobie, że to nie ona. A jednak ona. Wygląda jak żywa, co było tym bardziej

przerażające, surrealistyczne. Jakby spała. Nie opuszczało mnie przekonanie, że zaraz otworzy oczy,

przylgnie do otulającego jej ciało całunu i postanowi zmartwychwstać. I wróci do domu na piechotę.

Lubiła spacerki. Daleko nie miała.


Miałam zadanie do zrobienia.

Identyfikację.


Jej.

Siebie.

Nie mogłam wysiedzieć w przyzakładowej kapliczce. Zaczęło brakować mi powietrza. Jakby ktoś je 

zassał i wypełnił nim ciało, które na mnie patrzyło. Czekało. Matka.  

Zaczęłam łapać powietrze niczym karp przed uderzeniem młotkiem w skroń.

Musiałam wyjść i usiąść na ławce przed.

Nie byłam w stanie tam wrócić.

Kim była ona, kim byłam ja.

Ja bez niej.

Ona beze mnie.

To były zwłoki.

Tylko zwłoki.

To tylko zwłoki.

To już nie ona.

Nie-matka.

Nie ona.

Powłoka. 

Naskórek, worek kości. 

Nie ja. 

Zimna powłoka.

Puste, zimne ciało.

Pusta powłoka. 

Dusza uleciała. 

Istota przestała istnieć. 

Nie odwracalne. 

Jeszcze pięć minut i dwa mrugnięcia temu miałyśmy przed sobą całe życie. Zbiór pocztówek ze 

wspólnego życia. Ulotne kadry szczęścia. Niebieskie poranki, szare noce. 

A teraz NIE MA. Jest drewniane pudło. Ciało okryte całunem. Ogień piekielny. 


A ciało stało się.

A potem było kremówką.

I zamieszkało między nami.



Byłam na tyle szalona, że odprawiłam pogrzeb własnej matki.

Kto normalny robi coś takiego?

Kto powiedział, że jestem normalna?

Ceny pogrzebowych wodzirejów skutecznie skłoniły mnie do tego szatańskiego planu.

Ja nie dam rady?

JAAA???

Już mówiłam, niektóre rzeczy musisz zrobić sama. 

Na szczęście dostałam Xanax.

Boskie zbawienie, niebiańskie dropsy.

Chwała niebiosom, niebiański spokój, ucieleśniona tęsknota w ostatnim okresie. Gdybym wiedziała, że

są takie błogosławione, zaczęłabym je przyjmować niczym hostię z namaszczeniem, już wysiadując

niczym kura jajko w szpitalnym kurniku. Nieposkromiony luz, zero zahamowań, płyniesz z prawdą,

którą masz w sobie. Nie wiedziałaś, że tak można. Żyć w prawdzie, być w prawdzie. To o tej prawdzie

krzyczeli z insta-ambon.


Czego nie wybacza się żałobnikom. 

Zostałam sierotą.


Tak miała w zwyczaju mówić moja babcia o dziecku, które straciło matkę, że staje się sierotą. 

Mówiła o sobie. Chociaż miała tatkę ukochanego, w nią zapatrzonego, Leonarda Lewandowskiego, 

nieba uchylającego swojej kochanej córeczce. Atelier fotograficzne jej podarował, kiedy kształciła się 

czasie wojny na mistrza fotografii. Jej mamę zabrały czarne diabły, czarne szatany. Chodziło o 

powóz z czterema czarnymi końmi. Halinka miała niespełna trzy latka, kiedy Ludwika z domu

Radlińska, po mężu Pączek, po mężu Lewandowska, zmarła. Mieszkali wtedy na Woli, przeprowadzili 

się na Staszica, niespełna rok po ślubie. Prawdopodobnie przyczyną śmierci były powikłania po 

porodzie, który zakończył się śmiercią dziecka. Dziewczynka. Maria. 


Trzy lata później ucałowała mnie w czółko Hekate.

Marta milcząca.

Ciszą cierpiąca.


Siedząc na kanapie w tamtym czasie rozbawiła mnie myśl, że nie zdążę przeczytać tych wszystkich

książek, które tak skrzętnie kolekcjonowałam. Książek dla osoby wychowanej w latach 80-90 XX

wieku były wyznacznikiem nie tylko statutu, majętności, ale przede wszystkim oznaką

wywodzenia się z inteligenckiego domu. A przecież z takiego się wywodzimy. Książki zawsze

zajmowały ważne miejsce w mojej rodzinie. Nie zawsze było nas na nie stać. Oceniałam ludzkie

domy po ilości posiadanych książek. Lubiłam przeglądać, co mają na półkach. Wyrabiałam tak sobie 

o nich zdanie. Nie brałam pod uwagę tego, że mogą być kreacją, iluzją, mirażem. Ich ilość nie 

przekładała się na intelekt, mądrość, oczytanie czy otwartość wobec świata, ludzi czy zwierząt. I moje 

postanowienie, kiedy dorosnę, będzie stać mnie na książki. Słowa dotrzymałam. Regały sukcesywnie 

zapełniane, uginają się pod ciężarem książek. Ale to tłumaczy, dlaczego książki były świętością z którą 

ciężko było się rozstać. Z namaszczeniem traktowane niczym skarby narodów. Musiałam nauczyć się 

dawać im drugi dom oraz mazać po nich do woli bez wyrzutu sumienia. 


Na regale zalegały już również moje książki. Ucieleśnienie mojego dziecięcego marzenia.

Fantasmagoryczna wizja niespełnionego ludzkiego bytu.

Na regale obrastają kurzem książki. Moje książki.

Historie ludzkich wyborów, decyzji, walki, historie ideałów, o których nikt nie usłyszy.

Bo nie umiałam jej sprzedać.

Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.

Nie musisz zaglądać śmierci w oczy, żeby czasem dopadła cię myśli, że jak czegoś nie spróbujesz, nie

zrobisz, to później może nie być okazji. Życie jest bardzo nieprzewidywalne. Jednego dnia jesteś,

drugiego cię nie ma. Czasem myślę, że to ma coś wspólnego z doświadczeniami mojej babci. Była

wojennym ocaleńcem, a wojna wgryza się w człowieka. Zabiera mu kawałek duszy. Może stąd mój pęd,

żeby robić, żeby umierając powiedzieć "nie żałuję". Moja mama zawsze się ze mnie śmieje, że mnie

ciągle gdzieś nosi, nie mogę usiedzieć na miejscu. To część mojej drugiej rodziny, która ciągle

zmieniała miejsca zamieszkania przez Wielkopolskę, Niemcy po Francję, a potem potomkowie

zasiedlili Nowy Świat. Była w ruchu, ta moja rodzinka. Jest jakaś prawda w tym, że genów nie

wydłubiesz.


Popełniłam wiele błędów. Teraz wychodzę z założenia, że nie da się inaczej. Uczysz się najlepiej

popełniając błędy, próbując. Próbując żyć. Niektóre rzeczy zrobiłabym może inaczej, może wcześniej,

szybciej. Ale zrobiłam, jak zrobiłam. Nie płaczmy nad rozlanym mlekiem. Jestem tu, gdzie jestem.


Jestem.


W przypływie swojego szaleństwa, które ma wiele odcieni, po roku, odchorowania końcówki studiów,

wróciłam na wydział z tekstem do kwartalnika. Pisałam o czarnej pedagogice, XIX wiecznym

wychowaniu zwanym kindersztubą i jego konsekwencjach w dorosłym życiu analizując dzieciństwo

Hitlera oraz Stalina. Ten temat mnie fascynował. Wycięłam ze swojej magisterki dzieciństwo Michaela

Jacksona, ponieważ przed moją obroną król popu zmarł. Składając byłemu promotorowi tekst do

kwartalnika usłyszałam, że mam składać papiery na doktorat, tylko mam się pospieszyć, bo termin się

zbliża. Raz odrzucona na innej uczelni sceptycznie podeszłam do pomysłu. Machnęłam ręką myśląc, że

temat umrze śmiercią naturalną. Moja mama zobaczyła w tym szansę na lepsze życie. A promotor nie

odpuszczał.


O naiwności, Kammbach, która zobaczyła siebie niczym Indianę Jons’a wykładającego wiekowe

modele wychowania z katedry… o naiwności. Pewnego słonecznego dnia w telewizji zobaczyłam 

reportaż z założycielami SPÓŁDZIELNI SOCJALNEJ Warszawa, anarchistami, którzy otworzyli 

hostel w Warszawie. Oczy zaświeciły mi się, jak zakochanym. I wpadłam jak śliwka w kompot. Był 

2011 rok. Zauroczyłam się ideą spółdzielczości na dobre. Nosiłam różowe okulary i widziałam w niej 

lekarstwo na całe zło, nadzieję dla całego świata w kryzysie. Chodziłam odurzona. Odkryłam artykuł 

o spółdzielni socjalnej MaM założonej przez Fundację Mama prowadzoną przez Sylwię Chutnik, której 

Kieszonkowy Atlas kobiet pokochałam od pierwszego zdania i to było początek końca mojego 

zdrowego rozsądku. Z dr Sylwią Chutnik spotkałam się dopiero w 2025 roku, poszłam na prowadzone 

przez nią wydarzenie, gdzie udało mi się zamienić trzy słowa z Joanną Kuciel-Frydryszak autorką 

Chłopek. Nie miałam wcześniej śmiałości odezwać się do pani Sylwii Chutnik, a teraz ubzdurałam 

sobie, że zrobię drugie wydanie poszerzone o dwa wywiady oraz uaktualnione.


Wiedziałam o czym chciałam pisać.


Moja mama była zachwycona. Miała córkę doktorantkę UW. O czym można było rozprawiać 

sąsiadkom na ośce.

Ja nie zdawałam sobie sprawy w co się pakuję i dlaczego się w to pakuję.

Ale tak to jest z życiem, nie wiesz, póki nie spróbujesz.

Możesz żyć wyobrażeniami, które czasem są bardziej niebezpieczne niż faktyczne spróbowanie.


Rok 2025 ogłoszono rokiem SPÓŁDZIELCZOŚCI SOCJALNEJ. Chciałam wykorzystać to do

promocji książki, sprzedaży, szerzenia idei spółdzielczości. Zamiast tego siadam do pisania na

końcówce roku. Teraz rozumiecie. W głowie mogę mieć masę pomysłów, a realizacja siedzi i kwiczy 

obecnie. Mit spółdzielczości podważa założenia jakoby spółdzielczość miała okazać się lekarstwem na 

całe zło współczesnego świata. Mit spółdzielczości próbuje z jednej strony pokazać drzemiący w niej 

potencjał, a z drugiej zrzucić ją z piedestału na jakim się ją stawia od kiedy jest o niej głośno i od kiedy 

stała się modna ta cała ekonomia społeczna. Zwłaszcza, jeśli zestawimy ideały spółdzielczości 

prawidłami wolnego rynku.

Moja mama wierzyła we mnie i mój doktorat, do końca swych dni.

To co zadziało się pomiędzy… mhm niech pozostanie między nami. To już przeszłość. Historia. 

Śmierć mojej mamy była kropką nad moim doktoratem.

Tak, nadal wierzę w swoją publikację. Wierzę w materiał. Wierzę w moc opowieści. 

Przecież opowiadamy sobie historie, żeby żyć*.


Od samego początku chodziło o pisanie. Chciałam pisać. Pisać o ludziach, o ich wyborach, o ich życiu.

Tylko po kilku porażkach, odrzuconych skryptach, zaczęłam podważać siebie i sens pisania. Potrafiłam 

obśmiać siebie i to, że nie miałam szans startując do konkursów w tym samym czasie, co Masłowska. 

Przełknięcie gorzkiej pigułki, że może nie jestem taka wyjątkowa, jak mówią, że gdzie niby ten mój 

potencjał, który wypadł blado w zderzeniu z rzeczywistością, okazało się trudną lekcją do odrobienia. 

Nie poszłam na studia dziennikarskie, ale zatrudniłam się w pierwszym portalu online lokalnej gazety. 

Czymś całkiem nowym na początku lat 2000. Pisałam recenzje książek, spektakli, pisałam 

o wydarzeniach lokalnej społeczności, robiłam zdjęcia lub ciągałam mamę ze sobą, żeby robiła 

fotoreportaż. W skrytości serca marzyłam o pisaniu. Potem przyszedł boom na blogi, który mnie 

ominął szerokim łukiem, ale ja nadal pisałam o jedzeniu, o podróżach, o wystawach, o ludziach sztuki, 

o sobie. Kiedy przestałam pisać nawet dzienniki dopiero po czasie dotarło do mnie, jak źle musiało 

wtedy być. Pisałam nawet jak najbliższa osoba podważała moje pisanie, nie tylko doktoratu. Pisałam 

jakby na przekór, widząc w pisaniu jedyną rzecz, która ma sens. Kiedy zmarła moja mama już 

wiedziałam, że doktorat od dawna przestał być moją drogą, uczelnia przestała być moim 

miejscem, chociaż uwielbiałam prowadzić zajęcia ze studentami, dzielić się wiedzą oraz 

doświadczeniem z pracy. Czasami mi tego brakuje. Musimy czegoś doświadczyć, żeby skonfrontować 

nasze wyobrażenia o tym, co nam się wydaje. Próbować, żeby wiedzieć, co nie jest nasze. 

Czy zrobiłabym to wcześniej, gdyby nie mama. Ja nadal wierzyłam w historie, 

które zebrałam ramach dysertacji. Tylko nikt mi nie powiedział, że do pisania nie potrzebuję 

doktoratu. Dobra, wiedziałam to podskórnie, ale po tylu potknięciach, odrzuceniach, 

pewnym momencie nie byłam w stanie zmierzyć się z kolejną odmową. Myślałam, że przechytrzę 

przeznaczenie, że doktorat będzie drogą do pisania, nawet jeśli tylko artykułów i publikacji 

naukowych. Zadowoliłabym się ochłapami, byle byłoby to pisanie. Po solidnym poturbowaniu mnie 

w trakcie doktoratu, kiedy na jakiekolwiek ALE TO TRZEBA POPRAWIĆ, reagowałam tak jak na 

wydziałową windę. Więc tworzyłam sobie swoją bańkę, idąc na okrągło, zamiast prosto do celu. 

Czasem lubię omijać wyznaczone szlaki i wybieram kręte ścieżki. Mordując się po drodze. Rzucam się 

na głęboką wodę, niepotrzebnie skaczę na główkę na płyciznę. 

Taaa nikt nie mówił, że będzie łatwo? 


Jednocześnie wierzyłam w to, że spółdzielnie socjalne mogą stanowić alternatywę dla korporacji, ale 

nie możemy robić czegoś po łebkach. Więc byłam trochę w potrzasku. Między młotem, a kowadłem. 

Potrzebujemy przygotować spółdzielców do prowadzenia firmy jaką ma być spółdzielnia w realiach 

wolnego rynku. Wychodząc z założenia, że przetrwa ona na rynku bez dotacji, mając produkt, markę 

i do tego promując idee działań oddolnych, prospołecznych. Oddzieli się spółdzielnie socjalne 

zakładane przez osoby wykluczone społecznie, które mają dłuższą historię bezrobotności albo życia na 

marginesie społecznym od przedsiębiorstw społecznych, które mogą stanowić pociągającą alternatywę 

dla młodych ludzi chcących zakładać działalność społecznie odpowiedzialną, wpływającą na lokalny 

rynek.


Moje serducho społecznikowskie, lekko anarchistyczne, idealistyczne zachłysnęło się samą ideą

SAMOPOMOCY, WSPÓLNEGO POMAGANIA SOBIE W KRYZYSIE. Odkrywanie bogatej historii

spółdzielczości na świecie, w Europie, ale przede wszystkim w Polsce, powodowało, że rosłam trzy

centymetry, unosiłam się nad ziemią i lewitowałam w euforycznym porywie szczęścia. BYŁA

NADZIEJA DLA LUDZKOŚCI. Tylko idee nie żyją w próżni. I jak jeszcze u zarania dziejów było

trochę łatwiej, kiedy zbieranie się razem, tworzenie społeczności, a nawet miast miało rację bytu to

później nastąpiła globalizacja z kapitalizmem i nastawieniem na zysk. Człowiek ma być kowalem

swego losu, odsuwa się ingerencję państwa. Próbuje przeobrazić państwa opiekuńcze w korporacje.

Obywatel jest przydatny póki pracuje, ma pieniądze na nieruchomości, towary, ubezpieczenie. Nie daj

boże podwinie mu się noga, to już jego interes, że nie może spłacić hipoteki, przymiera z głodu. Tak

narodziły się ruchy nomadów w USA. Uciskani ludzie mają to do siebie, że w pewnym momencie

pękają. I tak na własnych oczach mogliśmy obserwować masowe protesty 
w Hiszpanii. Guy Standing

określił narodziny PREKARIATU walczących o przetrwanie biednych pracujących. Grupa

charakteryzująca się poczuciem niepewności, nie tylko w odniesieniu do zatrudnienia, ale przede

wszystkim życia, z minimalną płacą, brakiem rozwoju oraz brakiem tożsamości zawodowej.

Pozbawienie poczucia bezpieczeństwa nie tylko zatrudnienia.


Ludzie odpadki.


W tamtym czasie w Polsce moi znajomi wyjeżdżali nagminnie na saksy. Ja mając pracę i doktorat

wierzyłam, że dam radę. Mnie to nie dotknie. Do momentu aż przed świętami bożego narodzenia

dostałam wypowiedzenie w placówce opiekuńczej w której pracowałam. Następna umowa miała być na

czas nieokreślony. Miałam na szczęście oszczędności, miałam stypendium na studiach doktoranckich,

prowadziłam grupy, więc pod koniec roku akademickiego miałam dostać zastrzyk gotówki. Nagle

spełniła się samospełniająca się przepowiednia wieszczów, magister(ka) z dyplomem po studiach

humanistycznych nie ma pracy. I co najgorsze nie mogłam znaleźć zatrudnienia w zawodzie, chociaż

zapraszano mnie na rozmowy i wysyłałam tony CeVałek. Z dnia nadzień stałam się chodzącą wersją

PREKARIATU. Z krwi i kości. Znalazłam zatrudnienie w handlu, będąc doktorantką, bo z czegoś

musiałam żyć. Powtarzane hasła, że powinnam poświęcić się nauce, skończyły się ripostą, że jak na

razie nauka nie daje mi na chleb i rachunki. Ja mówię o podstawowych potrzebach, nie mówię 

o ekscesach. Kredyt mieszkaniowy były dla mnie abstraktem, niewydolność kredytowa pozwoliła mi

ominąć szerokim łukiem franki szwajcarskie, bo żaden bank nie przyznałby mi kredytu na mieszkanie

w stolicy. Wegetowałam sobie radośnie w kraju nad Wisłą. Pracowałam w handlu na ¾ etatu, chodziłam

na uczelnię prowadzić ćwiczenia, lektoraty, jeździłam po Polsce zbierać wywiady ze spółdzielcami,

przesiadywałam w BUWie nad książkami wczuwając się w vibe i próbowałam pisać dysertację. Bardzo

sprzyjające okoliczności rozwoju dla młodej kobiety kurczowo udającej, że nie tonie.


W spółdzielniach fascynowały mnie ludzie losy tych, którzy zdecydowali się związać swoje życie ze

spółdzielczością. Wybrałam nowo powstające spółdzielnie zakładane przez młodych, wykształconych,

czyli ludzi podobnych do mnie.


Spółdzielnie dały mi coś jeszcze. Dały mi ludzi. Poznałam niesamowite osoby, które założyły

spółdzielnie. Małgorzatę Falis, Łukasza Wójcika, Karolinę Goerigk, Emilię Banasiak, Wojciecha

Wojtysiaka, Mariusza Szulca, Paulinę Gocik-Leśniewską, Jakubę Lichwę, Rolanda Zarzyckiego,

Barbarę Sadowską, Marię Sadowską, Lidię Węskiewską-Chyc, Agnieszkę Dejnę i Janusza Golisowicza.

Paulinę Ograbisz z PANATO, która pokazała, że jest rozwiązanie - spółdzielnie można poprowadzić

tak, żeby były spełnieniem wizji i idei w dobie neoliberalnej polityki, wolnego rynku. Celina

Chełkowska, która przyczyniła się do założenia pierwszej spółdzielni przy zakładzie poprawczym 

w Poznaniu. Z wieloma moimi rozmówczyniami mam do dzisiaj kontakt. 

Studia doktoranckie obdarowały mnie możliwością poznania 
niesamowitych ludzi – tj. Agnieszka 

Kowalska, która pierwsza do mnie zagadała w korytarzu przed pierwszymi zajęciami, za co jestem jej 

niezmiernie wdzięczna; Magda Wiśniewska, która bezpardonowo podała mi swoje zdjęcia ślubne i tak 

zaczęła się nasza znajomość. Jolanta Foryś, która zawitała do mojego życia na dłużej, dzięki 

determinacji oraz uporowi jej męża Jana Forysia. Dr Magdalena Sokołowska z którą mogłabym kraść 

konie. Dr Małgorzata Maryl-Wójcik, dr Paulina Marchlik, dr Marta Pacholczyk-Sanfilippo, Magdalena 

Zaborowska, z którą połączyła mnie miłość do gliny, dr Wojciech Gola, który zaciągnął mnie ze sobą 

do katedry pedagogiki społecznej. Podziękowania należą się śp. prof. Mirosławowi Szymańskiemu za 

nieustępliwość w moim składaniu papierów na doktorat. prof. Grzegorz Pyszczek dostrzegał to co 

niedostrzeżone. Przede wszystkim podziękowania kieruję do śp. prof. Folkierskiej za myślenie oraz 

niezawodnej i niezastąpionej prof. Paulinie Sosnowskiej, która podarowała mi Arendt oraz dodawała 

otuchy w doktoranckich znojach. Długie dysputy we wrocławskim zaciszu zawdzięczam dzięki 

znajomości z  dr Martą Zagdańską, które przyczyniły się do odpuszczania tego, co już dawno wygasło, 

i ustało niczym reanimacja nieboszczyka.


Zaczęłam od przewrotności losu, życia. Dwudziestego szóstego grudnia 2025 roku obiegła mały świat

spółdzielców wiadomość o niespodziewanej śmierci kluczowej postaci polskiej spółdzielczości –

odszedł w dzień swoich 61 urodzin Cezary Mieżejewski. Dobry człowiek.


Polityk społeczny z wykształcenia, socjalista duchem, społecznik, spółdzielca, działacz społeczny,

związkowiec. Były poseł, wiceminister pracy. Postać, która przyczyniła się do rozwoju idei ekonomii

społecznej oraz spółdzielczości w Polsce. Należał do autorów m.in. ustawy o zatrudnieniu socjalnym 

i ustawy o spółdzielniach socjalnych. Za ustawę o systemie aktywizacji zawodowej i społecznej dla 

osób zagrożonych wykluczeniem, w 2023 roku uhonorowano go Odznaką Honorową Primus in 

Agendo. Dzięki uchwaleniu ustawy możliwe było uruchomienie wsparcia dla podmiotów ekonomii 

społecznej w wysokości 200 mln zł. To nie jedyne wyróżnienie, jakie Mieżejewski uzyskał za swoją 

pracę. W 2000 roku za działalność na rzecz kultury niezależnej otrzymał odznakę Zasłużonego 

Działacza Kultury, a w 2009 r. Odznakę Honorową za Zasługi dla Ochrony Pracy. W 2014 roku został 

odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności. W latach 80. działał w opozycji demokratycznej, potem 

był działaczem związkowym, uczestnikiem okupacji ministerstw, następnie pracownikiem tych 

ministerstw. Od 2009 roku działał w spółdzielczości. Kierował Ogólnopolskim Związkiem 

Rewizyjnym Spółdzielni Socjalnych, zrzeszającą ponad 320 spółdzielni, oraz Wspólnotą Roboczą 

Związków Organizacji Socjalnych (WRZOS) zrzeszającą poprzez federacje regionalne i krajowe blisko 

900 organizacji pozarządowych. Był członkiem Stowarzyszenia „Obywatele Obywatelom”. 

Współdziałał z Ministerstwem Rodziny i Polityki Społecznej w procesie kreowania strategii 

deinstytucjonalizacji usług społecznych. Był członkiem Krajowego Komitetu Rozwoju Ekonomii 

Społecznej przy MRiPS oraz Rady Działalności Pożytku Publicznego przy przewodniczącym Komitetu 

Rady Ministrów ds. Pożytku Publicznego.


Miałam przyjemność poznać człowieka, który był otwarty na spotkanie, rozmowę, wymianę myśli po

przeczytaniu mitu spółdzielczości. Największy komplement jaki dostałam od niego, to że żałuje, że nie

jest częścią mitu. Teraz stał się legendą spółdzielczości. A ja mogę mu teraz oddać hołd za zasługi na

rzecz spółdzielczości.


Jeśli zaciekawiła cię idea spółdzielczości odezwij się do mnie na maila talk2marta@gmail.com,

Tekst dedykuję pamięci

mamie - Dorocie Kammbach,

babci - Helenie z domu Lewandowskiej, Kammbach 


prababci - Ludwice z domu Radlińskiej, po mężu Pączek, a następnie Lewandowskiej. 


zdjęcia z rodzinnego archiwum. 












Hekate. Pozwól mi płakać

Hekate. Pozwól mi płakać

Nie napisałam nic od półtora roku, zgodnie z doniesieniami statystyk bloggera. Taki zapis może być niepokojąco onieśmielający. Nawet dla takiej wytrwałej w swoich poczynaniach istotce jak ja. Jak to mówią dobrymi chęciami piekło wybrukowane. Usiadłam w rogu pokoju zaanektowanego kącika do posiadania, którego tak zaciekle namawiała Wirginia Woolf. Lubię mieć swój kąt. Mam z niego widok na ścianę zieleni z drzew, które towarzyszyły mi we wzrastaniu oraz widok na ścianę dzikiego wina, którą zasialiśmy sami. Przed nią byli inni, taki chmiel japoński na przykład, ale nie dali rady tej patelni polskiego lata. Zasiadam, więc przy dużym drewnianym stole odziedziczonym po ciotecznej ciotce ze strony ojca o który moja mama pieczołowicie dbała, a który przywodzi mi wspomnienia wspólnych obiadów z babcią Halinką. Ściana przylegająca do owego stołu zdobi obraz Katarzyny Kowalskiej Flying away, 2011, akryl na papierze naklejony na piankę PCV. Ma w sobie coś co nie pozwala mi odciągnąć wzroku, zatracam przy nim tak lekko poczucie upływającego czasu. Przestała malować. Jest pierwszym, który powstał po długiej przerwie, po stracie. Moszczę się w biurowym krześle, komplecie do wąskiego biurka stanowiącego ramę mojej mikroskopijnej przestrzeni. Kiedyś lubiłam oglądać pracownie pisarzy, Kapuścińskiego, Eco, Tokarczuk. Ich sanktuaria. Ich całe pokoje nasiąknięte gonitwą myśli, wypełnione stukiem maszyny do pisania. Z ukosa spogląda na mnie ze swojego portretu z 1925 roku pędzla M.H, Chrzanowskiego, Leonard Lewandowski, którego babcia Halinka chciała przemycić przez granicę do Kanady. Na moje szczęście, została zatrzymana przez strażników na lotnisku i tak stałam się dziedziczką portretu, któremu towarzyszy czarno-biała fotografia w złotej ramie prababci Ludwiki z domu Radlińskiej, która zmarła kilka miesięcy po drugim porodzie w 1922 roku. Trzy lata wcześniej urodziła się moja babcia, która miała jeszcze przyrodnie rodzeństwo z poprzedniego małżeństwa swojej mamy. Portret pradziadka wyszedł z ramy przy okazji konserwacji i od dłuższego czasu domaga się nowej ramy. M.E. Chrzanowski to prawdopodobnie Antoni Chrzanowski, krakowski malarz akwarelista, uczeń Leona Wyczółkowskiego i Alfreda Terleckiego, przynajmniej tak twierdzi AI. To zabawne, że artystów zawsze podaje się w kontekście ich nauczycieli, mistrzów. Jakby bez nich nie mieli racji bycia. W 1925 roku Leonard Lewandowski jest już warszawskim urzędnikiem, awansował z zecera pracującego i mieszkającego na warszawskiej Woli, najpierw przy Nowo-Wolskiej, a później Staszica. W tym momencie stać go było na swój portret. Ma niebieskie oczy. Chciałam o niego zadbać zanim sama odejdę w niepamięć. Póki nie ma ramy, ja jestem. Wpatruję się w ekran. Powietrze wypełnia woń polnych kwiatów podarowanych mi przez sąsiadkę, która z płatków tworzy kolaże. W podzięce podarowałam jej akwarelkę. Nic szczególnego, jej kwiaty uwiecznione na papierze. Nie można się skupić. Mucha bzyczy. Monstera, której rozmiary przeszły wszelkie wyobrażenia mieszkańców lokalu na byłym osiedlu fabrycznym, rzuca duży cień na blat. Za oknem nagle się ściemnia, dochodzi do uszu dźwięk wzmagającego się deszczu. Niebo przeszywa pierwsza błyskawica. Gaja zaczyna chować się po kątach, jej kątach. Komputer wydaje z siebie niepokojące dźwięki, buczenie z każdą minutą nasila się przyprawiając mnie o palpitację serca, pohukiwanie świadczy o niezwłocznej potrzebie wymiany wentylatora. Otworzyłam stronę z zamiarem, że coś napiszę i... skończyło się, jak zwykle. Wlepiam się w tą przestrzeń wokół kącika. 

CO było DALEJ - zapytacie. Mrugasz niespełna trzy razy i dopada cię przejmująca myśl, ale o czym masz pisać? Zawieszasz się na tej myśli. Boisz się jej. Straciłaś poczucie, że jeszcze masz coś do powiedzenia. Coraz bardziej czujesz, że straciłaś własny głos, zdarłaś struny powtarzając, krzycząc, nawołując niczym Kasandra. A oni nie słuchają, są głusi. Nie opuszcza cię wrażenie, że ludzkość woli dać zalać się szybko znikającym seriom kolorowych obrazków, a ty już nie stanowisz wyjątku w tej masie. Widząc poszukiwania chwili oderwania w coraz to krótszych momentach chwilowego uniesienia emocjonalnego, które obecnie przybrało postać małej brzydkiej pluszowej zabawki, zapadasz się w sobie. Chwytają się namiastki kontroli, którą pozornie mogą jeszcze sprawować. Oddajesz się fantazjom wyrwania się z tej szarości, zapamiętanej z czasów dzieciństwa w postsocjalistycznej betonowej klatce otoczonej szczelnym murem żelaznej kurtyny. Twój organizm nie przetwarza już od czasu pandemii, nieprzewidywalności, zagrożenia chorobą, śmierci wpełzającej każdym porem. Kiedy udaje ci się osadzić w tym zamęcie, niczym w grze komputerowej przechodzisz na poziom wyżej, obok wybucha wojna. Podskórnie uciekasz, żeby nie spotkać się z cieniem lęku użycia broni atomowej, który dopada cię w kinie po wyjściu z seansu Barbie Oppenheimera. Oglądasz relacje na żywo z bombardowanego ukraińskiego miasta, kadry lasu przygranicznego z Białorusią. Oglądasz live'y z miasta z którego powoli opada kurz ukazując w całej okazałości zniszczenia i skalę ludobójstwa, przeplatanych doniesieniami o możliwości zakupu nieruchomości na ludzkich szczątkach. To się nie śniło producentom Big Brothera, który miał nad nami czuwać, ale najwidoczniej przestał. Porzucił nas jak dobry ojciec, który został przyłapany na koncercie na zdradzie. Nie możesz patrzeć na obrazki udostępniane przez koleżankę z pracowni, której mąż uciekł z krainy wiecznego piasku. Klikasz coraz bardziej świadomie to, co pozwoli oszukać algorytm, będący brzytwą na twojej tonącej tratwie. Klip kilkuletniego dziecka, którego układ nerwowy nie jest w stanie pomieścić tego co doświadczył, nie rozczula cię, pozornie. Nieświadomie zawieszasz go na swojej ścianie. Paraliżuje cię wspomnienie pani z wycieczki z mocnym czarnym tapirem włosów, które jeszcze jej zostały, na której buciki małych hiroszimskich dzieci nie zrobiły wrażenia. Zabrała wnusię na wycieczkę. Opuszczając tłum zwiedzających miasto pokoju wykrzyczała ci przez zaciśnięte usta do ucha - Oświęcił to była tragedia. A nie to. Co to ma być. Raz i już. Wielkie mi ci hallo. U NAS latami, U NAS latami cierpieli. - Tak? - odpowiedziałam zdziwiona. - Nie widziałam. - Namalowane na jej wypudrowanym obrysowanym ciężkim czarnym konturem lico wyraziło więcej niż tysiąc słów. Mogłam poczuć ciężar zdrady narodowej. - Nigdy tam nie byłam. - zrobiłam znaczącą przerwę. - Tam zginęła moja rodzina.
Kurtyna opadła. 
 
Próbujesz wrócić do nawyków codzienności, zatracić się w rutynie. Pod koniec roku szkolnego, na końcówce czerwca rozmawiałam ze studentką pedagogiki o moich doświadczenia z czasu pandemii. Wróciłam do zdjęć z tamtego czasu. Zawsze coś dokumentuję. Może to rodzinne. Próbuję coś zatrzymać, jak ten obraz pradziadka. Siedzę na nich głównie na podłodze lub na łóżku w sypialni, obok Gaja, w drugim pokoju odbywa się korpo życie zdalne. Siedzę owinięta w koc. Jeden w serduszka, drugi w kotki. Puszyście miękki, z home&you. Taki sam podarowany mamie, oddałam po jej śmierci koleżance, która kocha koty, ale to dopiero jak się przeprowadzimy z ochockiego postmodernistycznego raju otulonego zielenią. Jeszcze nie teraz. Podświadomie chroniłam się dodatkową warstwą koca przed tym, co moje ciało nie umiało już w sobie pomieścić. Moja skóra wydawała się zbyt cienka, zbyt przepuszczalna. 

Chcesz przechytrzyć algorytm. Przechytrzyć życie, żeby podsyłał ci tylko określone treści. Karmił tylko tym, co przyjemne, kolorowe, tysiącem obrazków kotków czy uratowanych zwierząt. Zwierząt uratowanych przez ludzi na dowód tego, że jest w nas jeszcze cząsteczka człowieczeństwa. A potem dziwisz się swemu odrętwieniu na kanapie, po pracy, po życiu. Niemocy twórczej, która dotychczas była niczym panaceum, lek na całe zło. Pisanie uratowało cię, pomogło przetrwać pandemię, która wydawała się najgorszym, co spotkało cię w życiu. Poszerzając dotychczasowy repertuar spierdoliny. Może dlatego tak trudno sprzedać mit spółdzielczości, bo nie dojrzałaś do tego, żeby głośno przyznać sama przed sobą, że pisanie uratowało ci życie. Przetrwałaś dzięki niemu. Stratę, żałobę, zagrożenie pandemią, chorobą, śmiercią. Byłaś zajęta remontem, przeprowadzką. Pakowałaś w pudła matkę, pakowałaś życie. A życie wprowadziło klocki domina w ruch i nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa.  

Tym razem czujesz, że to za dużo. Tak łatwo nie przekroczysz rubikonu. Nie tym razem. I tak kończysz z pustką kartką. Następnym razem na samą myśl nawet nie podejdziesz do komputera. To uczucie już znasz z czasów doktoranckich, rozpoznajesz jego metaliczny smak, gorycz jaka mu towarzyszy, więc zajmiesz się bardziej atrakcyjnym sprzątaniem, które o dziwo w stanie permanentnego zmęczenia jakiego doświadczasz po raz pierwszy, nie okaże się lekiem na całe zło. Nie tym razem. Wołami nie zaciągną cię przed komputer. Będziesz orbitować między podłogą, a kanapą. Omijając szerokim łukiem stół z komputerem łypiącym na ciebie z wyrzutem sumienia, który na siebie projektujesz. Nawet nie spojrzysz w jego kierunku. Odwracasz wzrok. Więc odpuszczasz. Myślisz, że masz to pod kontrolą. Ale to roznosi się jak pleśń w porzuconym mieszkaniu. Zauważysz, że nie chodzisz do pracowni. Odgonisz tą myśl niczym upierdliwą muchę. Zlekceważysz. Zapuszczasz korzenie, głównie w kanapę. Kursujesz jedynie między znanymi punktami, stabilnymi, przewidywalnymi. Dom - praca - dom. Zapytacie, jak przystało na inteligentnych czytelników albo słuchaczy w tym przypadku. To jak się tu znalazłaś, mimo wszystko. Wakacje. Wyczekiwane. Pozamykane wszelkie plany, działania z listu to do. NIC. Masz oddać się NICZEMU. Żeby móc wrócić do siebie, żeby zrobić przestrzeń na spotkanie się z tym, co w dalszym rozpędzie może wepchnąć cię ponownie do szpitala, a tego nie chcesz. Tego nie potrzebujesz. Więc niespiesznie przysiadasz sobie na krawędzi krzesła. Masz przed sobą zieleń konarów liści i dzikiego wina. Do Polski przyjeżdża Gabore. Najpierw się na niego boczysz, bo nie możesz go zobaczyć na żywo. Tupiesz nóżką jak smarkata pięciolatka, że tylko wybrańcy, czytasz z wypiekami doniesienia o jego plugawościach. Aż wysłuchasz jego rozmowy z Paciorkiem. 

Człowiek ma wybór. 

W każdej chwili, nie tylko w chwili swojej śmierci, może zadać sobie pytanie: 
po której stronie historii stanęłaś?
Co zrobiłaś w swoim życiu kiedy cały świat odwracał wzrok? 

A no wsiadłam do pociągu i pojechałam do Wrocławia. Wyszłam na dworcu, złapałam kilka kadrów żółtka elewacji, a potem ruszyłam znanymi ścieżkami z plecakiem, który przysporzył wiele uciechy, przed siebie, na rynek. Po drodze kupiłam pocztówki i znaczki. Wyposażyłam się w wejściówkę do muzeum. Skorzystałam z toalety w piwnicy kamienicy do której prowadziły wyszukane schody. Usiadłam na ławce przed. I czekałam. Przeszedł protest wobec działalności banku wspierającego zakup broni, który wzbudził chwilowe zaciekawienie, jako źródło hałasu. I tak jak się pojawił, tak szybko stał się wspomnieniem o którym mało kto będzie chciał opowiadać przy niedzielnym obiedzie. Życie miejskie zakłócone na chwilę odgniotło się i powróciło do swojej poprzedniej formy. W tle było słychać robotników ustawiających scenę kina letniego, na ławce obok panowie konsumowali alpagę popychając ją na wskroś francuską bagietą, przetykaną śmiechem młodzieży, płaczem dziecka domagającego się zakupu jakiegoś plastikowego badziewia, a może uciekł mu balonik? Po rozmowę w średnim wieku yappie. Stukot obcasów, odgłos spustu migawki. Wykrzywione gęby gombrowiczowskiego niezadowolenia - zrób jeszcze jedno, wyglądam grubo, tym razem postaraj się lepiej - napomniała dziecko matka, wijąca się w dziwnych pozach obejmując starszą córkę na tle kamienicy. Seria beznamiętnych pstryknięć. Bezzębny młodziak nadgryziony zębem czasu przysiadł się obok pytając CO TU SIĘ DZIEJE, szczerząc się jak głupi do sera. Też chciałabym wiedzieć - jakbym przypominała wyrocznię co mu udzieli pokrętnej odpowiedzi na nie właściwie zadane pytanie lub da ciasteczko z  wróżbą na pocieszenie,  które nada sens jego egzystencji do kolejnej butelki taniego wina z żabki. 

Wreszcie zostałam sama. 

Ale mój mózg nie mógł sobie z tym zagięciem czasu i przestrzeni poradzić, więc zanim się spostrzegłam wyrwał mnie z tego stanu zawieszenia i wprowadził w pewne niesforne napięcie, które sprawiło, że wiedziona wewnętrznym niepokojem nie potrafiąc określić gdzie jestem i ile czasu spędziłam w zawieszeniu. Chcąc strzepnąć z siebie to odrętwienie, odruchowo chwyciłam za telefon
i zadzwoniłam, żeby usłyszeć głos, który mnie zakotwiczy w otaczającej mnie rzeczywistości. 

Już byłam ze sobą. Odnalazłam siebie nad talerzem wdzięcznego chłodnika w różowej krowie. 

Ostatnio postanowiłam przeprowadzić na sobie eksperyment, eksperyment na żywym organizmie. Usiadłam do pustego notesu, na szczęście mam ich wiele na podorędziu i wróciłam do pisania. Odręcznego pisania. Ponoć lepiej robi na mózg. Przynajmniej tak donoszą na instagramie lub na tik - toku. Naszkicowałam sobie linię własnego życia. Wróciłam do przeszłości próbując spojrzeć na wszystkie swoje doświadczenia wymuskując z nich to co pomogło mi przetrwać. Dokonywałam wiwisekcji na żywym organizmie, przypierając się do muru i nie odpuszczając sobie. Tam musi coś być. Coś sprawiło, że trwam, żyję, jestem. Co jest tą siłą, która nadal utrzymuje mnie na powierzchni. 

Jedno z założeń terapeutycznych zakłada poszukiwanie potencjału i/lub zasobu/zasobów ludzkich, które pomagają nam przeżyć. Szukałam, więc punktów na mapie swego życia, żeby móc połączyć kropki. Spojrzeć na siebie jakbym widziała się po raz pierwszy próbując uniknąć tego nieznośnego schematycznego spojrzenia, co było niczym pojedynek don kichota z wiatrakami. Strasznie oporny ze mnie wiatrak. Czuję się ostatnio jak Weronika ze swoim podwójnym życiem. Realizowałam jakąś wizję społecznie akceptowalną po podjęciu jakiś nietrafnych w swojej ocenie decyzji w które brnęłam próbując ratować twarz sama przed sobą, próbując jakoś wybrną z tego całego ambarasu w jaki się wpakowałam na własne życzenie, a jednocześnie wydreptywałam drugą ścieżkę. Aż zmiotło mnie z szachownicy życia. Przyświecała mi idea dania rady. Jako dziecko straciłam osobę, która stanowiła epicentrum mojego jestestwa. Byłyśmy swoimi oczkami w głowach. Dorośli się rozpadli, dziecko rozsypało się i nie miał kto tego zebrać do kupy. Wytworzyła się funkcja przetrwania, dawania rady, która niebotycznie rozciągnęła się niespiesznie na ponad dwadzieścia lat. Aż pękła po upływie czasu przydatności.   

Ale wróćmy do Adamczyk. 

Bo przecież przez nią ten cały ambaras. 

Wystawa zorganizowana w filii Ossolineum zestawiła ze sobą twórczość Adamczyk i Wróblewskiej, dwóch artystek, które życie poprzetykane jest cierpieniem, bólem, w tym egzystencjonalnym, stratą i śmiercią. Każda na swój sposób próbuje poradzić sobie z niepokojem jaki pozostaje w człowieku, który go gniecie, choćby podskórnie, wwierca się w niego i nie daje pozornie spokoju póki nie znajdziesz dla niego ukojenia. Mimo odmiennych losów czy stosowanych technik, ich prace przeplatają się ze sobą niczym dwa żywe organizmy w symbiozie. Zmuszają odbiorców do spotkania się z tym co trudne, niewygodne, drażniące, niechciane. Z cieniem ludzkiej egzystencji. Nikt z nas nie chce doświadczać śmierci, cierpienia, bólu, rozłąki, samotności. Paradoksalnie to one uczą nas najwięcej o życiu. To w nich możemy szukać sensu, jeśli ono przyniesie nam ukojenie lub poszukiwać spokoju w braku sensu. Adamczyk rzuca światło na przemilczane, pomijane, zapominane ofiary krwawych zbrodni. Chce żebyśmy patrzyli, żebyśmy, nie odwracali wzroku - nie tylko od ofiar, ale też od tego co trudne. Wszakże możemy patrzeć nie widząc. A jednak chodzi nam wszystkim o zobaczenie.  






Adamczyk sięga do symboliki rodzinnej, na tyle uniwersalnej, że dla większości polskiego społeczeństwa można w nich odnaleźć wyniesione ze swoich rodzinnych domów doświadczenia. Splata za nas warkocze, plecie wyniesione ołtarze łącząc życie ze śmiercią nierozerwalnym węzłem.


Od wieków próbujemy oswoić śmierć i stratę. Obdarci obecnie ze wspólnot, nastawieni na bycie własnym sterem i okrętem patrzymy na stratę jak na chorobę, na którą możesz wziąć krótkie L4. Ale nie obnoś się zbyt ostentacyjnie ze swoim bólem i cierpieniem, bo wprowadzasz tym innych w niepokój. Niezręczność przeradzającą się w społeczną trędowatość czy izolację. 

Nikt nie chce spotkać się z Hekate. 

Przecież w życiu chodzi o przyjemną lekkość bytu. Znośność. Przewrotnie odsuwając się, sami pozornie próbujemy uchronić się przed czymś co jest nieuchronne. WSZYSCY UMRZEMY. Do tej pory pamiętam słowa koleżanki rzucone zza lady sklepu siedliska konsumpcjonistycznego raju w którym przyszło nam dzieciom prekariatu pracować, a raczej utrzymywać się na powierzchni życia. Dorosłe dzieci mają żal. WSZYSCY UMRZEMY. Przy odrobinie szczęścia sami pochowamy naszych rodziców. A nie na odwrót. A my pędzimy przez życie w poczuciu nieśmiertelności i niezwyciężenia, próbujemy wystrychną na dudka własną śmierć. Wszystko ma swój początek i koniec. Śmierć jest wpisana w życie, rodzimy się z datą przydatności. Niektórym brutalnie się o tym przypomni. Co zrobią z tą wiedzą tajemną, to wybór przed którym stają. Ograbiono nas ze wspólnotowego wsparcia i oswajania z bólem, chronimy dzieci przez upadkiem, nie dając im doświadczyć siły wstawania, nie chcemy cierpieć, więc mamy coraz więcej pigułek na życie. Ograbiono nas z łez. I z przeżywania. 


Adamczyk w zależności od scenerii miejsca w którym wystawia, niczym w życiu dostosowuje swoje dzieło do przestrzeni pokazując zmienność, brak stałości. Wreszcie obrazy przekraczają granicę ściany. Wchodzą w przestrzeń, interakcję z obserwatorem. Dzisiejszy odbiór dzieła, jak i życia, jest jedyny niepowtarzalny, bo jutra nie ma, a wczoraj jest wspomnieniem. Jest dzisiaj. 


Człowiek bez doświadczeń nie rozwija się, nie przystosowuje się, nie przetrwa. W drodze do domu rozmawiałyśmy z Adamczyk o śmierci, stracie, o przeżywaniu własnych doświadczeń z nimi związanymi. O tym, że każdego z nas spotyka coś, co może odmienić jego życie, spojrzenie na świat. Zastanawiałyśmy się czy byłybyśmy tymi samymi osobami, gdybyśmy nie doświadczyły tego, co nam życie dało. Czy to był dar czy przekleństwo? Czy bez tego Adamczyk mogłaby tworzyć? Czy mogłaby stworzyć przestrzeń dla tych, które zostały pominięte, zapomniane. Czy mogłaby być pomostem dla ludzi, którzy przeżywają stratę. Czy Kammbach by pisała? Czy poszukiwałaby siebie w tych kadrach, grudce gliny? Czy sięgnęłaby po aparat, gdyby nie babcia Halinka, która pod koniec 1945 zdobywała papiery mistrzowskie w fotografii. Poszłaby do tej samej szkoły fotografii, co jej matka? 



cienie. 



Pisząc w słuchawkach wsłuchuję się w Changes w wykonaniu Dom'a Richarda Harrisona, znanego jako Yungblud. Bardzo chciałam polecieć na ostatni pożegnalny koncert Black Sabbath nawet byłam chyba 1666 w kolejce do biletu. W domu dziecięcym rozbrzmiewały nuty Mama I'm comming home. Więc chciałam pojechać z Ozzim, żeby mógł zobaczyć na własne oczy swojego idola po raz pierwszy i ostatni. Wykon Yunbluda poruszył jakąś strunę... jakby wyśpiewywał to wszystko, co nieuniknione, co nadchodzi. Co jest we mnie. Nawet próbowałam ubrać to w słowa, ale wciąż nieudolnie... Jakby osoba, która dotknęła objęć Morfeusza wyczuwała, co nadchodzi. Niektóre momenty w moim życiu wiążą się z piosenką, niczym w Ally McBeal. W niektórych momentach przychodzą książki, jakby same mnie szukały. Tym razem przyszedł Gabore i jakby kolejny puzzel wskoczył na swoje miejsce, jakby nagle okazało się jasne to, co wydawało się ciemne, rozmyte, niewyraźne. Nie chciane zostało dostrzeżone. 

22 lipca 2025 roku dowiedzieliśmy się wszyscy o śmierci Ozziego. Siedziałam na kanapie i coś oglądałam, jakiś serial. Może Anielę kpiącą ze wszystkiego i wszystkich. I zdławiłam łzy. Następnego dnia czując jakiś niepokój, nie mogłam skupić się na nadrabianych treściach z kursu. Nie mogłam skupić się na pisaniu. Nie mogłam być. Chwyciłam bezwiednie, odruchowo, za telefon. No stał się, niepokojąco telefon stał się pomocnikiem kojenia nerwów. A on zalał mnie. Nie byłam w stanie znieść kolejnego zalewu. 
I wtedy przyszła do mnie ona. 
myśl. 

Pozwól sobie płakać. 

Koncert Ozziego był triumfem ducha nad ciałem, które pokazuje nam nieubłaganie o swojej przydatności, przemijaniu. Najpiękniejszą formą pożegnania artysty za jego życia. Zagranie ostatni raz. Bycie w miejscu, które stanowiło esencję życia, które uratowało go te 50 lat wcześniej. O mały włos nie mielibyśmy War Pigs, Zakk Wylde, Metallicy, Gun's and Roses, Nuno Bettencourt, Yungbluda i wielu innych. Jedna decyzja, jeden wybór... Ciało dało radę, zniosło, doniosło. A później zaczęło odpuszczać, puszczać. Patrzymy jak idole odchodzą, bogowie zstępują z olimpu. Anna Ciarkowska w Splotach swoją osiemdziesięcioletnią wersją staruszki pisarki wyplata nam sploty pokazując jak ważne jest spotykanie się z własną starością, odchodzeniem, śmiercią. Jaką mamy potrzebę pozostawienia po sobie śladu. Mnie od dziecka nawiedza silny impuls pozostawienia czegoś po sobie. Może to dziedzictwo po babci, oprócz zielonych oczu z pomarańczową plamą w lewym, której od dziecka towarzyszy śmierć - matkę zabrały czarne diabły, powstanie miłość życia, ocaliła ją uroda oraz perfekcyjna znajomość niemieckiego przechowując niewygodny ludzki materiał w czasie wojny w piwnicy swojego zakładu fotograficznego nad którym mieszkała na nowym świecie zakupionego przez ukochanego ojca Leonarda. Odwiedzał ją Blikle z cukierni mieszczącej się na skos od jej atelier. Uciekła. Widziała po prawej stronie płonącą Warszawę. Może dlatego tak łatwo pakowała walizki, zabierała dzieci i zaczynała od nowa. Raz po raz. Może dlatego ja, oczko w jej głowie, noszę się po świecie, bo inaczej nie potrafię usiedzieć w miejscu, na tyłku. Może dlatego moje życie wypełnione jest działaniem, próbowaniem, smakowaniem, żeby nie musieć mieć do końca swych dni zapasów puszek w kuchni. Bo w środku wiem od dziecka, że jutra może nie być. I mnie też. 

Tylko (nie) pozwól mi płakać. 






w tle: 
Flying away Katarzyna Kowalska 
https://katarzyna-kowalska.com/

pozostałe projekty Justyny Adamczyk 
https://justynaadamczyk.com/

a jak nie chcesz czytać to możesz posłuchać 
podcast A Kammbach powiedziała 
Copyright © 2014 bite me Martha , Blogger